Szczere życzenie - cz. 1

Szczere życzenie

Esterka leżała na słomie w stodole i palcami gładziła się po kształtnych udach, wspominając jeszcze ciepłe, bardzo miłe zdarzenie, jakie rozegrało się tu przed chwilą. Jej usta były jeszcze gorące zasmakowawszy niedawno zakazanej miłości. Była już w takim wieku, że zakazana miłość smakowała najlepiej. Zmrużyła oczy wspominając dopiero przeżyte doświadczenie. "Simgund", pomyślała, "tylko on i nikt inny".

I wtedy otrzymała cios w twarz. Pięścią. Szybko przeturlała się otwierając oczy. Stał nad nią. Wielki jak niedźwiedź, twardy chmyz z podgrodzia, wąsaty i śmierdzący potem wielki drab, mieniący się jej ojczymem. Chwycił ją dłonią twardą jak kleszcze za kostkę i podciągnął bliżej, drugą ręką unosząc giezło aż po szyję. Jednocześnie przerzucił rękę z kostki na gardło, przyduszając do twardej polepy na środku. Nie mogła krzyczeć, a miotanie się nic nie zmieniało. - Nie ruszaj się, gołąbeczku, dopóki nie skończę. Gzić ci się zachciało! I to z kim! Widziałem tego typka umykającego chyłkiem na zamek. To ja ci zafunduję taką przygodę, że nie będziesz w stanie nikomu nóg rozłożyć! - mówił niby szeptem, ale przecież dość głośno, charcząc przy tym jak tur. Esterce pociemniało w oczach. Ściśnięte gardło piekło, nie mogła chwycić powietrza, a wszystko stawało się ciemniejsze z każdą chwilą. Poczuła między udami coś jak wielki, obślizły ślimak i fala wymiotów podeszła jej do gardła powodując, że niemal się już zakrztusiła. Ręka bezwiednie klepała polepę, za to druga błądziła po omacku na boki. Do czasu.

Twardy, calowej grubości przedmiot leżący obok uratował jej życie. Momentalnie chwyciła go i z całej siły pchnęła w sam środek, jak jej się zdawało, napierającego na nią ze wszech stron, cielska. "Widły", przemknęło jej przez myśl, "to muszą być widły". Poprawiła cios. Dziewczyna poczuła, jak nacisk na gardło znika. Jednocześnie usłyszała okropny krzyk i przekleństwo. I kolejny cios pięści w twarz. Jednak nie zwróciła na to uwagi, gdyż już wyślizgiwała się spod tego ohydnego pomiotu, za jaki uważała ojczyma. Moment później już stała na nogach w drzwiach stodoły, machinalnie poprawiając obie spódnice. Klęczał tam, na polepie, w kałuży krwi, a z jego trzewi sterczały widły wbite tylko na pół cala. Pomstował na nią strasznie, okrutnie, a do tego czasem jęczał i rzucał przekleństwa wodząc czerwonym z nienawiści wzrokiem i już kombinując. Stała tak kilka łokci od niego jak urzeczona. Krew. Przelała krew. - Bodaj cię rude psy targały wieprzu - rzekła spokojnie. - Chcę twojej śmierci, a wraz z tobą niech umrze wszystko co znasz i całe twoje plemię. Gdy mówiła, krew na polepie zaczęła układać się w jakiś wzór, przemieszczając się samodzielnie. Chciała patrzeć, lecz nie było już czasu.

Nie mogła tu zostać, lada chwila ktoś mógł wejść i zobaczyć. Wybiegła przed obejście, a następnie, nie oglądając się, pobiegła drogą w las, tam dokąd poszedł niecałą chwilę wcześniej Sigmund. Przy odrobinie szczęścia powinna go dogonić. Biegła przed siebie zapłakana, stale myśląc o zmierzającym w stronę zamku chłopaku, "niech on tu będzie, niech będzie, chcę go spotkać". "Sigmuuuuund!!!", krzyczał umysł. Krzyczał głośno, panicznie. I wówczas, nie wiadomo skąd, na drodze pojawił się chłopak. Blondyn, w zwyczajnej miejskiej przyodziewie. Wyszedł z przydrożnych krzaków dopinając spodnie. - Esterka, ty tutaj? Co się stało, zdawało mi się jakbyś krzyczała - rzucił, jeszcze zanim podbiegła. Dziewczyna podeszła do niego lekko słaniając się na nogach i bez słowa rzuciła się, obejmując ciasno. Wyszeptała. - Zabierz mnie, zabierz mnie stąd. Ja już nie mogę tu zostać, nigdy więcej. On... on próbował... chciał mi zrobić krzywdę, ale to ja zrobiłam jemu - dokończyła szybko, znacznie szybciej niż zamierzała. Odkleił ją delikatnie i spojrzał w miodowe oczy. - Nic nie mów, idziemy. Schowamy się w lesie, a nocą zakradnę się i zabiorę twoje rzeczy, potem pójdziemy na zamek, a potem jeszcze dalej. - Nic nie rozumiesz, ja... - Nic nie mów, idziemy. Pobiegli, najpierw biegli drogą dopóki się nie zmęczyli, a następnie skręcili w las. Szli lasem dobre pół stajania, by dotrzeć do wysokich, ciemnych dębów stanowiących przyczółek wielkiej puszczy płożącej się na granicy całego księstwa. Mówili, że ten las jest święty, że są tam uroczyska, na których tańczą nocami przy świetle księżyca płaczki, mamuny, że boginki wychodzą stamtąd nocami i podmieniają w wioskach dzieci. Mówili różne rzeczy, dlatego Siegmund nagle stał się napięty i milczący.

- Tu poczekamy aż się ściemni - powiedział cicho chłopak prowadząc ją pod rozłożyste korzenie powalonego drzewa. - Później wrócimy i zabierzemy rzeczy, a potem się zobaczy - dodał, rozglądając się bacznie po okolicy. Sigmund wstał i nieopodal nazbierał jagód, gdyż było ich tu pełno. - Masz, jedz - powiedział, biorąc garść Esterki we własną i przesypując wonne owoce. - Ale mi się dostanie, cały dzień mnie nie ma, a mistrz Amber wygarbuje mi skórę. Wiesz jaki jest, nie lubi jak ma czeladników pod okiem, a jeszcze bardziej nie lubi, jak ich nie ma. Ale co tam. Esterka uśmiechnęła się i położyła na mchu, opierając głowę na piersi chłopaka. Jej wargi były filetowe i ciepłe, Sigmund nie wytrzymał i pocałował je, długo i mocno. Leżeli tak, aż zrobiło się niemal zupełnie ciemno. - Sigmund, musimy iść, już ciemno, a do wsi kawał drogi. - No to idziemy.


Poszli z powrotem przez las, przez krzaki, przebrodzili strumień po kamieniach, a następnie drogą udali się w stronę wioski. Niebo w przecince drogi robiło się coraz bardziej ciemne i mroczne, pojawiały się gwiazdy: Oko, Wilk, Strzelec, Jednorożec i inne. Kiedy byli już blisko, poczuli swąd spalenizny. - Coś tam się pali - rzuciła dziewczyna pociągając nosem, - psy nie szczekają, jakaś taka cisza, co się dzieje? - Nie wiem, chodź, zobaczymy - odparł. Ostrożnie podkradli się bliżej bacząc, by nikt ich nie zauważył. Ale nie było nikogo, kto mógłby ich widzieć. Ich oczom ukazało się potworne zjawisko.

Cała wieś stanowiła obecnie pogorzelisko, wszystkie chaty były spalone, większość do gołej ziemi, a nad nimi unosiły się roje much, choć był już wieczór. Nagie, czarne szkielety chat sterczały z ziemi mierząc w nocne niebo, urągając grawitacji. Gdzie niegdzie pełgały niedogasłe płomienie, przywodząc na myśl żywe, przepojone siłą istoty. A pomiędzy tym wszystkim leżały ludzkie zwłoki. Okrutnie zmasakrowane. Większość miała rozdarte trzewia i odarte z ciała kości, jakby ktoś zdjął z nich rękawiczki. W uliczce leżeli mężczyźni, kobiety i dzieci, pomiędzy domami leżeli ci, którzy nie zdążyli się schować. Jeśli zdążyli, nieszczęście dopadło ich w domach, których już nie było, dlatego można było poznać, że tych ostatnich dopadł pożar. Woleli spłonąć żywcem niż pozwolić, by stało im się to co pozostałym. Co to było? Co niszczy człowieka w ten sposób? I to zaledwie w ciągu jednego popołudnia wszystkich mieszkańców całej wsi, nie wyłączając samej osady. Oboje zgięli się w tym samym czasie i zwymiotowali. Następnie stanęli na środku wioski i rozejrzeli się w każdą stronę z jednakowym efektem, nie było na czym zawiesić oka, nie ocalało już nic. Sigmunt nie widział, jak oczy dziewczyny zmieniają kolor z miodowego na ognisty, podbarwiony czerwienią.

Idąc przez wieś w końcu odnaleźli budynek. To była stodoła. Ta sama, w której Esterce przytrafiło się nieszczęście. - Zaczekaj tu - powiedziała, a jej głos był na tyle dziwny, że chłopak stanął na miejscu i nie ważył się poruszyć, dopóki sobie tego nie uświadomił. Lecz nawet wtedy nie zamierzał stąd odchodzić. To, co zobaczył, wydarło mu z piersi jęk zwątpienia. Upadł na kolana i zwymiotował po raz drugi. Cały budynek nie nosił nawet najmniejszego śladu spalenizny, lecz pokrywało go coś o wiele straszniejszego, co spowodowało mimowolną ucieczkę gałek ocznych chłopaka w głąb czaszki i jego upadek we własne wymiociny.

Stodoła w całości umazana była wszystkim, co wielu ludzi poprzednio miało w środku. Bardzo wielu. Wyglądało na to, że świat obrócił się wnętrzem na zewnątrz, a to co na wierzchu, przeniknęło do środka i już tam pozostało. Esterka ostrożnie podeszła do uchylonych drzwi stodoły, które tkwiły tak, jak je zostawiła. W panującej, dojmującej ciszy, przerywanej tylko odgłosami dogasających płomieni, zajrzała do wnętrza budynku. Na polepie klęczał ojczym z widłami wbitymi nadal w podbrzusze, ale nie patrzył już w jej stronę. Nie miał głowy. Klęczał w kałuży krwi, która przybrała formę wielkiego na kilka łokci pentagramu. Obok kwiliło niemowlę, nagie. Też dziewczynka...


autor: rrico (rrico@gildiarpg.pl)