Rhenerys

Zimne, ośnieżone szczyty niedostępnych Gór Lamentu od niedawna stały się jego domem. Mimo tego, że wszystkim wydawało się, że wygnanie go z równiny Zharr powinno upokorzyć i w końcu doprowadzić do śmierci głównego chorążego armii króla Nabuhaddinazariego VI, który zawiódł pokładane w nim nadzieje podczas bitwy w Gash Kadrak, Kotlinie Wojny. O tak. Odwieczny obyczaj zabraniał wykonania wyroku śmierci w bezpośredni sposób wobec tak wysoko postawionych w społeczności Dawi Zhaar osobistości, jednak Rhenerys musiał ponieść odpowiednią karę. Co prawda, gdyby ukorzył się przed królem i złożył przysięgę, w której powtórzyłby słowa traktujące o tym, że zmyje swoją hańbę krwią przeciwników zostałby tylko pozbawiony stopnia i ponownie wcielony do armii. Jednak duma i poczucie honoru nie pozwoliła przyznać mu się do błędu, który w jego oczach tak naprawdę nie wydawał się błędem. Cóż, różnica zdań. Wybrał więc wygnanie. Przez wiele dni podróżował przez niższe szlaki gór otaczających równinę Zharr, miejsce, które z każdym krokiem przestawało być jego domem. Po kilku dniach podróży dotarł do przełęczy oddzielającej niskie góry równinne od wysokich, skąpanych we mgle szczytów Gór Lamentu. Uświadomił sobie, że będzie musiał mieć się na baczności. Te okolice zamieszkiwali orkowie. Rozkładali swoje obozowiska i gdy Rhenerys kontynuował swoją bezcelową podróż nie raz słyszał te obozując w górach kreatury. Powoli przyzwyczaił się do ich chrapliwych głosów oraz do cienkich i nieco piskliwych należących do ich podwładnych goblinów. Co prawda nie raz z nimi walczył i wygrywał, lecz podjęcie walki teraz, kiedy był bez broni wydawało się Rhenerysowi już nie brawurą, którą zazwyczaj się cechował, lecz zwykłą głupotą. Zdecydował, że czas wspiąć się na nieco wyższe stoki pozostawiając w dole niebezpieczeństwo oraz kraj swej młodości i utraconych nadziei. Pnąc się powoli pod górę z każdym krokiem czuł, jak otaczająca go mgła gęstnieje. Para wydobywająca się z jego ust przy każdym oddechu, utwierdzała go w przekonaniu, że jeżeli nie znajdzie sobie jakiejś kryjówki na noc i nie rozpali ognia zapewne zginie - zamarznie lub jeżeli zdecyduje się zanocować niżej zabiją go orkowie. Jednak jego rozmyślania przerwał nagle pewien odgłos. Coś jakby tęten kopyt. Tyle tylko, że każdemu uderzeniu towarzyszyło drgnięcie podłoża. "Co do cholery?" zdążyło przemknąć Rhenerysowi przez myśl zanim za najbliższego wyłomu skalnego wypadł na niego wielki, kudłaty zwierz. Łeb, zakończony łukowatym porożem był cały poraniony. Z boków pokrytych śnieżnobiałym futrem sterczały groty prymitywnych oszczepów. Zwierze zobaczyło centaura, przystanęło na chwilę po czym zaryło w ziemi kopytami i rozpoczęło szarżę. Rhenerys zareagował instynktownie. Odskoczył w bok tuż przed tym jak wielkie cielsko uderzyło w skały znajdujące się za herosem. Rozległ się głuchy łoskot - masa zwierzęcia sprawiła, że zabiło się samo łamiąc sobie kręgosłup przy zderzeniu z twardą skałą. Rhenerys zrozumiał, że taka okazja może się nie powtórzyć. Zbliżył się do martwego ciała, wyszarpnął z boku oszczep i ułamał w okolicach grotu. Prymitywnym nożem wyciął na skórze zwierzęcia coś co w jego mniemaniu nadawałoby się na płaszcz. Gdy skończył wycinać odrzucił niepotrzebny już grot służący przez chwilę za nóż i zaczął zdzierać skórę z trupa. Niestety, nie miał odpowiednich narzędzi i wszystko musiał zrobić gołymi rękami. Monstrum krwawiło na tyle mocno, że ręce centaura aż po łokcie nabrały koloru krwi. "Trzeba będzie to zmyć w najbliższym strumieniu. Zapach krwi będzie wabił drapieżników." pomyślał. Zaraz po tym, jak oddzielił przygotowany wcześniej płat od reszty ciała i zarzucił go sobie na ramiona jakby to był płaszcz usłyszał jakieś krzyki. Jednak nie były to głosy orków. O wiele głębsze i niższe. I jakby bardziej cywilizowane. "A cóż to za nowe diabelstwo?" pomyślał i wyszarpnął z boku zwierzęcia kolejny oszczep przygotowując się do obrony. W tym samym miejscu, z którego przed chwilą wypadł leżący u jego stóp stwór wyłoniła się grupa... -Ogry! - krzyknął zdziwiony Rhenerys. Rzeczywiście, wyglądało na to, że jeden z klanów urządził sobie polowanie. A zwierzyna właśnie leżała u jego stóp. Mocniej ścisnął w dłoniach oszczep. Zdawał sobie sprawę, że może nie dać rady całej grupie. Z tego, co wiedział o społecznościach ogrów był w stanie wywnioskować, że grupa, którą spotkał to myśliwy wraz ze swoimi pomocnikami. Nagle spośród tłumu szarych, gruboskórych olbrzymów wystąpił naprzód największy, ten, którego Rhenerys uznał za łowcę - starszy, siwowłosy ogr z ogromną kuszą na plecach krzyżującą się z wielkim mieczem. Jego skórzaną kurtę lamowaną futrem zdobiły liczne pazury i kły. Wszystkie były długości palców centaura. W dłoni siwowłosego ogra Rhenerys dostrzegł oszczep - taki sam, jaki dzierżył w chwili obecnej centaur. Przez moment ich spojrzenia spotkały się. Nagle ogr przeniósł spojrzenie na ręce herosa. Jego oczy nieznacznie się rozszerzyły, jakby łowca się czemuś dziwił. Niespodziewanie myśliwy klęknął, wbił oszczep w ziemię i przemówił. -Zabić biała rhinox wielka honor. Przyjm to jako znak uznania. - po tych słowach odwiązał miecz z pleców i wciąż klęcząc schylił głowę i wyciągnął go w kierunku Rhenerysa. Centaur powoli zbliżył się do myśliwego i przyjął podarunek. Gdy wyciągnął broń z pochwy okazało się, że jest idealnie czarna. I nadspodziewanie lekka. Wielkie, prostokątne ostrze pozbawione jakichkolwiek ozdób, run, czy rzeźbień wykonane było ze stali pochodzącej z meteorytu! Ogry nawet nie zdawały sobie sprawy, jak cenny to dar. Wiedział, że teraz on powinien podarować coś łowcy. Zdjął ze swoich ramion płat skóry, który zdarł z truchła i podał ogrowi. Potem skłonił głowę. Łowca wstał. -Sarrassin za biała rhinox dobra wymiana - powiedział po czym po chwili dodał - Ten, kto zabił musi spróbować krwi powalonego. Tak każe obyczaj. Rhenerys wiedział, że sprzeciw będzie obrazą. A wolał nie drażnić ogrów, gdyż zdawał sobie sprawę, że nie warto ryzykować. Schował ostrze do pochwy, przerzucił je przez plecy i zapiął klamrę na piersi, po czym odwrócił się, podszedł do powalonej bestii i zanurzył ręce w najgłębszej ranie jakby czerpał wodę ze strumienia. Łyknął krwi. Czerwone strużki rozlały się po bokach jego ust, spłynęły po brodzie i zaczęły z niej kapać. Nagle Rhenerys poczuł, że przestaje odczuwać zimno. Jakby jego skóra stawała się odporna na wszystkie bodźce zewnętrzne. Ze zdziwieniem odwrócił się do ogrzego łowcy. -Krew rhinoxa daje siły i robi odpornym. - uprzedził pytanie centaura. Heros podziękował skinieniem głowy. Chwilę pogrzebał w swojej torbie podróżnej i wyciągnął z niej pustą flaszę, w której jeszcze na początku drogi znajdowała się gorzałka i napełnił ją krwią zwierzęcia. "Cóż, zawsze to lepiej, jak będę miał zapas." uśmiechnął się do swoich myśli i bez słowa oddalił się pozostawiając ogry wraz z martwym cielskiem za sobą. Gdy był już na tyle daleko, że nie słyszał głosów ogrów cieszących się udanym polowaniem zaczął rozglądać się za strumieniem. Chwilę później usłyszał cichutki szmer i skierował się w jego kierunku. Tak jak przypuszczał doprowadził go do maleńkiego źródełka. Rhenerys klęknął chcąc umyć ręce, lecz ze zdumieniem odkrył, że krew nie schodzi. Nie ważne, jak długo polewał wodą poplamione dłonie nadal pozostawały one krwistoczerwone. -Rhenerys Czerwonoręki... Pięknie. - mruknął cicho pod nosem. I nagle przyszedł mu do głowy pewien szaleńczy pomysł. Czekała go długa podróż, jednak już wiedział gdzie się uda. Z taką bronią i miksturą, która czyniła go niewrażliwym na chłód i ciosy? Uświadomił sobie, że być może to jego życiowa szansa. Postanowił stanąć do pojedynku na Arenie Śmierci...