Kopalnie Anejrona - cz. 2

Kopalnie Anejrona - cz. 2

Kolejny dzień wstał ciepły i słoneczny. Był to dzień podobny do poprzedniego i do tego, który dopiero miał nadejść. Jednym słowem, dzień jak każdy inny w Andanii, gdzie klimat był łagodny i ciepły, złoża bogate, a większość upraw położona była na żyznych glebach.

Promienie słońca przesiane przez jedwabne firany sprowadzone ze wschodu padały na wielkie, podwójne łoże, w którym spał właśnie obudzony władca - Anejron we własnej królewskiej osobie. Miał podkrążone oczy zdradzające niewyspanie, a twarz nosiła sieć zmarszczek towarzyszących wielkiemu wysiłkowi umysłowemu. Król myślał. Myślał o sprawach, jakie ostatnio nawiedziły jedną z prowincji, Revon, gdzie leżały kopalnie zapewniające spore bogactwo tejże prowincji, jak również całej Andanii. Kopalnie rud metali, z których wyrabiano broń i ozdoby, narzędzia i sprzęt, błyskotki i biżuterię. Wszystkie te kopalnie upadały jedna po drugiej.

Król gorączkowo szukał sposobu na odzyskanie profitów płynących z wydobycia złóż metali, bowiem gospodarka kraju chyliła się powoli w stronę stopniowego, na razie tylko symbolicznego upadku. Jednak kwestia gospodarczej zagłady spędzała sen z powiek nie tylko Anejronowi, lecz wielu jego poplecznikom, jakim udzielił wpływów we wspomnianych placówkach.

Król wstał, przeciągając się na siedząco, po czym narzucił na siebie satynową pelerynę w kolorze ochry, podbitą futrem z szynszyli, i podszedł do stołu, gdzie leżała mapa. Nalał sobie wina i zagłębił się w studiowanie topografii prowincji Revon sprawiającej mu ostatnio tyle kłopotów.

Władca miał więcej niż 50 lat, co zdradzała przygarbiona sylwetka, solidną nadwagę wynikłą z braku ruchu, posiwiałe włosy do ramion, zarost w tym samym kolorze oraz stalowo-szare oczy zdolne przewiercić rozmówcę na wylot, tak, że czuł się jak nagi. Mówiono, że przed Anejronem nic się nie ukryje i w większości była to prawda. Talent ten wynikał jednak nie z budowy samych oczu, lecz z nieprzeciętnej inteligencji i obycia króla, które to cechy zawdzięczał życiowemu doświadczeniu. Potrafił dokładnie dozować gniew, rozsądek, łaskę, nagrody i kary, przez co uważano go za sprawiedliwego i prawego władcę. Lud wierzył w jego słowa poparte czynami, nie burząc się więcej niż to konieczne. Jednak posłuchem darzył go tylko własny lud, a nawet większość niewolników, którym dane było go słuchać bądź oglądać. Jednak ostatnio pojawił się nowy problem. Istniała cała rzesza niewolników, którzy nie dostąpili zaszczytu bycia opromienionym przez jaśniejące oblicze króla. I ci niewolnicy wzniecili bunt, bunt wielki i solidnie przygotowany, bunt o wolność, o życie. Bunt, który wyłączał kopalnie jedna po drugiej.


***

Do wielkiej sali tronowej wspartej na rzeźbionych kolumnach, z fontanną na środku i kopułą malowanego w sceny bitewne dachu wkroczył posłaniec, dzierżąc przy sobie zapieczętowaną tubę z dokumentacją. Podszedł na odległość dwóch kroków od schodów prowadzący na postument z tronem, przyklęknął, jak nakazywał zwyczaj, na jedno kolano i skłonił się w stronę siedzącego króla. - Podejdź bliżej, pokaż co przyniosłeś - usłyszał w odpowiedzi. - Tak jest, Panie - odparł wchodząc na schody i zbliżając się do tronu nie niepokojony przez stojących po obu stronach gwardzistów z długimi mieczami. - Mam sam odpieczętować czy przekazać w całości? - zapytał wyciągając skórzaną tubę w stronę króla, który ani drgnął. Obaj wiedzieli, że było w tych słowach ukryte hasło zwiastujące zgoła coś innego niż z tych słów wynikało. - Masz odpieczętować i podać mi gotowy dokument - odparł Anejron patrząc mu w oczy. Odpowiedział na hasło, a potem wstał i nie poświęcając więcej uwagi posłańcowi udał się do bocznych drzwi, prowadzących na wielki taras zalany słońcem i obsadzony przez królewskich ogrodników wieloma cennymi odmianami ładnych roślin ozdobnych. Wysłannik bez słowa udał się za królem, lecz szli za nimi również dwaj gwardziści, trzymając się jednak na dystans.

Na wielkim tarasie wyłożonym kaflami sprowadzanymi specjalnie w tym celu z Ormanu stała drewniana, odosobniona altana biesiadna, w której król zwykł jadać posiłki w gronie najbliższej świty. Była na tyle duża, że pomieściłaby z łatwością około dwudziestu biesiadników siedzących przy wielkim stole, wraz z kilkoma osobami służby, jednak w tym momencie stała całkowicie pusta. Władca zajął zdobione krzesło z ciemnego drewna, po czym wskazał posłańcowi drugie miejsce przy stole, niezbyt odległe, by nie musieli rozmawiać głośno, lecz niezbyt też bliskie, ponieważ nie znał tego człowieka i jeszcze nie do końca mu ufał. Przy wejściu, po obu stronach łuku pokrytego pędami winorośli stanęli dwaj gwardziści, tylko z pozoru patrząc prosto przed siebie.

Król rozsiadł się w krześle, stwarzając pozory nieformalnej rozmowy, wiedział, że na większość ludzi działa to uspokajająco i zachęcająco. - Nalej nam obu wina i mów jakie wieści - zachęcił posłańca. Tamten skinął głową, sięgnął po kryształową karafę i dwa srebrne puchary stojące na stole i napełnił oba, podając w pierwszej kolejności jeden królowi, następnie zakorkował naczynie i wziął swój własny puchar. Kolejność czynności nie uszła uwadze króla, posłaniec musiał być szkolony w obyciu i nauczono go tego co wiedzieć powinien, spojrzał nań przychylnym okiem i skinieniem podziękował, zachęcając go jednocześnie do większej poufałości. Posłaniec wykonał kilka głębszych oddechów, pozwalając by napięcie nieco uszło. Zachowanie króla pomogło mu nabrać pewności siebie, nie było tak strasznie jak mówili, nawet nie musiał stać na baczność i został poczęstowany winem. - Przynoszę wieści z południa. Zdobycie tych wieści kosztowało sporo ludzkich istnień, lecz udało się. Pewna organizacja sponsorowana przez Waszą Wysokość dokonała przełomowego odkrycia, które może przyspieszyć tok sprawy - mówił szybko i po cichu, lecz bardzo wyraźnie. Dykcja była kolejną jego zaletą, która doczekała się skinięcia królewską głową. - Mów dalej, ja słucham - rzucił równie cicho król bawiąc się kosmykiem brody nawijanym na palec. Ten chłopak wykonywał kawał dobrej roboty, zapewne sam zdobył przedstawione informacje, wart był swojej wagi w złocie. - Chodzi o to, że w kopalniach szalał demon, to nic nowego. To on umożliwił uwolnienie niewolników zabijając większość straży i niektórych namiestników - posłaniec stopniowo przybliżał się, mówiąc coraz ciszej. - To już wiem, mów dalej. - Właśnie. To wiadomo ogólnie. Ale odkryłem... odkryliśmy ostatnio, że demona przyzwał jeden z niewolników o wysokich zdolnościach. I wiem kto to - dokończył już całkiem cicho. Król zamyślił się, o czym świadczyło zatrzymanie ruchu palca. Potem szybko się pochylił w stronę chłopaka łapiąc go mocno za ramię. - Wiesz? Mów kto to! Nie bój się, mów - nakłonił go z bliska, widząc że tamten zląkł się nagłego ruchu. - Hmm, no wiem jak wygląda, ale nie wiem jak go zwali. To normalne, niewolnikom nadaje się nasze imiona, żeby było łatwiej je wymówić. Wiem który to, mogę wskazać albo zrobić coś innego... gdyby... gdyby miał zniknąć. Zresztą już Karelczycy chcieli go zabić, nie udało się. Ci Batumi są cwani i przebiegli. Mimo, że połączyli siły, Karelczycy w tajemnicy zaplanowali atak, zrobili to w sześciu, wszyscy zginęli, nie zostali zabici, ale zwyczajnie przepadli bez wieści. Nie chcieli nic mówić, jednak udało mi się wydobyć pewne informacje działając pod przykrywką. I to od nich wiem który z Batumi rozporządza mocą przekraczającą moc wielu spośród naszych najlepszych magów. Dlatego myślę... nie ma znaczenia co myślę. - Powiedz, chcę poznać twoje zdanie. Ponieważ odkryliście to, a widzę, że dokonałeś tego samodzielnie, masz prawo mieć własne zdanie, chcę je poznać, jeżeli chciałbyś się nim podzielić - odparł Anejron świdrując wysłannika oczami, jednak niezbyt natarczywie, raczej otwarcie, nadal trzymając go za ramię. - Naprawdę nie powinienem... - Mów, to rozkaz! - Yyy, no tak. No więc myślę, że potrzebujemy tego niewolnika do odegnania demona. Nie możemy go zabić jak każdego innego, potrzebujemy jego zdolności i mocy, nasi czarodzieje mogą nie dać rady. Mówi się, że demon nie jest związany z naszym panteonem, lepiej niech odeśle go ten, który go przyzwał. To jednak może być trudne. Możemy złapać tego człowieka, jednak wówczas będziemy zmuszeni poprzeć bunt niewolników narażając kraj na straty. Z drugiej strony można to zrobić potajemnie, ale wtedy nie mamy gwarancji, że będzie współpracował, nie ma go czym zastraszyć, bo nie posiada niczego, śmiercią nie będziemy go przecież straszyć, bo potrzebny nam żywy i on na pewno by o tym wiedział. Pozostaje nam go przekupić, jednak nie mamy pewności czy będzie wówczas lojalny. I czy zechce współpracować do końca, albo czy zdoła zlikwidować burzę, którą rozpętał. - Hmmm, masz rację, całkowitą rację. Bardzo trafny wniosek. Ale mam pytanie, zdołasz przeprowadzić taki plan, gdybym podjął odpowiednie decyzje? - Oczywiście, Wasza Wysokość może na mnie polegać. W końcu służę Andanii, a ściślej rodowi królewskiemu, więc zostałem odpowiednio przeszkolony. Nie jestem tylko posłańcem, jak by wynikało. I Wasza Wysokość o tym wie, jestem o tym przekonany. - Nasza współpraca bardzo mnie zadowala. Zostałeś dobrze wyszkolony i jesteś odpowiednim człowiekiem do takich zadań, choć nie wiem kto was tam werbuje i szkoli, szczegóły organizacji waszej siatki leżą w gestii poszczególnych ludzi odpowiedzialnych za konkretne zadania. Nie wiem też w jaki sposób jesteście nagradzani za swoje dokonania, ale wierz mi, twoje nie są małe. Dlatego żądam, a wręcz nakazuję ci zażyczyć sobie dowolnej nagrody, jakiej mogę udzielić, a jaką uważasz za słuszną za swoje, niemałe bądź co bądź, dokonania - ciągnął król wyprostowawszy się, siedząc luźno i nieformalnie. - To już pozostawiam w rękach mocodawcy - odparł szpieg z uśmiechem, wykonując neutralny gest w stronę króla. - Jak mam nagrodzić oddanego sługę, skoro nie wiem czego żąda? - rzucił mu król mrugając okiem. - Czy ten wybraniec nie zechce podzielić się swoimi oczekiwaniami? Naprawdę, mów czego potrzebujesz lub pragniesz, a być może uda się to spełnić lub dostarczyć, nie krępuj się bo nie lubię tego. - No więc chciałbym tuzin najlepszych kurtyzan z Ormanu na wielkim statku płynącym do Ketonii, zaopatrzonym w obsługę oraz najlepsze Kordawskie wina, mały zamek żebym miał gdzie mieszkać po powrocie, lenno kilku wiosek płacących daniny i dostarczających tam żywność, dziesięciu służących, tuzin wyścigowych koni, karetę ze srebrnymi obiciami, łoże na kilka osób, wielki ogród z jabłoniami i basenem oraz własny herb i tytuł rodowy - wypluł z siebie szpieg, obserwując jak królowi rosną oczy i wydłuża się twarz z niedowierzania. Jednak szybko przerwał opowieści widząc rozbawienie na twarzy władcy, który dopiero po kilku chwilach pojął sens wypowiedzi. - A tak po prawdzie, tak po prawdzie to jadąc tutaj straciłem konia. Nie był najlepszy, ale nosił mnie już dwa lata. Napadli mnie zbóje i konia ubili, jednak uciekłem lasami. Pieszo. A droga daleka, dlatego informacja mogła nie dotrzeć na czas, a była ważna. Z tego powodu myślę, że dobrze by było gdybym miał innego konia. Może być nawet gorszy, byle udało się przedrzeć przez te lasy w drugą stronę. Poza tym niczego mi nie trzeba, no może oprócz posiłku i noclegu, bo ostatnio kiepsko z tym było. Prawda taka, że nie spałem od czterech dni i ledwo siedzę. Dlatego... dlatego nie ruszyłem wina - wyjaśnił uśmiechając się niepewnie. - Załatwione, jesteś wart swoich zasług. Dostaniesz konia, nocleg, żywności ile zechcesz, a do tego coś ode mnie osobiście. Cenię dobrych fachowców i chcę, by powodziło im się jak najlepiej. Mam też nadzieję, że się jeszcze zobaczymy, twoje towarzystwo, wbrew temu co ci o mnie nagadali, jest dla mnie cenne. Oto twoje nagrody. Na stole pojawiła się pękata i ciężka sakiewka zawierająca wyłącznie złoto, żadnego srebra, wydobyta ze statywu butelka drogiego Kordawskiego wina, którego posłaniec nie pił wcześniej, oraz sygnet z rubinem znacznej wartości. - Jutro rano przyślę człowieka, pójdziesz z nim do szlacheckich stajni i wybierzesz sobie konia należącego do mojej prywatnej kolekcji. Dostaniesz do niego siodło z uprzężą i juki, które kwatermistrz zaprowiantuje odpowiednio do potrzeb. W międzyczasie możesz korzystać z kuchni w pałacu albo wybrać jakiś lokal w mieście, nocleg otrzymasz za darmo w każdym zajeździe, powołaj się na rozkaz królewski. Możesz zostać w mieście jak długo chcesz, lecz wolałbym mieć cię na miejscu. Nie będę cię poganiał, jednak wkrótce musisz wyruszyć. Do tego czasu otrzymasz szczegółowe polecenia o podjętych przeze mnie decyzjach odnośnie naszej sprawy. A, jeszcze jedno, co jest w tubie? - Rzeczywiście, tuba. Jest tam mapa prowincji Revon. Zaznaczono na niej punkty największego oporu niewolników oraz wszystkie kopalnie czynne i nieczynne, również te na granicy upadku. Są dokładnie opisane na załączonym pergaminie, nie powinno być kłopotu z ich odczytaniem. Oto tuba, całe szczęście, trafiła w powołane ręce. Co mogę jeszcze zrobić? - To już wszystko. Masz odpocząć i czekać na rozkazy. Możesz odejść - król zakończył spotkanie wstając i wychylając puchar.


***

Karelczyk płynnie zsunął się z winorośli wspinającej się na pochyłe ściany nadrzecznego klifu, przemierzył obszar pokryty olszyną i bezgłośnie wsunął się w trzcinowisko. Jego lisie oczy błyszczały zadowoleniem w zapadającym zmierzchu upalnego dnia. Bez pośpiechu wśliznął się do rzeki, poczekał chwilę rozglądając się na boki, a następnie przepłynął sprawnie na przeciwległy brzeg, gdzie wydostał się na grząski grunt i wszedł do lasu.

Zasłyszane dziś informacje nie były kompletne, lecz słyszał dostatecznie wiele, by móc domyślić się reszty. Król wysyła swojego szpiega na teren objęty buntem, będzie musiał się spieszyć, aby ta wieść dotarła na czas jeszcze przed przybyciem owego szpiega. Mechanicznie wyjął zza pazuchy zerwane winogrona, które omal nie kosztowały go zdemaskowanie, włożył kilka gron do ust i wypluł pestki. Misja się powiodła, teraz tylko musi dotrzeć na czas. Ale ten chłopak miał tupet, rozmawiał z królem jak z równym. Ale co to za król, który na to pozwolił! Jednak... jednak ten król sprawiał wrażenie, jakby dokładnie wiedział co robi. Tak. Nic dziwnego, że Nadania radzi sobie tak dobrze, mając takiego człowieka jako władcę. Karelczyk słyszał już niejedno o Anejronie, jednak teraz musiał zmienić zdanie. Ta krwiożercza bestia, która kazała katować jego ludzi niewolniczą pracą w kopalniach okazała się całkiem przystępnym, cokolwiek miłym i wesołym człowiekiem, potrafiącym docenić usługi ciężko harujących szpiegów. Może warto byłoby dla niego popracować? Trzeba to przemyśleć. Może... może nawet można nawiązać współpracę z tamtym szpiegiem, zamiast go wydawać? To również należy przemyśleć. Karelczyk o lisich oczach miał nie lada problem, stało przed nim wyzwanie lojalności, nie był pewien jak postąpić. Wiedział jedno, zdecydowanie lepiej pracuje się dla zleceniodawcy, który płaci. Kłopot w tym, że ten płacący zleceniodawca nie jest nawet Karolczykiem, wręcz przeciwnie, jest wrogiem jego ludu, do tego takim, przeciw któremu powstał bunt. Bunt zorganizowany wprawdzie przez Batumi, jednak taki, w którym jego ludzie biorą przecież udział. Trudna sprawa. Decyzja nie będzie prosta i przyjemna, może kosztować głowę.


***

Następnego dnia słońce wstało o dwie godziny wcześniej niż zwykle, a przynajmniej tak zdawało się Theo, posłańcowi śpiącemu w pokoju w zajeździe. Promienie słońca obudziły go, padając wprost na twarz, przez co nie wyspał się tak długo jakby chciał. Jednak nie żałował tego. Miał zadanie, miał się wyspać i spotkać z człowiekiem króla. Dlatego wyskoczył z opłaconego na jedną noc łóżka, przemył się w misie lejąc wodę z dzbana, a następnie zszedł na dół i zamówił posiłek, również powołując się na rozkaz króla.

Karczmarz nie był szczególnie zachwycony, lecz nie śmiał się przeciwstawić. W innych okolicznościach uczyniłby tak niechybnie, jednak nie dziś. Bo dziś pojawił się człowiek, który potwierdził zamówienie młodzika i do tego uregulował rachunek.

Kiedy Theo zszedł na dół, karczmarz spojrzał na królewskiego człowieka i wskazał chłopaka oczami, czego jednak młodzian nie zauważył, gdy zamawiał posiłek. Jednak zadziwiło go, że posiłek już na niego czekał, był natychmiast. To wydało mu się na tyle podejrzane, że rozglądając się dyskretnie w koło natychmiast natrafił na wzrok wlepiony w niego zza jednego z, w większości pustych o tej porze dnia, stołów. - Czy ten człowiek nie wydaje się podejrzany? Ciągle się na mnie gapi, co to za jeden? - zagadnął karczmarza. - A, zabawna sprawa, bo on o waszmościa też pytał. Mówił, że od króla ma sprawę i rozkazy dla jednego gościa, i opisał, wypisz wymaluj, waszmości. - A to w porządku, posiłek podaj do tamtego stołu - odparł bez dłuższej zwłoki. Podszedł do stolika i przysiadł się. - Witam, to mnie szukasz. Jakie rozkazy? - Masz odebrać nagrodę w stajni, wyszykować się i jeszcze dziś rano wyruszyć na południe, gdzie ponoć trzeba kogoś nakłonić do współpracy, jak to król określił: "grzecznie i z należytym przekonaniem". W tym celu powierzona ci zostaje ta oto sakiewka, jako fundusz na zadanie, możesz tym rozporządzać wedle woli odpowiednio dozując "należyte przekonanie" komu trzeba. To też słowo króla. Jeżeli nie uda się "grzecznie", wtedy masz go nakłonić do współpracy w inny sposób, znaczy dostarczyć go żywego i w dobrej formie do pałacu, gdzie zostanie odpowiednio nakłoniony. Pod żadnym pozorem nie możesz dopuścić, żeby temu komuś coś się stało, ponoć jest cenny i królowi na nim zależy, chce go żywego i w jak najlepszym stanie. Żeby wykonać zadanie, możesz współpracować z ludźmi, o których "obaj wiemy", jak wyraził się król. Ale decyzje podejmujesz niezależnie, król liczy na twój rozsądek i dyskrecję. Podobno sprawa jest śliska i nikt ma o tym nie wiedzieć. Dlatego pakuj rzeczy i idziemy. - Wolnegooo, zjem najpierw, nie mogę tak na pusto tłuc się szlakami. Wykonam zadanie, ale śmierć głodowa mi w tym nie pomoże. - Jak wolisz, ja poczekam, a potem załatwimy sprawy. - Zgoda.


autor: rrico (rrico@gildiarpg.pl)