Przebudzenie drugiego świata - cz. 1

Przebudzenie drugiego świata - cz. 1

Wyobraź sobie prześcieradło. Takie zwyczajne, jakiego używa wielu ludzi. Wykonane z powoli stygnącego, płynnego szkła. Zgniecione jak po ostatniej nocy przepełnionej marzeniami sennymi o niezdobytych przestrzeniach, nieograniczonym wymiarze wszechistnienia i wszechwiedzy. Lśniące od żółtawego światła przetykanego smugami szarości i cienia, ale to nie wszystko, również smugami blasku jak pochodzącego od odbicia świateł ulicznych latarni na zalanym kałużami bruku ciepłego, letniego hiszpańskiego miasta. Światłem tworzącym łuki i załamania jak monoklina w podwodnych grotach, lecz o innym kolorze. Wyobraź sobie to wszystko.

A wyobraź sobie siebie, jako małe zwierzątko, dla przykładu wielkości może chomika, może błyszczącej tropikalnej ryby. Zwierzątko przedzierające się przez lśniące groty stygnących szklanych prześcieradeł, a ściślej dryfujące z prądem opływającym podmorskie laguny, wulkany, groty i cały ten przepiękny, barwny świat pozbawiony wszelkich ograniczeń czasu i przestrzeni. Pozbawiony kierunku, grawitacji i wymiaru.

Tak. Dokładnie tak czuł się Nerere, kiedy obudził się następnego ranka. To była jego pierwsza wycieczka i chłopak naprawdę nie mógł pojąć tych wszystkich cudów, których był świadkiem. Jego lśniąca od potu czekoladowa skóra wydawała się odbiciem nocnych przeżyć, gdy chłopak wyszedł na zalaną słońcem jedną z afrykańskich uliczek małej wioski, gdzie wszyscy się znali i wspólnie żyli od wielu pokoleń. Tak. Dziś w nocy była pierwsza z wypraw młodego Nerere.

Niektóre z obrazów, nad którymi się zastanawiał, pochodziły z jego wcześniejszych przeżyć, których doświadczył nurkując z kolegami w wielkim, błękitnym oceanie, gdzie łowili ryby na sprzedaż. Ocean ich karmił, dawał zarobić, ochraniał i zaopatrywał w sól, jaką można było wydobyć z odparowanej wody. Pod jego powierzchnią aż roiło się od podmorskich raf, grot i pióropuszy gorgonii, a wszystko to prześwietlone siatką delikatnych grotów słońca, przecinających lazurowe lustro pomarszczonej wody.

Inne obrazy pochodziły natomiast ze świadomości zbiorowej jego ludu. Te były ważniejsze. Jako uczeń szamana, chłopak musiał nauczyć się je rozpoznawać i czerpać z nich moc, poradę i metody postępowania. Były znacznie ważniejsze od jego osobistych przeżyć, bowiem kumulowały się w każdym zakamarku jego ciała, zupełnie jak DNA, z którego został zrodzony. A dokładniej, jak DNA, z którego powstali wszyscy ludzie na ziemi, którzy przecież stanowili jedno i to samo ogniwo.

Idąc przez ciepłą uliczkę pokrytą złoto-czerwonym piaskiem chłopak nad wszystkim się zastanawiał. Może groty wcale nie były grotami? Może szkło i prześcieradło miały jakieś głębsze znaczenie? A może były czymś innym, a tylko on nadał im takie nazwy i wygląd? Nie potrafił tego ogarnąć, a opowiedzieć już na pewno. Jednak wiedział, że nie może żyć tylko w tamtym świecie. Dlatego celowo zatrzymał się, i w myślach określił każdy przedmiot, na jakim spoczął jego wzrok. Nadał nazwy i kształty całemu światu, jaki go otaczał, wykreował go od nowa, jakby uczył swój umysł świata na nowo. Ta przemiana pozwalała mu, choć na razie o tym nie wiedział, żyć w dwóch światach jednocześnie, istnieć na obu poziomach. Jednak poziom trzeci był na razie wielką zagadką, tajemnicą, sekretem, który należy poznać, lecz nie można tego zrobić za pomocą umysłu. I Nerere wiedział, że kolejny świat stanie się dostępny, lecz nie wiedział jak i kiedy. Lecz przecież czas nic go nie obchodził. Miał na to całą wieczność, która skupiła się dokładnie w tej właśnie chwili. I żadnej innej.

A potem nagle rzeczy stały się. Stały się na nowo. Zaraz po tym, jak nadał im imiona, kształty i położenie. Zwyczajnie weszły w obecną chwilę i się stały. Nerere spoglądał na świat, jakby widział go po raz pierwszy. Nagle uświadomił sobie, że widzi je przecież po raz pierwszy. Rzeczy zaczęły być takie, jakie są naprawdę. Chłopak pobiegł uliczką do przystani bacznie obserwując każdy kamień przy drodze. Każdy, który był ciepły, błyszczący i opowiadał swoją historię. Potem zwolnił, gdyż chciał zobaczyć więcej. Z zaciekawieniem graniczącym z pasją obrócił się i spojrzał na całą wioskę. Były tam budynki, byli tam ludzie, przedmioty, nawet zwierzęta i rośliny, były kamienie, drewno, blacha i beton. I każda z tych istot opowiadała mu o sobie.

Gdy nabierał wody z pompy, zobaczył ją jako żywą istotę. Istotę bardzo ulotną, płynną, energetyczną, również zespoloną z tym miejscem, z wypolerowanym ziarnami piasku metalem pompy, pokrytym starą zieloną farbą, ze złożami pod spodem, wreszcie z ziemią, po której chodzili wszyscy, z wioską, która na niej stała. Wszystko stanowiło jedno, stanowiło to samo.

Napił się, opłukał twarz i wyślizgnął się z drugiego świata. Otrzepał spodnie i wrócił do chaty z baniakiem wody.


autor: rrico (rrico@gildiarpg.pl)