W rzecznych odmętach

W rzecznych odmętach

Carl postąpił jeszcze krok i stanął na szczycie niewysokiego wzgórza. Mimo jesiennej, słotnej pogody miał na sobie byle jaką koszulę, na którą wciągnął lepsze ubranie, oraz zwyczajne młynarskie spodnie. Był bez butów, ponieważ dzień wcześniej musiał je zastawić żeby móc się napić. Oprócz przyodziewy miał przy sobie gruby sznur.

Wzgórze było otoczone łąkami, wszędzie rozpościerały się pastwiska i mokradła. Wieś była daleko, o całą bodaj milę od tego miejsca. Młyn pozostał zamknięty, tak jak go zostawił, nie będzie już dłużej problemem. Ta myśl dawała mu pewien rodzaj spokoju, choć inne myśli, a było ich wiele, nie były już tak kojące. Na szczycie wzgórza stało drzewo nadające się idealnie. Carl przystanął i otarł zimny, lepki pot, jaki powoli sączył się na czoło.

Następnie skręcił sznur. Zajęło to tylko moment. Przerzucił go przez suchą, odstającą gałąź, a pętlę założył na szyję. Wolny koniec solidnie obwinął wokół pnia, odpowiednio napinając.

Nie musiała. Larena nie musiała odchodzić z tym obdartusem. Nie musiała mówić mu o tym. Nie musiała się przyznawać. Do niczego. Mówić mu w twarz, nie musiała. Podobnie jak nazywać go tymi wszystkimi przezwiskami, na które nie zasługiwał. Tego też nie musiała. Czy był dla niej niedobry? Nie, nigdy. Mimo tego, co robiła, nigdy jej nie skrzywdził ani nie powiedział złego słowa. Chociaż wiedział od dawna. Bardzo dawna.

Nie, oni też nie musieli. Żołnierze nie musieli wynosić mąki, nie musieli też wybatożyć go, gdy próbował się przeciwstawiać tak jawnej kradzieży. I nie musieli zabić kota. Nie musieli też związać go i kazać patrzeć. Na wszystko, co wyczyniali. Nie, żołnierze również nie musieli.

Sołtys? Tak, sołtys też nie musiał. Oskarżać go o dopuszczenie do nadużyć, podczas gdy to wojsko nakazało mu tak postępować. Nie. Sołtys nie musiał wygnać go ze wsi i donieść hrabiemu na niego. Zdecydowanie nie musiał.

Podobnie wieśniacy. Oni także nie musieli grabić i plądrować wszystkiego, co pozostało. Dzika tłuszcza kradnąca co się dało. Nie musieli zrywać zasłon, wynosić mebli, palić książek. Nie musieli wyłamać drzwi i okraść schowka, nie musieli zabierać szabli i trąbki, największego skarbu. Nie. Oni wszyscy nie musieli.

Ale tak uczynili. A następnie oskarżyli całą rodzinę o kontakty ze złymi mocami, rozkopali grób córki, wywlekli zwłoki i poćwiartowawszy zakopali ponownie. Ograbiwszy dom spalili go na oczach wszystkich, lekceważąc psa zamkniętego wewnątrz. Gdyby nie robił nic, odszedłby wolno, lecz sprzeciwił się woli tłumu. Został obity i wygnany. Ból fizyczny był nie do zniesienia, każdy ruch powodował cierpienie. Ale o wiele gorszy był inny ból, ten skryty, wewnętrzny. Ten, który mówił, że całe życie świadczył dobre uczynki daremnie, że pomagał innym bezpodstawnie, że wszystko, co uczynił, zostało zapomniane szybciej niż kropla wody opada z dachu. Mało to ludzi nakarmił czy wsparł? Wtedy nikt nie narzekał, przysięgali mu dozgonną wdzięczność i bogactwo. A następnego dnia tacy ludzie gotowi byli wbić sztylet w gardło, byle tylko nie rozpowiadał pozostałym, w jakiej to oni byli potrzebie. Nie odmawiał pomocy nikomu. A teraz to...


Lina napięła się, włókna chłonąc wilgoć zaczęły kurczyć się i trzeszczeć. Na jej powierzchni osiadały drobne krople mgły i ulegając kondensacji staczały się po nierównej powierzchni sznura. Niektóre z nich osiadały między włoskami, lecz większość tworzyła małe strumyczki zmierzające potoczkami wprost do obnażonego gardła.

"Nie musieli..."

Gałąź zatrzeszczała, gdy próba sznura okazała się udana. Niewielkie wgłębienie kory stanowiło doskonałe łożysko dla napierającego postronka. Powyżej tego miejsca od suchej gałęzi odbijał mały odrost z dwoma zielonymi, świeżymi listkami i pączkiem, niosącymi wrażenie odnowy i świeżości. Pomiędzy listkami osiadła kropla wody odbijając rozproszone światło jesiennego świtu.

"Za to wszystko..."

Pniak pod nogami był spróchniały i byle jaki. Zewsząd spozierały zeń oczy wydłubane przez wszędobylskie korniki. Powierzchnia zewnętrzna była gładka, okorowana i obciosana siekierą po wielu latach użytku jako pieniek do rąbania drew na opał. Krople rosy wciskały się między nacięcia od siekiery i zlewały się w jedno, spływając raźno na wilgotną, porosłą burą trawą glebę.

"Jak mogli..."

Wiatr wtargnął na szczyt wzgórza szeleszcząc zwiędłymi liśćmi drzewa. Niektóre z nich opadły na ziemię, lecz większość wisiała nadal na drzewie. Potem wiatr wtargnął w czarną czuprynę przyprószoną na skroniach siwizną i zapętlił się na moment, by wydobyć się z przeciwnej strony. Wiatr, mimo swojej dynamicznej mocy, przyniósł spokój, wbrew oczekiwaniom.

"To już wszystko..."

Lina stęknęła, gdy pniak staczał się po stoku pagórka. Gałąź ugięła się, a ciało zatańczyło w kilku przedśmiertnych drgawkach, palce kurczowo wpiły się w wewnętrzne płótno kieszeni, a zmiażdżone gardło kazało krzyczeć, lecz nie wydobył się żaden dźwięk. Potem oczy zrobiły się większe i szkliste, wpatrując się w łąki i moczary, a przez wąski przesmyk w krtani uszło powietrze. Carl wisiał na gałęzi, i tylko wiatr był świadkiem.


***

- Dziesięć - rzucił Moren wyciągając przed siebie dziesięć twardych palców z odciskami od ciężkiej pracy. - Dziesięć, tyle należy się za przewóz - tłumaczył cudzoziemcowi, który ni w ząb nie rozumiał co się do niego mówi. Moren miał czterdzieści dwa lata i już od piętnastu pływał po rzece. Barka była niewielka, lecz starczała mu za cały świat. Musiała starczać, poza nią nie miał niczego. Była całym jego skarbem, dobytkiem i ostoją. Poza tym dawała nieźle zarobić i oferowała możliwość przemieszczania się w dowolne miejsce wzdłuż brzegów rzeki. I tak właśnie żył Moren. Był na pozór twardym typem, nawykłym do niewygody i znoju. Miał niewiele wzrostu, był krępy, czarnowłosy i czarnooki, dość silny i bardzo zręczny. Znał rzekę na wylot, a wraz z nią wszystko, co można znać na rzece. Nie był nowicjuszem, wiedział rzeczy, o jakich inni słyszeli tylko w opowieściach i plotkach. Miał już swoje lata, a co się z tym wiąże, również doświadczenie. Golił się rzadko, jeżeli w ogóle, nosił byle jakie ubranie, które miało może niegdyś jakiś ściśle określony kolor, a obecnie podobne było do szmat używanych do czyszczenia pokładu. Ponadto nosił dwa pierścienie i jeden kolczyk, a silna budowa ciała i mocne rysy twarzy kontrastowały z łagodnymi ciekawskimi oczami i lekką łysiną na czubku głowy.

Obcy coś powiedział, wyciągając w jego kierunku siedem palców i wskazując na swój niewielki, złożony tylko z jednego worka bagaż. Dodał jeszcze coś w swoim języku rozkładając ręce, po czym wyjął sakiewkę i podał Morenowi. Moren przyjrzał się wiotkiej sakiewce i oddał ją obcemu, lecz tamten nie przyjął jej z powrotem. Zamiast tego zaczął coś gorączkowo tłumaczyć, a na koniec złożył ręce jak do modlitwy.

Moren nie był głupcem, wiedział co tamten próbuje mu przekazać. Nie śmierdzi groszem, ale koniecznie chce się przeprawić, eh, pełno takich lekkoduchów bywało ostatnimi czasy w tych okolicach. Moren, choć twardy i obyty, podjął decyzję. W tym tygodniu miał nie ulegać nikomu, ponieważ musiał wynająć szkutnika do naprawy barki, a nie przelewało mu się. Dlatego zdecydowanym ruchem odmówił, cisnął sakiewkę w błoto i już miał iść w swoją stronę, gdy obcy złapał go za ramię i obrócił wpół kroku. Tego było już za wiele, ten młodzik za dużo sobie pozwalał. Już miał coś z tym zrobić, gdy spojrzał w twarz tamtego. Nie było w niej lęku czy wrogości, była determinacja. Do tego już przestał mówić cokolwiek, dlatego flisak się opanował. Zamiast tego cudzoziemiec podał mu szybko podniesioną sakiewkę, a wraz z nią swój cały worek i ładnie wykonany sztylet. Wyciągnął to wszystko w obu rękach, a Moren odruchowo odebrawszy przedmioty zdał sobie sprawę z popełnionego błędu. Nieznajomy przechytrzył go. Nie mógł mu tak po prostu teraz odmówić. Lecz nie zamierzał tak dać się podejść.

Obcy stał i patrzył na niego wprost. Jego oczy mówiły za całe zdania, poniósł wielką szkodę ofiarowując to wszystko, ale w zamian oczekiwał zgody. Jedną rękę nadal trzymał na ramieniu flisaka, a widząc wahanie, delikatnie zacisnął palce. Tego było już za dużo. Moren musiał coś zrobić. Przywykł do targowania i wiedział, że nie może już odmówić. Pomyślał chwilę, po czym dość silnie wcisnął worek i sztylet cudzoziemcowi w garść, zatrzymując sakiewkę. Następnie obrócił się i bez słowa wszedł na pokład. Tam obejrzał się na przybysza stojącego na brzegu, po czym wskazał mu wiadro i burą szmatę leżące nieopodal. Skoro ten młodzik chce płynąć za pół-darmo, niech zapracuje chociaż na siebie.

Chłopak miał około szesnastu lat, był chudy, średniego wzrostu, nosił długie jasne włosy zaczesane z tyłu i przewiązane opaską na czole. Ponadto miał niebieskie oczy i główną wadę, dla której Moren nie chciał go zabrać. Więcej wyobraźni niż zdrowego rozsądku, a ponadto był cudzoziemcem, a z takim nie pogadasz płynąc barką przez wiele dni. Wskoczył na pokład jakby się na nim urodził i jakby właśnie był w domu. To dało Morenowi do myślenia, ale nie miał czasu obserwować pasażera cały czas, gdyż właśnie odbijali.

Musiał postawić wielki, kwadratowy żagiel i zająć się sterem, by wyjść z portu pomiędzy wbitymi w dno palikami nie naraziwszy przy tym szkuty na obrażenia. Zajął się swoimi sprawami. Poza nim na pokładzie było dwóch żołnierzy i trzy kobiety z sąsiedniej wioski wracające z targu. Miał też ładunek tkanin, które musiał dostarczyć do odległej osady. No i oczywiście miał czterech członków załogi. To ich głównie trzeba było pilnować. Byli to nowi ludzie zwerbowani ostatniego wieczoru w przybrzeżnej tawernie. Musiał tak postąpić, ponieważ poprzednia załoga odeszła do swoich zadań, swoich rodzin i swoich spraw. Nowi ludzie okazali się tacy sami jak wszyscy, pracowici, gdy na nich patrzeć, ale leniwi, gdy nie miał kto ich obserwować. Dlatego wydawał proste i jasne komendy nie pozostawiające wątpliwości, zrozumiałe dla każdego, kto choć raz pływał po rzece. Wykonywali je, a jakże, z pewnym ociąganiem, ale możliwie sprawnie, na ile pozwalały ciężkie od wieczornej wypitki głowy. I Moren doskonale o tym wiedział, dlatego nie żądał od nich czegoś, czego sam nie byłby w stanie dziś wykonać, również on spędził wczorajszego wieczoru w tawernie sporo czasu.


Zaraz gdy odbili od nabrzeża, cudzoziemiec odnalazł go i podszedł bliżej. Poczekał, aż szyper będzie miał chwilę wolnego, po czym wyciągnął w jego stronę sztylet i zestaw noży do rzucania, jaki posiadał. Z początku Moren nie wiedział o co chodzi chłopakowi, jednak szybko przypomniał sobie w czym rzecz. Na statkach morskich był zwyczaj, że każdy członek załogi oddawał broń kapitanowi na przechowanie do czasu, gdy była potrzebna. "Tu cię mam bratku", myślał szyper. "Musiałeś wcześniej pływać i to po morzu, to zobaczymy co jeszcze potrafisz". Zatrzymał chłopaka silnym chwytem za ramię, wziął noże, dokładnie je obejrzał, a następnie oddał załogantowi bez słowa, kiwnąwszy tylko głową. Nie musiał tego robić, jednak na rzece nie było takiego zwyczaju, a on wolał, by załoganci mieli broń przy sobie. Czasem była potrzebna, a czasu bywało niewiele, dlatego lepiej było oddać broń chłopakowi. Tak też postąpił, a później zdecydowanie odesłał załoganta do wszystkich diabłów, czyli do kontynuowania czyszczenia pokładu. Jednak chłopak stał tu nadal. Coś było nie tak. Kiedy spojrzał na brunatne deski, zauważył, że załogant wykonał już zadanie, więc rozkaz był bez sensu. "A toś ty taki... to dostaniesz coś nowego, zobaczymy jak dasz radę", postanowił, wydając nową komendę, którą chłopak miał wykonać, choć nie znał języka. Jednak Moren celowo używał komend znanych powszechnie, a stosowanych na wielu statkach, znanych każdemu. Młodzik pobiegł wykonać zadanie, a pozostali załoganci tylko stali i obserwowali go z rosnącym zaciekawieniem. Jeszcze go nie znali, ale ten młokos pracował szybciej niż oni czterej razem wzięci. Pokiwali między sobą głowami, wymienili uwagi wyrażając aprobatę, a następnie wrócili do przydzielonych zadań. Kapitan tylko zaparł się o rumpel i uśmiechając się pod wąsem odpalił rzeźbioną fajkę na wygiętym trzonku. Właśnie zyskał nowego załoganta, który, inaczej niż pozostali, płacił za przejazd jak pasażer.


Już tego samego dnia pod wieczór stało się to, co stać się nie powinno. Jeden ze strażników wpadł do wody i zniknął w jej odmętach. Wszyscy zastanawiali się, jak to się mogło stać. Jego kompan twierdził, że dobrze pływał, jeszcze w garnizonie chodzili razem nad rzekę i nie miał problemów z utrzymywaniem się na wodzie, a nawet był w pływaniu cokolwiek lepszy niż inni. Sprawy nie wyjaśniał też ciężar skórzanego pancerza ani metalowej broni, broń leżała na pokładzie, a skórznia nie była aż tak ciężka. Załoganci przypuszczali, że zasnął na stojąco i wpadł do wody, dlatego musiał utonąć. Inni mówili, że coś słyszeli, jakby chlapiące się ryby albo coś innego. Lecz nikt nie wspomniał tego, na co nijak nie można było pozwolić logice. Że żołnierz zwyczajnie został porwany.

Obcokrajowiec nachalnie starał się coś opowiadać, coś tłumaczyć, lecz z powodu niezrozumiałego języka nikt go nie słuchał. Dlatego zrezygnował i dalej już milczał. Pozostali próbowali bosakami grzebać w rzece, jakby chcieli ją zawrócić, jednak wszystko co wyławiali mieściło się w kategorii roślinności wodnej, a jeden nawet złowił nadgniłą wydrę. Trzy kobiety z kolejnej wioski zbiły się w gromadę pod nadbudówką i domagały się od szypra zapewnienia ochrony, za którą przecież płacą, nie omieszkały też zwymyślać załogantów, którzy robiąc co mogli weszli im przez przypadek w drogę. Każdy z nich starał się coś zrobić, zaczęło się kontrolowane zamieszanie, którego końca nie było widać.

Na dalszą część nocy, na wszelki wypadek, Moren kazał przycumować barkę do głazu pośrodku nurtu. Mieli tu poczekać do rana i zobaczyć, czy czasem gdzieś nie wypłyną zwłoki. Tak było najbezpieczniej. Nurt był wolny, rzeka w tym miejscu mulista i leniwa, więc ciała nie powinno znieść daleko. Jeśli chcieli znaleźć jakiekolwiek ślady, powinni zaczekać na więcej światła, by móc się rozejrzeć po okolicy. Tak Moren postanowił i nakazał zaprzestać bezowocnych poszukiwań, szkoda było na nie czasu.

Gdy kapitan przydzielił kobietom własną kajutę, wielkości dwóch na trzy kroki, pozostał sam bez osłony na pokładzie, zupełnie jak pozostali. Rozsiadł się na krawędzi burty i obserwował wodę. Myślał. Pozostali członkowie załogi zrzucili żagiel i przewiesili go przez bom, tworząc w ten sposób namiot do spania. Namiot mieścił z powodzeniem osiem osób, więc miejsca starczyłoby dla wszystkich nawet wtedy, gdyby szyper nie wyznaczył wacht. Gdy wszyscy przygotowywali się do noclegu, Moren celowo wyjął jedną monetę i położył ją na zewnętrznej krawędzi nadburcia, wpatrując się w mroczną wodę. Opary mgły uniemożliwiały dojrzenie czegokolwiek, lecz wcale nie spodziewał się nic zobaczyć. Chciał tylko coś sprawdzić.

Mijały długie nocne godziny, podczas których tylko sporadycznie coś się działo, gdy ktoś z załogi przejmował wachty. Aż do godziny przed świtem, kiedy wypadła ostatnia wachta. Wówczas na mostek wyszedł kapitan, a do pomocy wziął młodzika. Chciał, mimo trudności językowych, wypytać chłopaka, gdyż obcy wyraźnie widział w wodzie coś, czego nie dostrzegli pozostali. Wziął go na stronę, poczęstował łykiem mocnego rumu z manierki, a następnie spróbował wydobyć jakieś zeznania.

Z mowy chłopaka wnioskował, że pochodził on z kraju leżącego nad samym morzem. Pomiędzy tym krajem, a księstwem, w jakim obecnie byli, istniało wielkie królestwo o sporych wpływach. I to właśnie językiem tego królestwa spróbował posłużyć się Moren. Jak się okazało, młokos również pobieżnie znał ten język. Łamanym akcentem, zamieniając słowa i wspomagając się znakami ręcznymi chłopak opowiedział co zobaczył w rzece. Moren niezbyt dobrze znał ten język, lecz wystarczyło. Cudzoziemiec wyraźnie mówił o wodnym albo rzecznym człowieku, co tylko potwierdziło przypuszczenia szypra. Bezzwłocznie udał się w pobliże burty i wyjrzał za obręb. Moneta zniknęła. A więc opowieści rybaków z ostatnich dni okazały się prawdziwe. W rzece jest wodnik, albo nawet kilku. Stare legendy okazały się prawdziwe, ożyły z dnia na dzień. A na stare problemy najlepsze są stare, sprawdzone metody. Moren szybko zastanowił się, jakie zna sposoby na wodniki. Było ich niewiele, lecz dobrze pamiętał wszystkie. Przecież odpowiadał za tych ludzi na pokładzie i musiał pamiętać, to jego fach, a żaden wodnik, choćby i tuzin wodników, nie porwie więcej żadnego człowieka z jego krypy!


Wraz ze świtem z okolicznych łąk podniosła się mgła. Uleciała gdzieś wysoko, co mogło zwiastować opady, lecz chwilowo było to na rękę, ponieważ powietrze było czyste i klarowne, a widoczność doskonała. Obudzeni ludzie przystąpili do oględzin rzeki, jednak ciała nie znaleźli. I nie mogli, Moren wiedział co wodniki robią z porwanymi ludźmi. Jeśli było ich więcej, będą potrzebowały znacznie więcej niż jedno ciało. Szybko zmienił decyzję i postanowił stąd odpłynąć, nie było sensu tracić czasu, ponieważ zwłok już nie odnajdą, o tym był przekonany.

Przez cały dzień barka sunęła z wiatrem w dół rzeki, mijając oddalone od siebie wioski i skromne samotne zabudowania. Wśród załogi pojawiły się plotki, lecz szyper uznał, że na razie nie są groźne. Zamierzał powiedzieć załodze o odkryciu, lecz widocznie uprzedził go już chłopak. To nic, chwilowo zarówno on, jak i oni, mają pełno zadań, barka wymaga kontroli.

Po południu wysadzili trzy kobiety, za to wsiadła jedna z dzieckiem i jeszcze dwóch wędrowców udających się do miasta. Strażnik pozostał ten sam, lecz nie było czasu szukać dodatkowego, jeden będzie musiał zastąpić ich obu. "Dostanie premię, ale musi pracować za dwóch", postanowił szyper. Nowi pasażerowie byli nieświadomi tego co zaszło, ponadto stanowili nie lada utrapienie, gdyż malec co chwila kręcił się pod nogami komuś z załogi, paniusia nie mogła go upilnować, jeden z mężczyzn, jej mąż, również nie zwracał uwagi i nader często zaglądał do gąsiorka z uchem twierdząc, że to na rzeczną chorobę, a drugi z gości wciąż zadawał pytania, przez co Moren musiał go unikać jak zarazy. Płynęli jeszcze kilka godzin, aż stało się zbyt ciemno na kontynuację podróży. Wtedy przycumowali barkę do wielkiego drzewa rosnącego obok młyna w jednej z mijanych wsi.

Jak poprzedniej nocy, również tej Moren położył na burcie monetę. Tak należało, jeśli chciało się mieć spokój. Jak poprzednio, również i tej nocy wyznaczył warty i wszyscy udali się na spoczynek. Ponieważ nie padało, załoga spała na pokładzie, oddawszy gościom skonstruowany na bomie namiot. Dzisiejszą noc, jasną dzięki pełni księżyca, Moren zamierzał spędzić w swojej kajucie. Były tam dwie koje stojące obok siebie, które doskonale mu służyły kiedy sprowadzał sobie czasem kobiety z nadrzecznych tawern, albo po prostu do spania w wygodzie.

Właśnie przewracał się na drugi bok, gdy ze snu wyrwał go krzyk kobiety. Bez chwili wahania wyskoczył na pokład trzaskając drzwiami kajuty, potknął się, lecz utrzymał równowagę, a potem doskoczył w kierunku, gdzie coś się działo. W mroku nocy zobaczył dziwne zjawisko. Cała załoga oraz pasażerowie zgromadzili się po przeciwnej stronie, a w pobliżu lewej burty coś się poruszało. W bladym księżycowym blasku rozpoznał scenę od razu. Na deskach pokładu leżało ciało jednego z załogi, rozszlachtowane jak prosiak, a nad nim przysiadło coś drugiego. I to właśnie ten drugi kształt przyciągał większą uwagę, niż zabity w paskudny sposób marynarz. Na płetwiastych łapach, siedząc jak żaba, kołysał się cienki, sprężysty korpus w szarawej długiej koszuli i młyńskich porciętach. Również ręce stwora posiadały błony między palcami, a widać je było dokładnie, ponieważ przeświecało przez nie światło księżyca. Na wiotkim korpusie osadzona była krótka szyja wkulona w ramiona, z wyraźną pręgą biegnącą w poprzek, jak od powrozu. Na niej osadzona była głowa o zielonych, glonowatych włosach, blado-zielonkawej cerze i wielkich, wyłupiastych oczach. Usta potwora zaopatrzone były w ostre zęby tej samej wielkości, jak kły szczupaka, a sine wargi umazane były krwią ofiary. Spomiędzy nich zwisał ochłap parujących wnętrzności marynarza, a kapiąca z niego krew i śluz powodowały mdłości u wszystkich obserwatorów. Przybysz kucał nad zwłokami jak żaba i nie zwracał szczególnej uwagi na obecnych, był pochłonięty niemal całkowicie konsumpcją.

Moren klął w myślach, że wybiegając z kajuty nie zabrał żadnej broni. Pozostali również nie wiedzieli co robić. Chwilowo postanowił załatwić to inaczej. Wystąpił bliżej i odezwał się. - E, wodnik! Ty, do ciebie mówię. Głowa potwora obróciła się pod niemożliwym kątem i para żółtych, lekko fosforyzujących ślepi wlepiła się w szypra, który stał twardo starając się sprawiać władcze wrażenie. - Umowa to umowa, ja ci tu wykładam złoto a ty co? Zasady łamiesz, he? Musisz ty nowy być w tych wodach, bo umowy nie znasz. Na co ja, uważasz, złoto wykładam? Żebyś mi, pokrako jakaś, załogę porywał?! Nie szanujesz zasad i powinna kara cię spotkać. Chude cielsko poczwary wyskoczyło w powietrze, przeleciało przestrzeń dzielącą je od Morena i będąc już na miejscu wstało, przewyższając szypra wzrostem. Moren rozejrzał się błyskawicznie po załodze, szukając wsparcia, jednak nie było już na to czasu, jego oczy spoczęły w końcu na paskudnej twarzy wodnika, z której nadal zwisał ochłap wnętrzności rozprutego. - Kweee, a co ty wiesz o zasadach, suczy synu? - głos był wysoki, gdakliwy jak u żaby albo kaczki, przy tym trochę bulgotał i był zniekształcony przez wiszący ochłap. - Na co mi twoje złoto? Leży to biorę, ale nie z potrzeby. Moje potrzeby są większe niż byś myślał, chomiczy chwoście. I nie śmiesz kiwnąć na mnie palcem, albo puszczę tą całą balię pod wodę. - Kłamiesz, jesteś tu sam i nie masz mocy, to dobrze, sprawimy się, karasku, szybko i bezboleśnie, nawet nie poczujesz - rzucił hardo szyper. - Beeek, głupcze, nie możesz mnie zabić, jam już zabity. Ale za to ja mogę to... - kwiknął wodnik, wyciągając w stronę szyi kapitana swoje pazurzaste, błoniaste łapska.

Tyle wystarczyło. Nie wiadomo skąd nagle coś syknęło, na chwilę rozpraszając ciemności. Jak błysk nadziei odbijający światło księżyca. Ostry, niewielki nożyk w mlaśnięciem wbił się w oko potwora i odrzucił go do tyłu. Jednak poczwara nie puściła Morena. Wydała tylko kwik rozpaczy, ale pazury nadal zaciskały się na gardle szypra z zadziwiającą siłą. Kapitan stał się czerwony i desperacko tłukł cieńsze, chudsze, ale znacznie od niego silniejsze ciało. Większość ciosów trafiała w powietrze, gdyż korpus wodnika wyginał się na boki albo przyjmował ciosy jak worek z wodą, bez efektu. Wodnik zdawał się niczego nie odczuwać, jednak w oczodole sterczał mu nożyk. I wtedy ze zbitej gromady wystąpił cudzoziemiec. W niebieskich oczach czaiło się coś przerażającego, zdawały się fosforyzować gniewem, włosy rozwiane nocną bryzą już nie były spięte i zdawały się unosić wyżej, niż wynikało to z siły wiatru. - Eshte la! - krzyknął. - Eshte la as arte ufu, eshte la o nomo elea! Do ik redde twiko erta. Hur!!! - dorzucił, kończąc jeszcze głośniejszym okrzykiem i wysuwając się naprzód z kolejnym nożykiem, zamierzając wprowadzić obietnicę w życie, gdyby wodnik odmówił natychmiastowego wycofania się.

Poskutkowało. Wodnik natychmiast puścił kapitana i z kipiącą nienawiścią spoglądał jedynym ocalałym okiem na młodzika. Zaczął się cofać, a w tym czasie Moren rzęził na deskach łapiąc oddech. Poczwara stale pełzła skulona w stronę burty, a gdy już była blisko, wykonała długi skok do wody, lądując z dala od barki. Będąc już w rzece nie powstrzymała się od komentarza. - Hreeeek, jeszcze się spotkamy, koński ogonie, żaden wodnik nie lubi łowców, spotkamy się, breeek!!!

autor: rrico (rrico@gildiarpg.pl)