Opowieści z Ery Mroku - cz. 1

PROLOG

I nagle, jakby znikąd przed Zewnętrznym Murem, pojawiła się niezliczona armia, pod dowództwem sługi ciemności Herapta. I nagle, jakby znikąd, uderzył piorun w wojska, które rozpierzchają się, byle tylko nie pozostać w zasięgu śmiertelnego ognia. Pierwszy rząd najeźdźców, rusza do ataku, zostawiając w tyle, całe swoje wsparcie, oraz sprzęt, byle tylko przebić się do muru. I ponownie uderza błyskawica, tym razem jednak w obrońców muru, rozrzucając ich po całym Podobszarze. Ludność chowa się w domach, lecz mimo to wspiera śpiewem swoich obrońców. Ponad tym śpiewem daje się słyszeć głos, potężniejszy nawet od głosu samego Stwórcy: NAPRZÓD, SYNOWIE OJCÓW, NAPRZÓD OJCOWIE SYNÓW NAPRZÓD CIEMNY LUDU. I zaczęła się Czarna ofensywa, zaczęła się bitwa o wolność, o prawo do życia. Mur został przebity, lecz nadal obrońcy nie wpuszczali napastników do Podobszaru, nadal zatrzymywali ich przed murem, bo wiedzieli, że jeżeli nieprzyjaciel wedrze się do grodu, szanse na przetrwanie zmaleją do zera. I zaczęto uderzać w bębny, miarowo, w rytm tupiących butów i kopyt wojska. Pierwsze strzały opuściły kołczany i łuki, aby zatrzymać się dopiero w ciałach obrońców, lub w mokrej od krwi ziemi. Wnet, spod nieba dał się słyszeć grzmot, i Zastępy Niebieskie, stąpiły na ziemię, by uczestniczyć w tej ostatniej bitwie Starego Świata. Wnet ziemia rozdarła się i naprzeciw aniołom, ruszyli mieszkańcy piekła, diabły oraz demony, pałające nienawiścią do tych, którzy przed wiekami, wygnali ich ze świata śmiertelników. I zlękli się obrońcy Dawnego Porządku, widząc, jaka armia, łomocze do bram zamku, lecz nabrali otuchy, kiedy ujrzeli blask, bijący od przybyszów z Górnych Światów. Mimo najcięższego oporu militarnego, jaki człowiek może sobie wyobrazić, ruszyli na wroga, już nie z chęcią zwycięstwa, lecz z furią, bijącą od ludzi, którzy mieli po raz ostatni oglądać światło dzienne. Dwustu konnych, na wielkich wierzchowcach, ruszyła naprzeciw śmiałkom, którzy odważyli się wyzwać Potęgę Mroku. Śmiałkowie jednak nie ulękli, się, lecz ze zdwojoną siłą uderzyli na wroga. Czas jakby zwolnił, nie tylko dla walcząc, ale i dla samego Radesta, który wywołał ten konflikt, i naruszył Równowagę. Wtem za parunastoma Daredami, jak ich później nazywano, ruszyło paruset konnych i pieszych, wszyscy z furią w oczach, i płonącymi sercami. Lecz w obliczu tak wielkiej przewagi, tak wielkiego oporu i tak wielkiej nienawiści, nawet największa furia, nie jest w stanie nic pomóc. Również aniołowie, walczący z demonami, demonami zapomnianymi, lecz nadal potężnymi, zaatakowali wroga ze zdwojoną siłą, lecz musieli ulec, pod wpływem złości przeciwnika. I już pierwsi aniołowie zostają, zepchnięci w Nicość, już pierwsi śmiałkowie, ulegają najeźdźcy, już mury walą się w gruz, już drewniane domy płoną... I nagle, jakby znikąd, niebo rozświetla błyskawica, lecz nie błyskawica ognia, i śmierci, lecz błyskawica rozdzieranego Świata, rozdzieranej Równowagi. Na ten widok lękną się Słudzy Światła, przyparci do muru, broniący swojego króla... I wtem, zbłąkana strzała Mroku, uderza Tego, Który Zjednoczył Ludy, prosto w pierś. Ugodzony tym śmiertelnym pociskiem Władca Światła, pada na kolana, nadal odpierając wrogie zastępy. Lecz nie może, nie jest w stanie powstrzymać tej nawałnicy, już pada na wznak i kona... I Światem wstrząsa huk, potężniejszy od huku miliona błyskawic, ogłuszając sługi Światła i Mroku, strącając normalnych, w otchłań szaleństwa, nieśmiertelnych, do wiecznego więzienia, w którym tryumfuje śmierć, i smutek... I tak oto, Mrok zwycięża światło, Równowaga zostaje zniszczona... I tak oto, rozpoczyna się nowa era... I era ta nosi nazwę Ery Mroku...

ROZDZIAŁ PIERWSZY, KSIĘGA ZŁYCH NOWIN

Tętent kopyt rozległ się na podjeździe. Dwudziestu ośmiu ciężkozbrojnych, śmignęło ku głównemu dziedzińcowi, aż zatrzymali się tuż przed opuszczoną kratą. Jeden z nich, pospiesznie zsiadł z konia, i zawołał do strażnika za bramą: „Otwierać, pilna poczta do Jego Majestatu”. Jego słowa z trudem przebiły się przez szum, który nie wiadomo skąd, zaczął narastać, aż stał się nie do zniesienia. Ludzie idący ulicami zatykali sobie uszy, i myśleli: „Pewnie to znowu ci przeklęci magowie testują jakiś nowy czar… Szlag by ich…”. Mimo tych myśli, nikt zbytnio nie przejmował się narastającym dźwiękiem. Po chwili dało się słyszeć zgrzyt metalu, i ciężka krata z łoskotem poszła w górę, na tyle, żeby zmieścili się w niej rycerze. Kiedy już wjechali na dziedziniec, dwóch z przybyszów, zeskoczyło z koni i popędziło do sal władcy Adertu, krainy, niegdyś mlekiem i miodem , teraz krwią i łzami zalanej, sąsiadującej z Martysą, największym księstwem w tych rejonach Jarotu, wielkiego subkontynentu. Krew i łzy zalały nie tylko Adert, ale też całą Martysę i większość Jarotu, a to z powodu grupy fanatyków, którzy przeczytawszy stare księgi, wymyślili sobie, że nadszedł czas apokalipsy. Wszystko wydawałoby się błachą historią, gdyby nie fakt, że w życie zwykłych ludzi, zaczęło się wkradać zło, doprowadzając niektórych do szaleństwa, a innych do utraty panowania nad sobą, i wyżynania swoich bliskich i znajomych. Takich, nazywano Ciemnymi Ludźmi, a ponieważ zaczęli zbierać się w grupy, zaczęto nazywać ich Ciemnym Ludem. Wkrótce po tym do świata zaczął przenikać wymiar, który opanowało zło, a także zaczęły pojawiać się demony, niszczące wszystko na swojej drodze. Niszcząc kolejne królestwa, księstwa i krainy, dotarło w końcu do najbliższego sąsiada. Martysa. Niegdyś potężne i wielkie państwo, teraz pogrzebane pod stertą trupów i głazów. Z takimi właśnie wieściami, dotarło pierwsze wołanie o pomoc, z kraju doszczętnie zniszczonego przez fanatyków i ich legiony. Chwilę później, kiedy jeźdźcy weszli już do zamku, ponownie rozległ się na dziedzińcu stukot kopyt. Przez bramę boczną, która jeszcze nie została zamknięta, wjechał w wielkim pośpiechu goniec, ubrany w czarny płaszcz, z długimi rękawami i w wielkiej, kwadratowej czapce. Z pewnością dla wielu ludzi wyglądałby on jak pomyleniec, jednak emblemat magów Mroku widniejący na jego piersi, powodował, że zamiast się z niego śmiać bano się go. Nikt nie próbował go zatrzymać, ani też zapytać co tu robi, a on nikomu się nie zwierzał i na nikogo nie patrzył. Wjechał wprost pod drzwi dworu, i zeskakując z konia donośnym głosem oznajmił: „Posłanie Wielkiego Lorda do władcy Adertu!”. Na te słowa na dziedzińcu zebrała się spora grupa służb i strażników królewskich. Po chwili z wielkiego okna na piętrze wyłonił się jakiś człowiek, w brudnych szatach, i kłaniając się, gestem zaprosił przybysza do środka. Ten zaś, nie zwlekając, roztrącił tłum i szybkim krokiem ruszył ku drzwiom. Otworzył je a strażnik w środku, pokazał mu, że ma odłożyć broń i odwrócić się przodem do ściany, w celu przeszukania. Posłaniec, posłusznie oddał miecz, lecz nie dał się przeszukać tylko groźnie spojrzał na strażnika. Ten zaś, wystraszony spojrzał na swoje stopy, i pokazał na wielkie mosiężne drzwi na lewo od niego. Goniec podszedł do nich i pchnął je. Nie ustąpiły. Odwrócił się i spojrzał na strażnika, który już udał się z powrotem na swój posterunek. Kiedy wysłaniec Lorda nie znalazł w jego oczach żadnej wskazówki, pchnął drzwi jeszcze raz, lecz i tym razem nie ustąpiły. Spróbował jeszcze raz, i kiedy już miał podejść do strażnika, zobaczył na ścianie wywieszony pergamin:

„Drzwi ma prawo otworzyć tylko król, i tylko król ma prawo je zamknąć. Jeżeli nie jesteś na tyle cierpliwy, by na niego zaczekać, odejdź nim On wyjdzie do ciebie Wielka Rada”

Przeczytawszy to, rozejrzał się dookoła, lecz nie znalazł żadnego krzesła ani stołka. Westchnął więc, oparł się o ścianę i badawczym spojrzeniem zmierzył pomieszczenie. Był to spory przedsionek, podzielony na dwie części, odgrodzone od siebie szybami. W pierwszej części, tam gdzie znajdowały się drzwi prowadzące na dwór, stało dwóch strażników, i pilnowało wielkiego stołu, na który złożona była broń gości króla. Naprzeciwko drzwi, zaczynały się wielkie schody, które wiły się i stromo pięły w górę. W drugiej części, gdzie stał posłaniec, znajdował się również stół, zawalony księgami i pergaminami. To zaciekawiło przybysza, który podszedł do stołu i zaczął oglądać zwoje. Na jednym z nich wyczytał: „Zwój służący do wywarzania bram i drzwi.” Wiedząc, że obserwują go strażnicy, odsunął ten zwój i zaczął oglądać pozostałe. Nie znalazłszy nic ciekawego, z powrotem oparł się o ścianę, i wsłuchał się w ciszę. Znów zaczął nasilać się szum, lecz tym razem, najwyraźniej nie miał zamiaru przestać. Nagle z dworu dały się słyszeć krzyki i odgłos rozdzieranego materiału, a nad tym wszystkim, dało się słyszeć piski zwierząt. Przerażeni strażnicy, wybiegli na dwór, a stojący pod ścianą dziwny przybysz, z ponurym uśmiechem sięgnął po zwój leżący na stole. „Astera etra kort!” wyszeptał, a wielkie mosiężne drzwi, rozpadły się, a szczątki z hukiem upadły na ziemię. Kiedy kurz opadł, ukazała się komnata, w której przy ogromnym stole, siedziało dwóch zbrojnych i człowiek w bogatych szatach, sądząc po wielkim fotelu, na którym siedział, król. Przed każdym z nich stała misa pełna wina. Kiedy jednak przybysz podszedł bliżej, spostrzegł że w misach nie było wina, lecz bulgotała krew, a strażnicy i król, zamiast oczu, mieli po dwie puste dziury. Zniesmaczony tym widokiem posłaniec, podszedł do króla, chwycił go za rękę i mocnym ruchem zdarł z jego palca pierścień. Popatrzył jeszcze chwilę po pomieszczeniu, po czym zamykając oczy, rozpłynął się w powietrzu…

***

Zimny dreszcz przeszedł po plecach parunastu słuchaczy, którzy w wielkim skupieniu wpatrywali się w barda, który już od dłuższego czasu snuł swoją opowieść. - ...i wielka chmura, niby nietoperzy, niby kruków, przysłoniła słońce, a świat zalał głośny szum. Ogromna chmura runęła w dół, na nic nieświadomych mieszkańców, a ci którzy spojrzeli się w górę, zdołali przez ostatni ułamek sekundy swojego życia, ujrzeć słońce, po czym miliony tych dziwnych stworzeń spadło na nich, i nie pozostawiło prawie nikogo żywego. Przeczesały wszystkie domy, pomieszczenia, nawet obory, i zabiło wszystkich i wszystko, nawet muchy. Królowi i jego wojsku, wyssały cały szpik z kości, a także oczy i krew. – na te słowa wszyscy słuchacze z przerażeniem na niego spojrzeli. Bard jednak, nie wzruszony tymi spojrzeniami, kończył swą opowieść. – Podobno w tym czasie na zamku przebywał jakiś posłaniec. I to właśnie za jego sprawą ta dziwna chmura zaatakowała ludność. Podobno przybył on z posłaniem od samego Lorda. I to już wszystko co wiem na ten temat. A teraz wybaczcie, ale udam się na spoczynek. Nawet taki bard jak ja musi kiedyś odpocząć... – powiedział i uśmiechnął się tajemniczo. Kiedy tylko wyszedł, wśród słuchaczy zapanowało przejęcie, i każdy chciał usłyszeć dalszy ciąg, jeśli taki w ogóle istniał. Przekrzykiwali się nawzajem i każdy z nich twierdził, że to właśnie on, spyta barda o dalszy ciąg. Tymczasem, ciągle uśmiechnięty bard, szedł ciemną ulicą, która prowadziła do miejsca jego noclegu. Zatrzymał się, jak zwykle w małej gospodzie przy miejskim murze, ponieważ było tam w miarę tanio, i nikt nie naprzykrzał się mu, żeby opowiadał swoje historie. Ulica którą szedł, była opustoszała ze względu na dość późną porę. Latarnie po bokach drogi, dawały trochę światła, lecz nie wystarczająco, aby zobaczyć coś na pięćset stóp w przód. Właśnie mijał jedną z najlepszych dzielnic w Gor’har, kiedy usłyszał za sobą syk, który nasilał się w miarę, jak szedł dalej. Po chwili syk przerodził się w szum, i bard z przerażeniem, skojarzył go z opowiadaną przez siebie historią. Odwrócił się gwałtownie, lecz nic nie zobaczył nic, co mogło wydawać ów odgłos. Rozglądał się jeszcze chwilę po ulicy, i nic nie zobaczywszy ruszył w dalszą drogę. Nie uszedł jednak więcej niż paredziesiąt stóp, gdy ponownie rozległ się szum. Nie spojrzał jednak za siebie, tylko w górę, gdyż przypomniał sobie, jak zginęli ludzie w jago opowieści. Patrzył chwilę na wielki, półokrągły księżyc, lecz nie zdołał nic dostrzec. Gwiazdy również migotały, jak zawsze kiedy spoglądał w niebo. Mimo czarnych myśli, które ciągle go nachodziły, ruszył dalej, stwierdziwszy, że musiało mu się wydawać. Minął już cztery wielkie domy, a w ciemnościach, zdołał już ujrzeć pochodnie przy murze. Uradowany tym widokiem, przyspieszył kroku, i po chwili, stał już przed gospodą. Pociągnął za klamkę, która ku jego zdziwieniu, nie ruszyła się z miejsca. Rozejrzał się dookoła, szukając jakieś wiadomości od karczmarza, bądź jego pracowników. Kiedy nic nie znalazł , obszedł karczmę dookoła aby zobaczyć czy gdzieś w oknach pali się światło. Wróciwszy przed budynek, stanął rozmyślając co by zrobić, aby dostać się do środka, bądź znaleźć jakiś bezpieczny nocleg. Rozglądając się w koło, zauważył mały właz do piwnicy. Bard podszedł do niego, zaparł się mocno nogami o ziemię, chwycił za wystający uchwyt i z całej siły za niego pociągnął. Przeliczył się jednak co do stopnia zamknięcia klapy, i z impetem upadł na plecy. Podnosząc się, kątem oka zauważył dziwną osobę przemykającą boczną uliczką. Nie czekając na dalszy rozwój wydarzeń szybko wskoczył do piwniczki, i zatrzasnął za sobą wejście. Pomieszczenie, do którego wpadł było małe, i zawalone różnymi śmieciami. Było oświetlone tylko przez jedną małą lampkę, wiszącą na ścianie, na której tlił się czarodziejski płomyk. Zdziwiony bard, podszedł, aby przyjrzeć się bliżej temu dziwnemu zjawisku. Wiedział bowiem, że w tych stronach Jarotu, bardzo rzadko spotykano magiczne przedmioty, ponieważ mało kto mógł sobie na nie pozwolić. Stwierdziwszy, że lampka jest zwykła lampką, krant (bo tak nazywano bardów w wielu krainach na wschodzie), rozejrzał się uważniej po pomieszczeniu. Zobaczył tam wiele różnych przedmiotów, między innymi stary, wytarty koc, na którym miał zamiar się położyć, oraz na wpół zniszczoną szafkę, którą pośpiesznie zablokował wejście do piwniczki. Przeszukawszy jeszcze skrzynie i pudła, rozłożył koc i położył się na nim. Zanim zasnął usłyszał jeszcze donośne, i przenikliwe wycie. Bard, przypomniał sobie, że właśnie tak wyją wilkołaki...