Termin - cz. 5

Termin

Esterka spojrzała szybko do tyłu. Prawie spał, nie zdążył nawet zjeść. Ostatnio znacznie się od siebie oddalili po tym, jak oddała dziecko. Ale przecież nie mogło być inaczej. Ostrożnie przelała zawartość małej drewnianej fiolki do kufla, sama wypiła resztkę, jaka została wewnątrz rurki. Podeszła i obudziła męża.

Przez przysłonięte okiennice wpadał błysk księżyca w pełni, choć przyjaciel stał nisko, potrafił przebić się przez wąskie szpary między porowatymi deskami, przez ozdobne wycięcia, nad którymi tak długo męczył się cieśla i przez niedomknięte przestrzenie. Było lato, noc dość gorąca i gęsta, więc nie było sensu zamykać tych okiennic. Dziewczyna ostrożnie podała Siegmundowi napój wraz z posiłkiem, jaki przyrządziła chwilę temu. Sama, w zwiewnej białej długiej koszuli położyła się obok niego. Posiłek trwał dobrą chwilę, a potem kochali się jak nigdy przedtem. Napar działał. Poprzednie animozje uleciały do gwiazd i znowu byli razem. Celowo.

- Muszę ci coś powiedzieć - szepnęła, gdy leżeli już po wszystkim na zmiętych prześcieradłach. - Nie. Nie chcę tego słuchać. Boję się - odparł równie cicho. - Musisz o tym wiedzieć, bo to ważne. I pamiętaj, czas nie ma znaczenia. - Ester, boję się. Ciebie się boję. Twoje oczy... były dzisiaj inne, jak wtedy, w wiosce. - Właśnie dlatego muszę ci o tym opowiedzieć. Twój strach jest uzasadniony. Mam moc. Moc, której nie umiem kontrolować. Żeby to robić, muszę tam do nich pójść. Wiesz do kogo, nie pytaj. Nie pytaj dlaczego, tak musi być. Nie mogę narażać ciebie i dziecka. Muszę i już. Zaufaj mi. - Czemu chcesz odejść? Może nie było ostatnio dobrze, ale to nie powód, powinniśmy spróbować znowu. Szczególnie po tym, co... - To nie tak! - prawie krzyknęła, podrywając zdziwionego chłopaka do pozycji półleżącej. - Nic nie rozumiesz, to nie jest tak. Ja nie odchodzę od ciebie, nie. Po prostu muszę to zrobić, a potem... potem wrócę i znowu będzie jak dawniej, albo nawet lepiej. Nie będziemy już rozpamiętywać śmierci dziecka. - Nie musiałaś o tym przypominać. To, że Laura umarła, nie powinno zmieniać nic między nami. - Zaufaj mi, wszystko się odwróci, kiedy nadejdzie czas. Teraz muszę iść, odejdę na rok i jedną noc, potem wrócę. Nie szukaj mnie, bo to niemożliwe. Tam dokąd idę, nie ma miejsca dla zwykłych ludzi. Zresztą wiesz o tym, doskonale wiesz, że jestem inna. I nic na to nie poradzę. Ale muszę kontrolować to, co dali mi bogowie lub demony, bo inaczej... bo inaczej będzie bardzo źle. - Skoro tak musi być... Ale... ale nie mogę w to uwierzyć. Jak...? Czy to może tak się skończyć? - To nie koniec, to tylko przerwa. Pamiętaj, czas się nie liczy. Wrócę, obiecuję - dodała zamykając mu usta pocałunkiem. A potem znowu była na górze, źrenice jej oczu nabrały dziwnego pomarańczowego blasku, lecz Siegmund już tego nie widział, miał zamknięte oczy i już nie walczył z tym, co być musi.


Przez sen chłopak słyszał otwierane drzwi, które zapomniał nasmarować. Zawiasy nie były już tak sprawne jak na początku, lecz to nie przeszkadzało mu spać dalej. Mruknął coś przez sen, owijając się pachnącym miłością i ciepłem prześcieradłem, jak dawno temu, przed tym, co się ostatnio stało. Esterka po raz ostatni spojrzała na męża w taki sposób, wiedziała. Wiedziała, że już nigdy nie ujrzy go w taki sam sposób. Zabrała mały pakunek i wybiegła w noc. Już na zewnątrz zobaczyła ten sam cień, który towarzyszył jej przez kilka ostatnich nocy, jeżeli tylko wyszła z domu. Znała go. To był puchacz, dokładnie ten sam, który postanowił wybrać ich strych na schronienie. Puchacz-przypominacz, puchacz-strażnik, puchacz-szpieg. Ostrożnie biegła przez noc, śledząc trop rysowany na powierzchni ziemi przez wielkiego, srebrnego uśmiechniętego przyjaciela, jaki spoglądał na nią z góry już od tylu wiosen. A potem zagłębiła się w las, przeszła go bez lęku, następnie przez rzadki zagajnik, by dotrzeć do moczarów. Przemierzała je raźno i dość szybko, znała ścieżki bardzo dobrze i doskonale je pamiętała. Jak zwierzę. Miała pamięć, jakiej nie miał żaden człowiek. Dlatego wkrótce dotarła do strumienia, a mieszkańcy wsi na długi czas o niej zapomnieli. Uroczyska miały to do siebie, że kto raz tam wejdzie, zostanie zapomniany na wieki. Tacy ludzie nigdy nie wracali, nie było sensu ich pamiętać. Można im tylko było wystawić jadło w noc duchów, ale rzadko z niego korzystali. Można było, lecz mało kto chciał to robić, z obawy przed tym, co może wyjść z takiego uroczyska i wejść do wioski. Jednak Esterka nie zniknęła na zawsze, o czym nie wiedzieli.

Następnego ranka Siegmund leżał na zwiniętym prześcieradle i zastanawiał się. Zastanawiał się nad wieloma rzeczami. Czy kobieta wróci do niego? Czy mówiła prawdę? Czy powinien dzisiaj nic nie robić, jak sobie obiecał, czy może pomóc przy żniwach? W końcu to byli jego ludzie, a służba zakończyła się już. Nie musiał już chodzić do wieży, odsłużył swoje. Może teraz robić to, co wszyscy inni. Uprawiać ziemię, budować domy, zbierać plony, pracować jak inni. Może kupić ziemię i obsiać. Jak inni. Może iść do grodu szukać lepszego zajęcia, lecz wtedy nie będzie mógł pilnować obejścia. Odpada. Pieniędzy miał dość, na służbie zarobił tyle, żeby starczyło na jeden duży zakup, lub może lepiej kilka mniejszych. Ale co mógł zaplanować, gdy rodzina, największa jego podpora przez cały poprzedni rok, aktualnie nie istniała? Czy był sens cokolwiek planować? A może właśnie powinien przygotować coś więcej, zaufać słowom dziewczyny i przygotować wszystko na jej powrót? A może lepiej zostawić pieniądze dla siebie, bo ona już nie wróci? Zatrzymać je i wyjechać jak najdalej zapominając o tym, co było, ale także o tym, co być powinno, a nigdy się nie zdarzyło? Snując różne domysły układał plany na ten dzień. Następnie wstał, zrobił sobie posiłek i usiadł przed chatą obserwując życie wioski. Z przechodzącymi wymieniał lokalne plotki i obserwował, jak też żyje się w tej okolicy. Przez ostatni rok rzadko tu bywał, gdyż musiał stale być na służbie. Jednak teraz wrócił, oto on, Siegmund, widzicie? Oto on, jeden z was, taki, który może z wami żyć w zgodzie i pracować jak inni. Posiedział tak we wczorajszym ubraniu dwie godziny, a potem udał się do karczmy, gdyż zrobiło się gorąco i pyliście.

Karczma była drewnianym, obskurnym budynkiem położonym na uboczu wioski, lecz dziwnym trafem większości ludzi było po drodze. Wewnątrz jednak panował miły chłód, gdyż półprzymknięte okiennice wpuszczały tylko przeciąg, bez silnych promieni palącego na wiór słońca. W środku siedziało już kilku ludzi, których znał tylko z widzenia. Jednak nie miał ochoty dosiadać się do nich, stanął przy barze. Karczmarz był czarniawym wysokim jegomościem z długimi wąsami. Mówili, że ma pociąg do wypitku i w zasadzie nic go nie obchodzi, jednak dziwnym trafem był on kopalnią lokalnych plotek i ostatnich wieści. Dlatego Siegmund postanowił wypytać go na okoliczność potencjalnego zajęcia. Dowiedział się tylko, że są żniwa i ktoś może potrzebować pomocy, jednak nie podał dokładnie kto poszukiwał rąk do pracy. Chłopak zamówił piwo, które wypił duszkiem, a zaraz po nim kolejne. Z tym poszedł już do wolnego stołu, gdzie usiadł i rozejrzał się po bywalcach. Większość z nich potajemnie wyśmiewała się z niego, drwili ukradkiem z faktu, że jego żona odeszła, pojawiły się zgryźliwe plotki i pogłoski. Siegmund nie zwracał na nie większej uwagi. Zwyczajnie stał się celem obgadywania i ignorował różne drobne zaczepki pod jego adresem. Ludzie byli paskudni, dbali tylko o swoje i pomagali tylko temu, kogo dobrze znali. Pomagali sobie nawzajem, lecz tylko między sobą. On, jako człowiek obcy, nie miał na co liczyć. Dlatego przestał na nich zerkać i wpatrzył się w kufel. Zamyślił się.

- Wolne? - spytał jakiś głos z silnie obcym akcentem. Siegmund uniósł powoli oczy, spodziewając się potencjalnej awantury. Lecz zdziwił się. Stał przed nim osobnik, którego wszyscy we wsi omijali szerokim łukiem. Miał jasną karnację, długie włosy i przynajmniej sześć krzyżyków na karku. Nosił bujny zarost i nie wyglądał na cherlaka. Mówili, że jako jedyny z przybyłych obcych osiedlił się tutaj, ponieważ poznał kobietę i tak już zostało. Pochodził z dalekiej ziemi gdzieś na północy, o której krążą tylko opowieści. Nikt z miejscowych nie wiedział gdzie taka ziemia leży, ani jak tam dotrzeć. Nikt z miejscowych nie znał też zbyt wielu miast położonych nawet w niedalekiej okolicy. Dlatego nikt z miejscowych ni w ząb nie zaufałby nigdy komuś, kto pochodzi z tak daleka. Z tych przyczyn Eryk chodził zawsze sam, nie miał z kim pić czy pracować. Ludzie bali się go i unikali jak ognia. Ponoć był jednym z wojowników, jacy podróżowali na wielkich smoczych łodziach grabiąc i paląc wszystko, co pojawiło się w zasięgu wzroku. Jego sylwetka zdradzała długie lata w towarzystwie broni i pancerza, a nie, jak kazał o sobie myśleć, w przyjaźni z grabiami i cepem. Zdecydowanie. Ten człowiek nie był urodzonym rolnikiem, mimo tego, co robił tutaj już od wielu lat. Od trzydziestu z górą zim mieszkał tu, z tymi ludźmi, a oni nadal go unikali.

Siegmund rozważył odpowiedź, bo bał się trochę, że będą go kojarzyć z tą wielką zagadką. Sam nie był jeszcze "swój", spotkania z Erykiem mogły wpłynąć na jego imię w tej wiosce. - Siadaj - rzucił krótko, choć nie był pewien czy taką odpowiedź chciał wykrztusić. On również czuł respekt przed tym człowiekiem. Nieznajomy postawił swój kufel i usiadł na ławie bokiem, okrakiem. Zaparł się potężnym ramieniem o brzeg stołu i tęgo pociągnął połowę zawartości kufla. - Słyszałem, że zajęcia szukasz. Prawda to aby? - Zgadza się, ale też zależy jakiego. Nie wezmę byle czego. - Potrzebny mi ktoś przy żniwach. Nikt nie chciał do mnie zajrzeć, a dobrze płacę, może nawet lepiej niż inni, dlatego odganiają mi klientów. Podkupić nie dają rady, to straszą. Kto do mnie idzie, za dzień - dwa zaraz znika. To nie w porządku, nie sądzisz? - Tak bywa, znasz tych ludzi, nie ufają nikomu. Żniwa mówisz. Hm, może to i dobrze, czegoś takiego szukałem. Ile płacisz? - Tyle co inni i jeszcze połowa. Chyba że wolisz w innej walucie. - Innej walucie? A niby jakiej? - Może być złoto, kamienie albo szkolenie. Ale szkolenie tylko dla wojów. A słuchy mnie doszły, że z wieży wracasz. - Ciekawe. Mówisz złoto, kamienie albo szkolenie? Bardzo ciekawe. Chętnie bym się podszkolił, ale nie wiem czy mnie na to stać. Ziemię miałem kupować. Swoja własną. A jakie to szkolenie? - To już inna sprawa, najpierw powiedz czy się godzisz na pracę u mnie. I jaki rodzaj zapłaty wybierasz. - Daj mi czas do namysłu, jak zdecyduję, przyjdę jutro rano. - Niech i tak będzie. Żegnaj.


Nazajutrz rano Siegmund zerwał się z posłania gotowy na to, co miało się tego dnia zdarzyć. Nie bardzo znał się na żniwach, ale robota nie mogła być trudna. Poza tym już wybrał, chciał się wyszkolić, cokolwiek obcy oferował. Pieniądze nie były mu potrzebne, świecidełka były zbędne, a szkolenie mogło się przydać. Po żniwach pójdzie do Eryka do terminu i może nauczy się czegoś nowego.

Szybko ubrał się, przepłukując twarz w wodzie, zjadł byle co i poszedł na koniec wsi, gdzie znajdowało się niewielkie obejście Eryka. Był tam niewielki dwuizbowy dom, stodoła i kilka mniejszych drewnianych baraczków. Po obejściu kręciły się kaczki, pies i kilka świń za ogrodzeniem. Wszedł dalej i zauważył, że obok otwartej stodoły stało czterech mężczyzn z wioski. Była to zbieranina takich, którzy gwałtownie potrzebowali pieniędzy, niezależnie od kosztów ich uzyskania. Trzech było znanymi we wsi pijakami, czwarty, młodszy, słynął z wypraw na białogłowy. Zależało im tylko na pieniądzach, o pracę nie dbali. Dwóch ledwie miało siłę stać na własnych nogach, trzeci był słabo wszystkim zainteresowany, czwarty z pewnością myślał o czym innym, co można robić w zbożu. Jeden z ledwo stojących był w podeszłym wieku, a napitek uczynił z niego wrak człowieka. O drugim mówiono, że zabił brata, za co odsiedział w lochu kilka lat. Trzeci wyglądał na cwaniaczka, któremu do rąk kleją się różne rzeczy, i tak zresztą było, a czwarty rzadko był widywany we wsi. Większość czasu spędzał w miejskim zamtuzie "Różowa Orchidea" (choć mało kto wiedział, co to jest orchidea).

Przy wrotach krzątał się Eryk, rozdając każdemu narzędzia do pracy. Musiał tak robić, gdyż robotnicy przyszli bez niczego, inaczej niż to było w zwyczaju. Zwykle każdy przynosił własne, znane i sprawdzone narzędzia, jednak oni nie byli przygotowani, poza tym może nie chcieli, by ktokolwiek zauważył, że idą właśnie tutaj. - O, jesteś, to dobrze. Już myślałem, że nie przyjdziesz. Masz tu kosę i zwój sznura. - Może najpierw pogadajmy na osobności - odparł Siegmund chwytając podane przedmioty. - Jak chcesz, wejdź tu dalej, pogadamy. - Wybrałem szkolenie, powiedz coś więcej. Chcę się szkolić. - Dobry wybór. Mogę nauczyć się władać toporami, nawet dwoma jednocześnie, używać tarczy, pancerzy i łuku. Ale to długa nauka, nie opanujesz wszystkiego od razu. Musisz terminować jak wszyscy - rzucił mu otwarcie duży osobnik, podpierając się widłami. Dlatego najlepiej, jakbyś przyszedł na rok do terminu, a wszystko opanujesz w odpowiednim tempie, jeżeli jesteś sprawny. - Zgoda, pójdę na rok w termin. A sprawny jestem dość, powinno wystarczyć. Byłem dopiero w straży i pamiętam czego mnie nauczyli. - To dobrze, to ci się przyda, może nie będziesz musiał zaczynać od początku. Wojskowe szkolenie nie obejmuje takich rzeczy, jakich się tu nauczysz, to walka na śmierć i życie, nie durne klepanie w tłumie. Tutaj zobaczysz, jak wojownik radzi sobie na polu bitwy samodzielnie, jak z człowieka rodzi się wojownik zdolny powalić trzech albo i czterech większych od siebie. To czysta walka, jakiej można nauczyć się tylko tam, skąd pochodzę. Skuteczna i śmiertelna, sprawiedliwa i twarda, tylko dla wojowników, nie żołnierzy czy strażników. Tego wszystkiego mogę cię nauczyć. - Brzmi nieźle, zgadzam się. Postaram się opanować wszystko, czego mnie nauczysz - powiedział Siegmund, a oczy mu zabłysły. - Jednak najpierw pomożesz przy żniwach, taki jest warunek. Muszę zobaczyć jaki jesteś silny - odparł z uśmieszkiem wyższy o głowę, choć znacznie starszy Eryk.


Zaraz pierwszego dnia prac w polu dwóch ludzi znikło, gdy tylko dostali połowę wypłaty. Zostało tylko dwóch pijaczków, jeden stary i ledwie zdolny do noszenia wideł, drugi uważany za zabójcę, który pracował nieco lepiej. Siegmund dopasował tempo pracy do pozostałych i wykonywał ją powoli, lecz skutecznie, mimo wszystko robił to lepiej i szybciej niż dwaj pozostali. Męczył się też znacznie mniej i nie musiał tyle odpoczywać, choć warunki były trudne. Panował niesamowity upał, zboża wyschły, stały się złociste i szeleszczące, słońce przesłaniał szaro-złocisty pył poderwany lekkim wiatrem lub ruchami stóp ludzi i zwierząt. Było gęsto, lepko i sucho, powietrze wirowało jak w rozpalonym piecu zmieniając perspektywę odległych przedmiotów. Nic zatem dziwnego, że Siegmund pozbył się koszuli i pracował półnagi, jak pozostali. Podczas prac zauważył, że dwaj pozostali nosili różne ślady tortur. Jednak nie pytał. Ogólnie rozmawiali mało, z różnych przyczyn. Po pierwsze dwaj tamci trzymali się razem, nie chcieli z nim gadać, po drugie otwarcie ust wiązało się z nałykaniem się kurzu i pyłu, po trzecie byli zmęczeni pracą, robiąc więcej niż potrzeba tracili oddech, który i tak już był krótki i rozpalony. Tak upłynął dzień pierwszy.

Drugiego dnia również stawiło się trzech, jednak zamiast starego przyszedł ktoś inny. Przede wszystkim różniło go to, że nie pił tyle co tamten. Pił mniej. Poza tym był silniejszy i nieco sprawniejszy od dziadka. A nade wszystko był nieznany. Nie był człowiekiem stąd, przyszedł tylko trochę zarobić. Dlatego tego dnia nie było niemal żadnych rozmów podczas pracy. Nikt nie chciał narażać się na zmęczenie przez bzdurne gadanie, praca była dostatecznie ciężka. Dodatkowo nikt nie wiedział prawie nic o pozostałych i nie chciał tego zmieniać. Jakoś żaden z nich nie miał ochoty dzielić się z pozostałymi swoimi przemyśleniami. Dzień upłynął dość wolno i pod koniec wszyscy byli zmęczeni. Nawet Eryk, który tego dnia pracował z innymi, a koło południa przyniósł ceber zimnej wody. Pracując stale obserwował chłopaka, lecz również pozostałych. Przestępca zdawał się męczyć szybciej niż pozostali, ukradkiem też pociągał z płaskiego gąsiorka skrywanego za pasem wytartych portek.


Trzeci dzień również zapowiadał się podobnie. Było skwarno, duszno a powietrze nie dawało ochłody nawet w cieniu, jakiego próżno wypatrywać na łące. Tego dnia do pracy nie przyszedł nikt, z wyjątkiem Siegmunda i zabójcy, Eryk pracował z nimi, tak samo jak dnia poprzedniego. Poza skwarem powietrze nosiło coś jeszcze. Niewyczuwalną nosem woń czegoś, co miało się dziś zdarzyć. Jednak nikt nie potrafił dokładnie określić co to było, dlatego wszyscy zignorowali to przeczucie, mając tylko oczy otwarte.

Już od rana było dostatecznie gorąco, że należało robić częste przerwy. Jak zwykle, dłuższa zaplanowana była na południe, wówczas można było się posilić, napić się czegoś albo zdrzemnąć godzinę, póki słońce nie przekroczy centralnego punktu na niebiosach.

Nastała ta godzina, południe, i wszyscy zeszli na miedzę, by w cieniu łanów jeszcze nie wyciętego zboża odpocząć trochę i posilić się. Eryk poszedł po ceber, zupełnie jak wczoraj. Siegmund ułożył się na zbożu i obserwował otoczenie, a powieki same mu się kleiły. Słomka, jaką gryzł od kilku minut, wysunęła się i już miał zasnąć, gdy wydało mu się, że usłyszał szelest. Szybko otworzył oczy. To co ujrzał, zjeżyło mu włosy na głowie i wyrwało resztki odwagi. Leżał tam, niezdolny do wydania głosu, zwyczajnie leżał i patrzył na to, co było już nieuniknione.


Zabójca leżał niedaleko niego, w drugiej niszy w zbożu. Zmożony upałem zdrzemnął się. I w tym czasie coś się zmieniło. Kiedy Siegmund tam spojrzał, nie widział dokładnie przez złote kłosy i łodygi, jednak jego umysł dopowiedział mu resztę. Na piersi mężczyzny siedziała istota o bladym ciele, z widocznymi pod skórą żebrami i kręgami, chuda jak sama śmierć, nosząca na plecach wielką kosę jak ta używana do prac polowych. Istota na głowie miała czarny kapelusz z piórem, który zsunął się nieco na twarz, gdy siedziała na piersi człowieka i dusiła go. Zabójca nawet nie zdołał krzyknąć. Na piersi miał ciężar, na gardle kościstą rękę, na ustach drugą, zakrywającą również nos. Z przerażeniem spojrzał w oczy południcy. W oczy zabitego brata.


autor: rrico (rrico@gildiarpg.pl)