- Nie ma innego wyj¶cia? - G³os przerwa³ ciszê, tworz±c± ¿a³obny nastrój. By³a ciemna noc, ksiê¿yc ju¿ dawno ukry³ siê przed wzrokiem wszystkich, nie chc±c byæ ¶wiadkiem tego co mia³o siê staæ.
- Nie. - odrzek³ stanowczo agresywny, ¿±dny zemsty g³os - Nie ma innego wyj¶cia. Czy ty nigdy nie zrozumiesz?
- Nie chodzi o to. Po prostu spróbujmy...
- Nie! - przerwa³ mu krzykiem. - Wy¶lij ich. Po prostu zrób co mówiê...
Na zalesionym wzgórzu zapanowa³o lekkie poruszenie. Jednak mieszkañcy dworku u podnó¿a niczego siê nie spodziewali. Spali w najlepsze. Ze zwinno¶ci± kotów, bezszelestnie, dwa tuziny ludzi ruszy³y w dó³. Powoli i z opanowaniem. Nikt nie krzycza³, ni nie sapa³. Nawet ko³nierze ze srebrzystego futra nie l¶ni³y.
Dwie postacie obserwowa³y wszystko z góry. Odziany w grube skóry i piêkne futra dowódca wspiera³ siê na toporze. Jego g³owê zdobi³ czarny, rogaty he³m.
- Zaraz zobaczysz jak siê obchodziæ z takimi jak oni. - rzek³ sucho, ale z dum±. Wiedzia³ co sie stanie. Drugi tylko opu¶ci³ g³owê nic nie mówi±c.
Tymczasem oddzia³ dotar³ ju¿ do skromnej, acz wygl±daj±cej solidnie, palisady. Bez najmniejszego problemu pokonali przeszkodê i wpadli na teren dworku szlachcica. Dwójkami wpadali w ka¿de drzwi niszcz±c i zabijaj±c wszystko co by³o za nimi. W kilka chwil ca³y dworek p³on±³, roz¶wietlaj±c kamienn± twarz dowódcy. Oddzia³ powróci³.
- Niczego nie znale¼li¶my... - rzek³ pos³aniec. Niczego wiêcej powiedzieæ nie zdo³a³. W jego bok z niesamowit± si³± wbi³ siê ogromny topór.
- Niemo¿liwe! - zawy³ odziany w czarny he³m cz³owiek - To niemo¿liwe!
- Najwidoczniej spodziewali siê nas... - zasugerowa³ asystent.
- Ale sk±d... - nagle dowódca urwa³. Co¶ tu nie gra³o. Przecie¿ wszystko by³o zapiête na ostatni guzik. Zrobione tak jak trzeba. Nie! Tu musia³ byæ jaki¶ haczyk. - Ale sk±d mieliby wiedzieæ? - powiedzia³ nie oczekuj±c odpowiedzi. Przeczuwa³, ¿e gdzie¶ w obozie jest szpieg. I chyba wiedzia³ kto nim jest...
- Najwidoczniej kto¶ zdradzi³... - Asystent jak zwykle unika³ prostej odpowiedzi.
I to by³ jego b³±d. Jego g³owa zosta³a zmia¿d¿ona przez ten sam topór, który zabi³ pos³añca. Dowódca sapi±c gniewnie zszed³ ze ska³y i uda³ siê do swoich ludzi.
Wstawa³o czerwone s³oñce, a dogasaj±ce zgliszcza budynków w dolinie odbija³y krwiste promienie. Odór spalonych cia³ rozchodzi³ siê miêdzy wzgórzami. Podnios³a siê poranna mg³a, kryj±c odchodz±ce oddzia³y barbarzyñców.
Hured nie by³ szczê¶liwy. Wrêcz przeciwnie - by³ w¶ciek³y! W¶ciek³y na wszystko! Skoro w w¶ród jego w³asnych ludzi zdarzy³a siê zdrada to nie znaczy³a nic dobrego. Co wiêcej, zdradzi³ go jego w³asny doradca. Przeklêta bestia! Zdradliwa pijawka, ¿eruj±ca na jego umy¶le.
Uda³ siê do swojego namiotu nie zamieniaj±c z nikim ni s³owa. Jego ludzie akurat opowiadali sobie o rzezi jakiej dokonali zajadaj±c jak±¶ dziczyznê. Nikt nie widzia³ postaci w ciemnozielonym p³aszczu przygl±daj±cej siê wszystkiemu z wysoka...
By³o po³udnie kiedy stary Natr, wraz ze swym psim kompanem wraca³ z polowania. Los chcia³, ¿e dzisiaj wraca³ bez zdobyczy. Jednak nie obwinia³ za to swego, równie sêdziwego zreszt±, psa. Starzec mia³ swoje zasady. Jak±¶ milê od swojej ubogiej chatki poczu³ dziwny sw±d. Jedyne co z tego rozpozna³, to smród dymu. Jego ¼ród³o musia³o byæ daleko... Gdzie¶ za wzgórzami.
- Ech - westchn±³ - Bogate pal± las, ¿eby zwierzynê pewnie zagoniæ gdzie¶ w róg, i na ucztê wystawn± wybiæ tuzin dzików i jeleni. - powiedzia³ z wyrzutem - A potem mi siê owce nie chc± pa¶æ, bo trawa dymem ¶miardnie!
Pó¼nym popo³udniem wróci³ do domu i rozpali³ ogieñ w piecyku. Owce zagoni³ do zagrody i usadowi³ siê w bujanym krze¶le wpatruj±c siê w okno. Hala by³a czysta, trawa ³agodnie powiewa³a na wietrze, s³oñce zaczyna³o chyliæ siê ku zachodowi, wyd³u¿aj±c cienie. Jedynie ptaki nie ¶piewa³y i owce nie becza³y. Natr zszed³ do piwnicy po mleko. Zawsze pi³ kubek przed snem. Po skromnej kolacji z³o¿onej z placków wypiekanych na piecu po³o¿y³ siê do swojego twardego ³ó¿ka. Gdy tylko s³oñce zasz³o, zasn±³.
Noc jednak nie by³a spokojna - jego zwierzêta, miast spaæ, przechadza³y siê nerwowo. Starzec jednak tego nie s³ysza³. Dopiero g³o¶ne szczekniêcie psa go obudzi³o.
- Co siê sta³o, Sub? Co zobaczy³e¶? - zapyta³ g³aszcz±c towarzysza po karku. Zwierzak wpatrywa³ siê w ciemno¶æ powarkuj±c. Jednak Natr niczego nie dostrzega³. W pewnym momencie wyda³o mu siê, ¿e s³yszy szczêkniêcie stali. Przypomnia³ sobie, ¿e tak brzmi tylko ostro¿nie dobywany z pochwy miecz. Odwróci³ siê... Jednak nim co¶ dostrzeg³ zosta³ przebity d³ugim mieczem...
Korytarz przemierza³a wysoka postaæ, z mieczem u boku i eleganckim p³aszczem. Echo odbija³o kroki jego pancernych butów. Wpad³ przez ogromne odrzwia do sali. Na zdobionym fotelu, dok³adnie naprzeciwko drzwi, siedzia³ sêdziwy, posiwia³y cz³owiek w grubej, kunsztownie wykonanej szacie. Gdy us³ysza³ ha³as podniós³ nieco g³owê.
- Czego chcesz, m³okosie? - wysapa³ z trudem. Nie tyle co wiek, ale jaka¶ magiczna ingerencja spowodowa³a os³abienie króla.
- Barbarzyñcy, panie! Pustosz± wzgórza, zabijaj± pasterzy i pal± wioski. Musimy co¶ zrobiæ!
Jego g³os zabrzmia³ w ca³ej sali tronowej, odbijany po stokroæ echem.
- My¶lisz, ¿e tego nie wiem? Masz mnie za g³upca? Wszyscy doskonale o tym wiedz±, tylko ty nie potrafisz utrzymaæ nerwów na wodzy i otwierasz niepotrzebnie usta. Stwierdzanie faktów w niczym nam nie pomo¿e.
Do sali wesz³o spokojnie trzech mê¿czyzn, w takich samych p³aszczach jak nowo przyby³y. Uk³onili siê w pas i z³apali m³odego awanturnika.
- Umawiali¶my siê, nie pamiêtasz, Artvinie? - wyszepta³ jeden z trójki. - A sam dobrze znasz warunki umowy. I bez ¿adnego 'ale'!
Skiniêcie wystarczy³o, aby Artvin straci³ mo¿liwo¶æ ruchu. Dwoje ros³ych stra¿ników wywlok³o go z sali, przeci±gnê³o przez ca³±, niewielk± mie¶cinê i wyrzuci³o za bramê. Nie zostawili mu niczego - miecza, zbroi, inwentarza.
Po krótkim namy¶le, wygnany z miasta, postanowi³ udaæ siew tu³aczkê. Ku wzgórzom.
Hured i jego podw³adni przemierzali wzgórza. Gêsta mg³a doskonale ukrywa³a ich przed wzrokiem ciekawskich. O ile tacy by siê znale¼li. Popo³udnie przechodzi³o w wieczór, a oni nadal maszerowali. Tak w rzeczywisto¶ci to tylko dowódca wiedzia³ gdzie id±. Choæ ludzie mówili miêdzy sob± ró¿ne rzeczy.
Przeszli grubo ponad dziesiêæ mil od ostatniego obozowiska. Trzeba przyznaæ, ¿e wytrzyma³o¶æ ludzi pó³nocy jest zaskakuj±ca. A ludzie Hureda byli jeszcze dodatkowo szkoleni, co by³o po nich widaæ, kiedy rzucali siê do walki. Otaczaj±ce rozleg³± dolinê wzgórza tworzy³y pó³okr±g³y kszta³t ustêpuj±c na koñcach ogromnej rzece - Cevr. Za t± w³a¶nie rzek± rozci±ga³o siê bogate, acz upadaj±ce królestwo, cel podró¿y barbarzyñców. Mimo, ¿e kraj chyli³ siê ku upadkowi, to przecie¿ móg³ sobie poradziæ z dwoma tuzinami wojowników.
- Planujesz co¶ chytrego, Huredzie? - zapyta³ kto¶, kto najwyra¼niej nie czu³ tak wielkiego szacunku do dowódcy jak reszta. W³a¶ciwie to mog³o byæ nawet odwrotnie.
- Niech te psy dowiedz± siê, ¿e to co jest moje, powinno byæ w moich rêkach. A za tak bezczeln± kradzie¿ nie ma lito¶ci! - rykn±³ dowódca. Widaæ jeszcze nerwy mu nie przesz³y.
- A czy to przypadkiem nie by³ twój b³±d? - zadrwi³ lekko ten sam, sycz±cy g³os. - Przecie¿ sprowokowa³e¶ tê kradzie¿, mo¿na by rzec. Nie pamiêtasz jak to by³o? - za¶mia³ siê demonicznie. Hured nie odrzek³ nic. Zacisn±³ jedynie d³oñ na toporze, a¿ pobiela³y mu paznokcie. Gdyby tylko móg³ siê pozbyæ tego stwora. - Pamiêtaj, ¿e ni jestem tu z w³asnej woli - doda³, jakby czytaj±c w my¶lach swojego s³uchacza - Chêtnie bym sobie ul¿y³ pozbawiaj±c ciê ¿ycia, albo po prostu odchodz±c, ale wtedy by³by¶ skazany na klêskê ju¿ przy pierwszym starciu, nieprawda¿? I tak mia³e¶ wiele szczê¶cia, ¿e nie straci³e¶ ani jednego cz³owieka. Wiesz komu to zawdziêczasz?
Wrex móg³ drwiæ tak przez ca³y dzieñ. Mia³ wiele powodów do ¶miechu przy takim ¶mieciu jak Hured. Jednak gdy pochód dotar³ do rzeki wszystko ucich³o. Oddzia³ barbarzyñców zacz±³ g³owiæ siê jak pokonaæ tê przeszkodê nie wzbudzaj±c niczyjej uwagi. Oprócz tego ¿e by³a jeszcze mg³a i zbli¿a³ siê zmierzch...
- Wy¶lij pi±tkê ludzi, aby sprawdzili drug± stronê mostu. Je¿eli spotkaj± opór maj± siê go pozbyæ. Po cichu. Potem ruszymy, bez ¶wiadków i spokojnie. - doradzi³ zak³opotanemu dowódcy jego demoniczny towarzysz. - I co ty by¶ beze mnie zrobi³, co? - zarechota³ i skry³ siê w cieniu, bacznie siê wszystkiemu przygl±daj±c.
Piêciu najlepszych ludzi ruszy³o chy³kiem przez d³ugi, szary most, zbudowany z ogromnych kamieni, podparty na sze¶ciu filarach. Po jednej trzeciej drogi dotarli do bud stra¿ników. By³y puste. Widocznie wojska królestwa ju¿ nie pilnowa³y granic, tak jak niegdy¶. Pozosta³e dwie budy tak¿e by³y opuszczone. Jednak na koñcu mostu na zwiadowców czeka³ dwakroæ wiêkszy oddzia³ konnych.
Zar¿a³y konie, rozleg³ siê szczêk stali, pola³a siê krew... By³ jeszcze jeden d¼wiêk. Wibruj±cy w uszach niczym werbel, jednak du¿o wy¿szy i okropnie niezno¶ny.
Artvin pocz±tkowo by³ za³amany swoj± sytuacj±. Wiedzia³ jednak, ¿e w mie¶cie nie ma czego szukaæ. Co go sk³oni³o do buntu? Nie potrafi³ odpowiedzieæ sobie na to pytanie, choæ w g³êbi duszy czu³, ¿e zna odpowied¼. Albo pozna j±, wkrótce.
Postanowi³ jednak przygotowaæ siê do d³u¿szej drogi. Móg³ poradziæ sobie bez konia, ale bez miecza i jedzenia by³oby to g³upot±. Jedyne czego potrzebowa³ to orê¿a. Prowiant stawia³ na drugim miejscu...
Gdy zmierzch³o zaczai³ siê przy bramie, zwracaj±c aby nikt go nie wypatrzy³. W mie¶ci nie odbywa³a siê ¿adna uroczysto¶æ, wiêc wiêkszo¶æ mieszkañców, w tym gwardzistów, by³o trze¼wych. Artvin znajdowa³ siê jak±¶ stajê od bramy, wpatruj±c siê w ni± przez ca³y czas. Chcia³ jedynie, aby kto¶ przez ni± wyjecha³. W ci±gu ca³ej nocy nic takiego siê nie wydarzy³o. Wielkie, drewniane odrzwia nawet nie skrzypnê³y. Z samego rana, kiedy od gruntu nachodzi³a mg³a, a przeszywaj±ce zimno by³o odczuwalne na samych ko¶ciach, brama uchyli³a sie nieco, aby wy³oni³ siê z niej jaki¶ pijaczyna szukaj±cy ¿ony.
- Nie ¼le pochla³ w karczmie - pomy¶la³ Artvin nie pamiêtaj±cy ju¿ smaku wina - Ale mo¿e byæ nadziej±. - Wiêc ruszy³ w jego kierunku. Zawiany cz³owieczyna u³o¿y³ siê jedynie pod murem i próbowa³ zasn±æ. To ¿e by³o wilgotno i zimno najwyra¼niej mu nie przeszkadza³o...
- I tak pewnie nie bêdzie nic pamiêta³, wiêc nic nie szkodzi... - pomy¶la³ nim uderzy³ pijaka w g³owê p³askim kamieniem.
Nieprzytomny mieszkaniec nie mia³ przy sobie pieniêdzy. Ale jako, ¿e uwa¿a³ siê za bogacza, nosi³ przy boku pochwê z mieczem. Oczywi¶cie pochwa wygl±da³a o wiele lepiej ani¿eli orê¿ w jej wnêtrzu. Trochê rdzy, szczerbów i zaniedbañ nikomu nie zaszkodzi...
Czuj±c u boku broñ Artvin poczu³ siê du¿o bezpieczniej, wiêc odebra³ swej ofierze jeszcze futrzany bezrêkawnik. Tak wyposa¿ony skierowa³ siê do najbli¿szego lasu. Ku dolinie Cevr. W linii prostej by³o mo¿e ze cztery mile. Nie ma³o, jak na piechura. A poza miastem równiny by³y przewa¿nie puste, nie wliczaj±c pustelników i jaki¶ innych dziwaków, którzy nie lubi± ¿ycia w mie¶cie, lub potrzebuj± do ¿ycia czego¶, czego tam nie ma.
Szanse na upolowanie zwierzyny samym mieczem by³y naprawdê niewielkie. Przysz³o¶æ wygnañca nie zapowiada³a siê interesuj±co. Niebo za¶cieli³y czarne, deszczowe chmury. Deszcz by³ jedynie kwesti± czasu. Artvin zacz±³ biec.
Zatrzyma³ siê nagle, kiedy przez chwilê wydawa³o mu siê, ¿e we mgle widzi przemykaj±cy kszta³t. Z³apa³ za miecz i wydoby³ go z pochwy z g³o¶nym szczêkniêciem. Po d³ugiej chwili, kiedy wstrzymywa³ oddech, opu¶ci³ broñ. Musia³o mu siê wydawaæ, choæ móg³by przysi±c ¿e co¶ widzia³. Schowa³ miecz i ruszy³ dalej.
Gdy poczu³ na karku pierwsz± kroplê deszczu us³ysza³ tak¿e g³os. Cichy i melodyjny, acz stanowczy i wyra¼ny:
- Witaj, Artvinie...
Loar pod±¿a³ za barbarzyñcami do samej rzeki. Byæ mo¿e przedostaliby siê oni na jej drugi brzeg, gdyby nie trze¼wo¶æ umys³u i szybko¶æ tego m³odego elfa. Kiedy Hured wys³uchiwa³ demonicznego towarzysza nadarzy³a siê przecudna okazja, aby przedostaæ siê przez most i zmobilizowaæ stra¿ników. Byli oni jednak tylko cieniem tego, co powinno pilnowaæ mostu. Teraz Loar wiedzia³, ¿e królestwo chyli sie ku upadkowi.
Jeszcze zanim szczêknê³a stal pogania³ konia w kierunku dworu królewskiego. Je¿eli wszystko by³o po jego my¶li, to po drodze czeka³ go jeszcze jeden przystanek... Ale to nie by³o nic pewnego. Gdy koñ zacz±³ siê pieniæ, postaæ w ciemnozielonym p³aszczu zeskoczy³a z niego i dalej uda³a siê piechot±. By³o ju¿ niedaleko. Na szczê¶cie. Dopiero teraz us³ysza³ skrzeczenie Wrexa, oznajmiaj±ce, ¿e teraz barbarzyñcy rusz± najszybciej jak siê da, nie zostawiaj±c niczego po drodze.
Trakt wiód³ przez las prosto jak z bata strzeli³, jednak Loar podró¿owa³ lasem. Nied³ugo potem jak zostawi³ konia wyszed³ z lasu na równinê. Zakryta we mgle, równa jak stó³ równina prezentowa³a siê nieciekawie, by³a zimna i niego¶cinna. W dodatku m³ody elf nie lubi³ mg³y. ¬le mu siê kojarzy³a...
Maszerowa³ wolniej, uwa¿nie siê rozgl±daj±c, wypatruj±c. Skoro nie by³o ich w lesie, musieli byæ gdzie¶ tutaj, ukryci za bia³± os³on±. Po kilku d³ugich godzinach poszukiwañ dostrzeg³ co¶. Dwie sylwetki...
Opowiadanie nades³ane przez u¿ytkownika Jaroo
Dentes 2.0 Template © 2004-2010 Marcin 'Mmorcin' Szymkowiak.
Hosting by courtesy of Webdevelopment London venture - derosso.net
The Bridge Inn and and Ravians Tower by Rico Holmes, High Priestess by kind permission of Phaere.