Trzecia córka – cz. 2

Trzecia córka - kontynuacja Szczerego Życzenia

Po raz kolejny już Esterka napawała się przyjemnością powolnej, gorącej miłości, jaką ofiarował jej Sigmund tej nocy. Kochali się kilkukrotnie, zawsze wolno, napawając się aromatem ciał i gładkością skóry. Leżeli w wielkim, podwójnym łożu, jakie chłopak niedawno kazał zrobić cieśli na podgrodziu. Zrobił to, ponieważ spodziewali się dziecka i Esterka musiała mieć wygodnie. Sigmund spał, a dziewczyna wodziła dłonią po załamaniach pomiętych, zrolowanych prześcieradeł. Zastanawiała się, jak będzie tym razem. Dwukrotnie już poroniła, a nie chciała rozczarować wybrańca po raz trzeci. Bardzo nie chciała, zależało jej, by dziecko urodziło się zdrowe i w dobrym stanie. Cieszyła się tą myślą póki jeszcze nie nadeszła. Bezwiednie spoglądała w okno, zapełnione srebrnym blaskiem księżyca w pełni. Dokładnie takiego, jaki poradziła jej znachorka. Znachorka, do której udała się zaraz drugiego dnia po chorobie. Powiedziała jej, by zaplanowała miłość właśnie takiej nocy, a wszystko będzie dobrze. Uczyniła tak i dotychczas nie było żadnych problemów, wymiotów, bólów czy innych dolegliwości. Dziecko rozwijało się zdrowe i silne. Ale czemu znachorka mówiła, że to będzie córka?

Wstała, odrzucając jeszcze ciepłe prześcieradło i podeszła do okna, wpatrując się w księżyc. - Ty jeden jesteś mi świadkiem, robię jak trzeba - wymówiła po cichu. - Na razie jest dobrze, dlatego posłucham tej kobiety, chociaż wydaje mi się straszna i boję się jej trochę. Słyszysz mnie? - rzekła do srebrnego dysku na niebie. - Biorę cię na świadka, pomóż mi.

Spokojnie podeszła do łoża i położyła się. Nie trwało długo, gdy zasnęła obok chłopaka. Jednak nie dane jej było spać spokojnie. Od pewnego czasu dręczyły ją koszmary. Widziała we śnie dziwne istoty, jakby duchy czy inne stworzenia, o jakich można usłyszeć tylko w legendach. Ręce kurczowo ściskały prześcieradła, pot wystąpił na twarzy, zamknięte oczy przemierzały swą ekliptykę pod kotarą powiek. Dziewczyna śniła. O spalonej wiosce pełnej krwi i trzewi, o odciętej głowie, o spalonych zwłokach... o pentagramie. Ponadto widziała we śnie wilkołaka, tak, chyba to był wilkołak. Unosił głowę i wył do księżyca, dokładnie takiego, jaki widziała przed chwilą. Ten wilkołak pojawiał się każdej nocy, kiedy była pełnia. Od początku ciąży.

Gdy przebudziła się rano, Sigmunda już nie było. Uświadomiła sobie, że przecież był strażnikiem na zamku i musiał chodzić na służbę. "To dobrze", pomyślała, "dziecko będzie miało środki do życia, a ponadto będzie bezpieczne". Ostrożnie wstała i nalała sobie wody do misy, następnie opłukała twarz i ręce. Później robiła różne nudne rzeczy, jak szydełkowanie ubranek dla dziecka, malowanie kołyski we wzory, jakiś posiłek dla Sigmunda, gdy wróci, uczyła się też kreślić runy i czytała księgę o gwiazdach które, nie wiadomo czemu, jakoś szczególnie ją interesowały. Nauczyła się już rozpoznawać wiele konstelacji, o których dawniej tylko słyszała. Sprawiało jej to przyjemność. Tak upłynął niemal cały miesiąc. W błogim nastroju para żyła sobie w zamku nie dbając o problemy świata. Ale nadszedł czas, że Esterka miała skurcze. Pierwsze skurcze przed porodem. Zdziwiła się bardzo, ponieważ czas jeszcze nie nastał. Dlatego nocą, gdy chłopak był na służbie, potajemnie wyszła z grodu i udała się do znachorki, mieszkającej na końcu wsi, w odległej chacie. Ubrała się w szary płaszcz, przypasała srebrny sztylecik i sakiewkę monet, po czym wyszła nie zatrzymując się na pogawędkę ze strażnikiem bramy, którego dobrze znała.

Kiedy przemykała błotnistą drogą przez wieś, spostrzegła że ktoś ją śledzi. Cień czaił się za rogiem jednej z chałup, dodatkowo osłonięty niskim murkiem z kamieni. Jednak Esterka dobrze widziała nocą, sama nie wiedząc czemu, więc napastnik został szybko wykryty. Dziewczyna przyspieszyła kroku i schowała się między chlewik i oborę. Zwierzęta nigdy nie hałasowały w jej obecności, zawsze je za to lubiła. Również i tym razem były spokojne. Weszła głębiej do obory, mieszając się pomiędzy szare cielska owiec i kóz. Czekała. Chwilę potem bardziej wyczuła niż dostrzegła jego obecność. Ktoś tu był. Nie poruszyła się, ale tamten i tak nie zamierzał jej tutaj szukać sądząc, że niemożliwe jest wejście w stado owiec bez ich alarmowania. W złości dziabnął nożem futrynę pomieszczenia, odwrócił się i wyszedł w noc.

Esterka wstała i wyszła dziurą, którą dostrzegła w ciemności w drugim końcu drewnianej szopy. Brakowało tam desek, z łatwością mógł się tam przecisnąć człowiek, ale ciężarna kobieta miała pewne kłopoty. Jednak się udało. Postanowiła nie wracać na drogę, lecz przeszła dalej polami. Było ciemno, a ona szła sama przez zagon kapusty, co chwila się potykając, dopóki na zakręcie ścieżki odbijającej od głównej drogi nie zamajaczyła mała chata ukryta w krzewach czarnego bzu. Podeszła pod drzwi okrążając budynek i z wyczuwalnym wahaniem zapukała.

Drzwi otworzyła kobieta starsza od niej może o 20-30 lat, trudno było poznać jej wiek. Bez żadnych pytań czy powitań złapała dziewczynę za ramię i wprowadziła do wnętrza. Było tu niemal zupełnie ciemno. Jedyne oświetlenie padało od umieszczonego pośrodku chaty paleniska, na którym w kotle wrzała jakaś zupa. - Wiem czemu przyszłaś, córko. Duchy mi powiedziały, że już czas. - Duchy? Ale prawda, dziś rano miałam skurcze, chyba się zaczyna. Jednak to za wcześnie, dziecko jeszcze nie jest gotowe żeby przyjść na świat. Powiedz, matko, co mam czynić tym razem - rzekła przestraszona. - Dziecko już gotowe, o to się nie martw. Przyjdzie na świat jutro nocą, kiedy nadejdzie kolejna pełnia, tak jak zaplanowano. Udasz się jutro do lasu, sama. I urodzisz dziecko, całkiem sama. Musisz tak zrobić. - Ale... ale ja wolę w domu, co powie Sigmund, znaczy mój chłopak, jak nocą wyjdę sama do lasu. Do tego z takim brzuchem... jakże to? - Nie sprzeciwiaj się! Musisz tak zrobić. Dokładnie ci powiem jak. Weźmiesz ten woreczek i umieścisz pod poduszką tego, jak mu tam... Sigmunda. Potem wyjdziesz do lasu, pójdziesz prosto. Przy kamieniu z napisami skręcisz w lewo, dokładnie w lewo, a potem wejdziesz w kotlinę. W tej kotlinie, której nazwy nie musisz znać, wśród paproci stoją wielkie głazy. Dokładnie po środku polany. Położysz się na jednym, płaskim, i dokładnie o północy urodzisz tam dziecko. Czekaj tam już od zmierzchu, a o północy nadejdzie ten moment. Dziecko owiniesz w szmatę i przyniesiesz do mnie. Tak zrobisz, a wszystko będzie dobrze. Rozumiesz, córko? - Tak zrobię, ale kto mi da odwagi? Nieważne, tak zrobię. Masz tu, matko, mieszek za usługi. Na mnie pora, zanim Sigmund wróci ze służby.


Kolejny dzień był jak każdy inny. Chłopak wrócił z wieży i zastał Esterkę na łożu, śpiącą do południa. Specjalnie mu to nie przeszkadzało, wiedział, że powinna odpoczywać bo nadchodzi jej czas. Dziecko zdrowo kopało, to musiał być syn i zostanie wielkim wojownikiem. Dostanie na imię Gothard. Wstał, zrobił posiłek dla nich obojga, po czym wyszedł kupić kilka rzeczy. Do wieczora cieszyli się swoją obecnością i oglądali razem czerwony zachód słońca, które tego dnia miało szczególnie intensywno-czerwoną barwę, a wieczorem położyli się spać. Dziewczyna delikatnie umieściła pod posłaniem Sigmunda woreczek, który otrzymała od znachorki, a następnie poczekała aż zaśnie.

Nałożyła podróżne ubranie takie jak wczoraj, wzięła również wiklinowy kosz i płótno. Cichcem wymknęła się do lasu. Szła ostrożnie, a nocne ptaki powodowały, że co trochę serce uciekało jej do gardła. Jednak postanowiła, że wywiąże się z umowy. Już po drodze naszły ją skurcze, przy wielkim, stojącym na sztorc kamieniu, na którym niewidzialna ręka wykuła jakieś napisy w runach, jakich nie znała. Oparła się o kamień i przeczekała chwilę, a następnie skręciła w lewo. Poszła dłuższą chwilę przez dębowy zagajnik, by następnie wyjść w porośniętą mchem i paprociami kotlinę, na dnie której ujrzała wielkie głazy. Jedne z nich stały prosto, inne były pochylone, lecz tylko jeden leżał płasko na ziemi i wyglądał jak ołtarz. Weszła w krąg z kamieni, oglądając się stale za siebie i na boki. Ustawiła koszyk obok, rozzuła się i usiadła na poziomym głazie. Siedziała tak godzinę, może dwie, próbując nie zwracać żadnej uwagi na wszechobecne nocne odgłosy. Otaczające ją wzgórza były mroczne i obce, całe to miejsce wydało jej się dziwne jak ze starej legendy. Oczywiście słyszała opowieści lokalnych bab o specjalnym miejscu, gdzie położnice udają się by urodzić dziecko, jednak nie przywiązywała do nich dotychczas większej wagi. Aż do dzisiejszej nocy.

Gdy przestało jej być wygodnie, ułożyła się płasko na kamieniu. Teraz, dla odmiany, poczuła dziwną błogość i spokój. Rękami gładziła omszałe brzegi głazu, starając się nawiązać z nim jakąś więź, kontakt, bardzo osobiste uczucie. Uczucie niedostępne nikomu innemu w tej chwili. Bezwiednie uśmiechnęła się, kiedy poczuła jak głaz szepcze do niej. Był duży, stabilny i dość ciepły, wydawał się nawet miękki jak łoże, choć porastał go tylko mech. Esterka usnęła.

Dziwne, dziś nic jej się nie śniło, ale kiedy obudziła się, momentalnie wyczuła czyjąś obecność. Blisko. W jednej chwili rozejrzała się na boki opuszczając rękę do sztyletu. I wtedy go usłyszała. Na najbliższym wzgórzu, nie dalej jak rzut małego kamienia, między drzewami, stał wilkołak i patrzył na nią. Nie ruszał się i ona też nie miała na to ochoty. Strach pełzł powoli od samych trzewi w górę, do gardła. Paraliżował, spinał mięśnie. Wilkołak stał i wył w górę, gdy podążyła za jego wzrokiem, ujrzała srebrną tarczę księżyca.

Wtedy nadeszły skurcze. Gwałtowne i tak silne, że gdyby stała, bez wątpienia powaliłyby ją na ziemię. Nie wiedziała czemu, ale była niemal pewna, że to właśnie północ. Bała się bardzo, bała wyjącego wilkołaka, lecz nie miała siły ani możliwości żeby uciec, żeby choćby wstać albo zrobić cokolwiek innego. Dziecko pchało się na pogrążony w srebrnej poświacie świat. Esterka wpiła palce w mech na bokach głazu i parła, parła ze wszystkich sił, tylko sporadycznie łapiąc spazmatyczny oddech. Zamknęła oczy, by nie widzieć wilkołaka, może sobie pójdzie i zostawi ją w spokoju. Parła. Parła. Oddech. Parła...

Dziecko wydostało się. Ktoś je wyjął i uniósł. Gdy otworzyła oczy, przejęła ją zgroza. Małe, różowe ciałko jej niemowlęcia spoczywało w twardych, włochatych, szorstkich i zakończonych szponami łapach wilkołaka. Wysoko, tam gdzie tylko księżyc mógł je oglądać. Dziewczyna drgnęła, ale na nic więcej nie miała sił. Spomiędzy jej warg wydarł się tylko krótki jęk. Wilkołak spojrzał na nią z ciemności. Miał oczy zupełnie wilcze, błyszczące jak klejnoty w mroku nocy. Opuścił dziecko, a następnie zrobił mu na czole nacięcie jednym ze swych szponów i odłożył pomiędzy rozwarte uda dziewczyny.

Esterka ponownie otworzyła oczy, ale wilkołaka już nie było. Zniknął gdzieś w ciemności. Za to było małe, różowiutkie, bezbronne niemowlę. Szybko odcięła pępowinę, podwiązała ją krótko, a potem powoli wstała. Z kosza wyjęła szmatę, którą wytarła dziecko, a potem je owinęła w czyste, białe płótno.

Dziecko było małe, pulchne, pachnące, było córeczką o miodowych oczach i miało... dwa rzędy zębów na podniebieniu!


autor: rrico (rrico@gildiarpg.pl)