- A wiêc mówisz, ¿e nie powinienem siê tam wybieraæ?
- Tak - odpar³a - Zw³aszcza teraz jest tam bardzo niebezpiecznie...
- Ale skoro to tylko dwie dziesi±tki ludzi...
- Nie! - przerwa³a mu szybko - Te dwie dziesi±tki zamieniæ siê mog± w dwie setki, a nawet dwa tysi±ce. Mo¿esz w to nie wierzyæ, ale to prawda. Hured i jego ludzie nie s± sami, tak jak nam siê wydaje. I doskonale wiedz± co nam siê wydaje. Spodziewaj± siê bitwy gdzie¶ tutaj, na równinie, gdzie wybij± nas, a niedobitków powy³apuj± i torturami wykoñcz±. Znaj± nasze umys³y, widz± co bêdziemy chcieli zrobiæ. Dlatego musimy zadzia³aæ inaczej...
- Jak to, nie s± sami? Kto ich wspomaga? My¶la³em, ¿e ludzie pó³nocy nie maj± sojuszników.
- To prawda, nie maj± ich. Przynajmniej tutaj, na ziemi. Ale znale¼li ich pod ni±... - G³os nieznajomej urwa³ siê.
- Kim oni s±? - naciska³ Artvin. Nie podoba³a mu siê perspektywa tak nierównej walki.
- Oni s± demonami! - rzek³ g³os zakapturzonej postaci wy³aniaj±cej siê z mg³y. Widaæ by³o, ¿e przeby³a w krótkim czasie spor± odleg³o¶æ. - Widzia³em ich. Zmierzchem pokonali rzekê i kieruj± siê tutaj w zabójczym tempie. Jest ich dwie dziesi±tki, ale o nieludzkich mo¿liwo¶ciach. Najwidoczniej Hured znalaz³ sprzymierzeñca w¶ród demonów. Albo jaki¶ demon upatrzy³ sobie Hureda na marionetkê. ¦ledzi³em ich od zachodnich wzgórz i wyprzedzi³em przy rzece.
- Witaj Loarze - rzek³a doñ nieznajoma - Poznaj Artvina. To jego oczekiwali¶my. Artvinie, to jest Loar. - u¶miechnê³a siê sucho.
- Witaj Elsino, ale nie czas na przyjemno¶ci. Musimy ruszaæ. Dolina Cevr nie jest ju¿ bezpieczna, do wzgórz nijak siê dostaæ. Trzeba poza tym ostrzec ludzi. Zbli¿a siê wojna, a oni nie s± nañ gotowi. - Elf nie chcia³ wyg³aszaæ swojego zdania na ten temat, ale wiedzia³, ¿e choæby nawet zmobilizowane wszystkie rezerwy, to pochód barbarzyñców nie zostanie zatrzymany. Jedynie spowolniony, i to nieznacznie.
- Oczekiwali¶cie mnie? - o¿ywi³ siê Artvin - Jak to? Wiedzieli¶cie, ¿e zostanê wyrzucony z miasta?
- Nie. Ale spodziewali¶my siê tego. W koñcu musia³ znale¼æ siê kto¶ taki - uspokoi³a go Elsina.
- Skoro tak, to nie musia³em byæ to ja?
- Tak, nie musia³o tak byæ. No ale skoro tu jeste¶, to znaczy, ¿e los tak chcia³... - Nie dokoñczy³a. Gdzie¶ w oddali zagrzmia³ potê¿ny róg. Potem by³a ju¿ tylko z³owieszcza cisza...
- Stawiaj± opór? - pomy¶la³ Hured. Wbrew pozorom wrzask demona nie zrobi³ na nim wra¿enia. Szczerze mówi±c to nie wiedzia³ nawet czemu mia³ on s³u¿yæ...
Z cienia wy³oni³ siê Wrex. Sapa³, choæ nie dawa³ po sobie tego poznaæ.
- Niech to piek³o poch³onie! Teraz musimy ruszaæ tak szybko jak tylko siê da. Nie oszczêdzaj ludzi! Maj± biec. Do ¶witu maj± wyj¶æ na równinê! Ju¿! - wykrzycza³ i ponownie ukry³ siê w cieniu. W ¿yciu nie przyzna³by siê, ¿e co¶ nie idzie po jego my¶li, nawet kiedy tak by³o.
Dowódca zszed³ do ludzi. Zaraz potem mostem bieg³o dwadzie¶cia cieni. Ju¿ nie poruszali siê bezszelestnie. Biegli jak najszybciej, nie zwracaj±c na niechciane spojrzenia...
- Ruszyli. O ¶wicie zaatakuj±.
- Zaatakuj± co?! - zapyta³ g³o¶no Wrex - Co¶ ty im powiedzia³?!
- Rusz± na Almir Had. Na gród elfów.
- Idioto! G³upcze! Mia³e¶ ich pos³aæ na miasto ludzi! Elfy nie mia³y siê do tego mieszaæ! Co ty sobie my¶lisz? ¯e jestem tu tylko od parady? Chcesz zgin±æ na palu na oczach w³asnych ludzi?
- Wydaje mi siê, ¿e czasami to ty niczego nie rozumiesz - odrzek³ spokojnie Hured. - Je¿eli zaatakowaliby¶my miasta królestwa byliby¶my po¶rodku równiny za sob± maj±c elfy, a przed sob± dawne ziemie krasnoludów, pe³ne zielonoskórych. Nie by³aby to wymarzona perspektywa...
- D³ugouche do niczego by siê nie miesza³y! ¦mieræ ludzi z równiny jest dla nich niczym! A teraz je¿eli co¶ siê nie uda to sprzymierz± siê ze sob±!~
- Tak ci siê tylko wydaje.
- Wydaje mi siê, ¿e jeste¶ zbyt pewny siebie. Pora to ukaraæ... - powiedzia³ du¿o spokojniejszy Wrex. W mgnieniu oka w jego d³oni pojawi³a siê demoniczna bu³awa. W chwilê potem rozleg³ siê st³umiony krzyk. Barbarzyñski dowódca uklêkn±³ na jedno kolano. Jego prawa rêka zwisa³a bezw³adnie. Po niej sp³ywa³a krew.
- My¶lê, ¿e nauczy ciê to pos³uszeñstwa. - doda³ dematerializuj±c orê¿ - I pamiêtaj komu s³u¿ysz.
- A ty pamiêtaj, ¿e jestem ci potrzebny... - zacz±³. Nie skoñczy³ jednak, gdy¿ cios w g³owê pozbawi³ go przytomno¶ci. Demoniczna postaæ ukry³a siê w cieniu obserwuj±c las, którym w³a¶nie maszerowali wojownicy.
- Wszystko zepsu³, ¶miertelnik - pomy¶la³ Wrex skrzecz±c i zaciskaj±c d³ugie, podobne do owadzich nóg, palce. - Muszê go bardziej pilnowaæ. Surowiej karaæ... - pomy¶la³ i powoli uda³ siê w stronê mostu.
Ranek budzi³ siê bardzo powoli. Wraz z nim wstawa³ Hured. Obola³y i ca³y we krwi. Ból u¶wiadczy³ go, ¿e wydarzenia poprzedniej nocy nie by³y snem. Z trudem podniós³ siê rozgl±daj±c siê dooko³a. Co go natchnê³o, aby dzia³aæ po w³asnej my¶li, miast pozostaæ uleg³ym pomiotem demona? Mo¿e my¶l, ¿e Wrex siê myli? ¯e jego plany s± z³e? Mo¿e po prostu nie chcia³ byæ zale¿ny od tego ohydnego potwora?
Gdy w my¶li zadawa³ sobie te pytania u¶wiadomi³ sobie, ¿e jego ludzie s± ju¿ pewnie na skraju lasu, szykuj±c siê do ataku na domy elfów, a owadopodobny demon przygl±da siê wszystkiemu z cienia. Decyzja Hureda by³a natychmiastowa - z³apa³ za róg i zad±³ weñ najg³o¶niej jak potrafi³, chc±c zarz±dziæ odwrót. Róg pêk³, rozsypuj±c siê w d³oni na drobne kawa³ki. Ponad lasem przesz³a pie¶ñ, pozostaj±c bez odzewu.
Dowódca zeskoczy³ z klifu i uda³ siê ku mostowi. Sam ju¿ nie wiedzia³ co my¶leæ i co robiæ. Czy te¿ ruszyæ za nimi, czy mo¿e uwolniæ siê od Wrexa uciekaj±c w zupe³nie innym kierunku. Jednak po przemy¶leniach doszed³ do wniosku, ¿e nie ma dobrego wyj¶cia. Postanowi³, wiele ryzykuj±c, udaæ siê w stronê Almir Had. Tam gdzie, jak przypuszcza³, znajdzie tylko cia³a i ruiny...
By³o zimno. Artvin wêdrowa³ przez nieznan± mu prze³êcz. Czu³ na sobie nie tylko spojrzenia powarkuj±cych wilków, ale czego¶ jeszcze. Spojrzenia wrogich oczu skrytych w mroku, we mgle. Maszerowa³ przed siebie. Jedynie tak± widzia³ drogê. Przypuszcza³, ¿e gdzie¶ na koñcu prze³êczy znajdzie ukojenie. Spojrza³ pod nogi. Spostrzeg³ wtedy, ¿e nie ma na sobie zbroi, a przy boku nie ma miecza. Odziany by³ w kunsztowne futro, na d³oniach mia³ kolcze rêkawice, na nogach ciê¿kie buty. Nie móg³ na to patrzeæ, uniós³ wzrok.
Przed jego oczyma pojawi³a siê twarz przepiêknej Elsiny. Jej g³adka twarz, opadaj±ce na ramiona jasne w³osy i u¶miech. No w³a¶nie, u¶miech. To by³o w niej najpiêkniejszego, u¶miech. Najwyra¼niej zawia³ lekki wiatr, gdy¿ w³osy elfki zaczê³y falowaæ, jednak Artvin tego nie odczu³. Elsina przez ca³y czas u¶miecha³a siê, przechylaj±c lekko g³owê. Wtem jednak na jej twarzy pojawi³ siê strach. Oczy zab³ysnê³y, u¶miech zblad³. Zaczê³a oddalaæ siê. Po krótkiej chwili rozp³ynê³a siê we mgle. W tym samym czasie wêdrówka Artvina dobieg³a koñca. Nie by³o tak jak oczekiwa³. Nie by³o jaskini, ani równiny. By³a przepa¶æ...
Hured ci±gle bieg³. Wiedzia³ jednak, ¿e prêdzej czy pó¼niej zabraknie mu si³. Nagle otrze¼wia³, przemy¶la³ sytuacjê...
Przecie¿ Wrex nie mo¿e pokazaæ siê ludziom, potrzebuje mnie, aby jego ¿yczenia by³y spe³niane. Beze mnie nie zaatakuje elfów. Jakby to... A je¶li u¿yje jakiej¶ demonicznej sztuczki, aby wykorzystaæ moich podw³adnych? Nie mogê do tego dopu¶ciæ. Je¿eli tak siê stanie to dopadnê go, na tym ¶wiecie, b±d¼ na innym! Ale nie mogê teraz tam wróciæ. Bêdê musia³ wys³aæ ¿o³nierzy, a potem on mnie zabije, aby wykonaæ jaki¶ mroczny rytua³. Muszê co¶ wymy¶liæ...
Teraz Hured ju¿ nie bieg³. Szed³ ciêgle rozmy¶laj±c. Nie mia³ pojêcia co dzieje siê z jego lud¼mi, jak zrozumieli jego sygna³, ani co szykuje demon. Dowódca nie móg³ opu¶ciæ swoich ludzi. Wys³a³ ich tam w konkretnym celu. Celu którego nie zna³ Wrex. Barbarzyñcy szukali czego¶ ju¿ od dawna, d³ugo przed pojawieniem siê demona i sprzymierzenia siê z nim mimo woli. Jednak przedmiot poszukiwañ opiewa³a tajemnica.
Wtem barbarzyñca poczu³ siê nieswojo. Wyczuwa³ niebezpieczeñstwo, ale ¿aden z jego zmys³ów tego nie potwierdza³. Stan±³ jak wryty i przys³uchiwa³ siê otoczeniu. Skoncentrowa³ siê i us³ysza³; trzask ³amanej ga³±zki pod miêkk± ³ap±, potem otarcie o korê. Potrafi³ zlokalizowaæ ¼ród³o, ale nie móg³ nic zrobiæ. Jego z³amana rêka jeszcze krwawi³a, a topór by³ zbêdny w biegu, wiêc pozosta³ na skale. Posiada³ tylko niewielki nó¿ do skórowania zwierz±t. Odwróci³ siê i poczu³ na klatce uderzenie dwóch potê¿nych ³ap. Cios powali³ go na ziemiê. Hured ujrza³ nied¼wiedzia...
Opowiadanie nades³ane przez u¿ytkownika Jaroo
Dentes 2.0 Template © 2004-2010 Marcin 'Mmorcin' Szymkowiak.
Hosting by courtesy of Webdevelopment London venture - derosso.net
The Bridge Inn and and Ravians Tower by Rico Holmes, High Priestess by kind permission of Phaere.