Opowie¶ci z Ery Mroku - cz. 2

Noc, przebieg³a w miarê spokojnie, i bardowi ju¿ od rana dopisywa³ dobry humor. Mimo, i¿ pamiêta³ dziwn± osobê, i przera¼liwe wycie, bez wahania, tu¿ po wstaniu, odsun±³ szafkê, któr± zastawi³ wej¶cie do piwnicy. Z ulg± wyszed³ na ¶wie¿e powietrze, i zacz±³ rozgl±daæ siê do ko³a. Ze zdziwieniem stwierdzi³, ¿e ulice s± puste, i panuje na nich kompletna cisza. Chwilê patrzy³ jeszcze po ulicach, po czym ze wzruszeniem ramion, skierowa³ siê ku karczmie, która, co by³o widaæ na pierwszy rzut oka, by³a wype³niona po brzegi. Drzwi nie by³y domkniête, a z otwartych okien widnia³y plecy st³oczonych postaci. Krant szybkim krokiem ruszy³ ku budynkowi, zaciekawiony tym niecodziennym zgromadzeniem. Ju¿ zanim podszed³ do drzwi, us³ysza³ dono¶ny, obwieszczaj±cy co¶ g³os:
- ... I dlatego, od dzisiaj, ka¿dy cudzoziemiec musi bezzw³ocznie udaæ siê do stolicy, i zarejestrowaæ swój pobyt w Anterze. Jednocze¶nie, ka¿da osoba rozsy³aj±ca podobne plotki, zostanie bezzw³ocznie wtr±cona do lochu, i czeka j± proces. Rozej¶æ siê!
Zaniepokojony tymi s³owami bard, czym prêdzej schowa³ siê za róg karczmy, czekaj±c a¿ wszyscy wyjd±. Chcia³ zabraæ swoje rzeczy, i jak najszybciej uciec z kraju. Kiedy ostatnia osoba opu¶ci³a karczmê, podszed³ do drzwi, i poci±gn±³ za klamkê. Pó¼niej wszystko potoczy³o siê b³yskawicznie. Kiedy uchyli³ drzwi, zauwa¿y³ karczmarza, szybko krêc±cego na boki g³ow±. Zanim zd±¿y³ zrozumieæ co oznacza ten gest, kto¶ gwa³townie szarpn±³ drzwiami, które z hukiem uderzy³y o ¶cianê, a po chwili wy³oni³ siê ze ¶rodka, cz³owiek, w zielono szarej zbroi, z obna¿onym mieczem. Rzuci³ siê na barda, a po chwili do³±czyli do niego dwaj inni, ubrani w podobne zbroje ¿o³nierze. Po krótkie bójce, podczas której bard nabawi³ siê paru rozciêæ i siniaków, jeden z agresorów zwi±za³ mu z ty³u rêce, i podnosz±c z ziemi, zaprowadzi³ z powrotem do gospody. Wewn±trz budynku, przy wielkim dêbowym stole, siedzia³ dowódca ¿o³nierzy, ubrany w grub± czarn± zbrojê, oraz d³ugi b³êkitny p³aszcz, i bêbni±c palcami po stole mówi³ co¶ do barmana. Kiedy zauwa¿y³, ¿e do pomieszczenia weszli jego podw³adni, zamilk³ i pocz±³ przygl±daæ siê przyprowadzonemu wiê¼niowi. Po chwili ciszy, kapitan skin±³ na swoich ludzi, a ci posadzili barda na krze¶le, sami staj±c pod ¶cian±.
- Nie bêdê ciê bi³, ani torturowa³ – rzek³ oficer z u¶miechem – je¿eli powiesz mi, dlaczego rozgadujesz takie bzdury, strasz±c porz±dnych obywateli? A mo¿e przyby³e¶ tu jako szpieg? Gadaj prêdko!
- Nie jestem ani szpiegiem, ani wrogiem, tylko bardem. A opowie¶æ t±, us³ysza³em od dwóch przybyszów w jednym ze sklepów w tym mie¶cie. – odpar³ przestraszony bard.
- Ah, a wiêc, s±dzisz, ¿e stra¿e tego miasta s± tak g³upie, aby uwierzyæ w twoje k³amstwa? Znale¼li¶my tych, jak powiedzia³e¶ przybyszów, w fosie miasta, z wyprutymi wnêtrzno¶ciami, bez oczu, i z wyssanym szpikiem... – na te s³owa bard a¿ siê wzdrygn±³ – Trochê podobne do twojej opowie¶ci, nieprawda¿? Spytam po raz drugi, i ostatni: dlaczego przyby³e¶ do Antery?
- Przyby³em tu zarobiæ, poniewa¿ muszê co¶ je¶æ... A w ¿adnym z tutejszych przytu³ków, nikt nie chcia³ mi daæ nic do jedzenia poniewa¿ nie jestem obywatelem Antery. – rzek³ krant, szeptem, jednak dostatecznie g³o¶no, by us³ysza³ go rozmówca.
- Hmm, nie lubiê ciê, mówiê to ca³kiem szczerze, jednak ze wzglêdu na wprowadzone nowe prawa, nie mo¿esz podró¿owaæ po mie¶cie, ani po kraju, bez zameldowania siê w stolicy. Wy¶lemy tam goñca, aby nasz mi³o¶ciwy W³adca rozpatrzy³ twoj± sprawê, tymczasem, zostaniesz tu, w karczmie.
- Czy bêdê, dostawa³ jakie¶ posi³ki? Nie mam za co za nie zap³aciæ, poniewa¿ nic jeszcze nie zarobi³em. – zapyta³ bard.
- Owszem – rzek³ stra¿nik – sfinansujemy twój pobyt, ale je¿eli król wyda niepomy¶ln± decyzjê, dla ciebie oczywi¶cie, bêdziesz musia³ to odpracowaæ. Jasne?
- Tak – odpowiedzia³, a kiedy rozwi±zano mu rêce, ruszy³ po schodach do swojego pokoju. Po drodze spojrza³ przepraszaj±co na karczmarza, na co ten, ze wspó³czuciem pokiwa³ mu g³ow±. Wchodz±c na wy¿sze piêtro, bard rozmy¶la³ opcje ucieczki, lecz po chwili namys³u, stwierdzi³, ¿e nie ma ona sensu, ze wzglêdu na jego sprawno¶æ akrobatyczn±, oraz kondycjê. Nie zeskoczy³by z piêtra, nawet gdyby kto¶ wypycha³ go przez okno. Po chwili, stan±³ u drzwi pomieszczenia, w którym siê zatrzyma³, a na drzwiach zobaczy³ przyczepion± kartkê. Szybko j± odczepi³, po czym wystraszony, ¿e móg³ widzieæ go który¶ ze stra¿ników, schowa³ siê do pokoju. Kiedy zamkn±³ drzwi, i odwróci³ siê od nich, nie zauwa¿y³ nic specjalnego, jedynie pomieszczenie, z którego wyszed³ poprzedniego dnia. Szybko usiad³ na ³ó¿ku, i otworzy³ li¶cik.

„Dzisiaj o pó³nocy.”

Brzmia³a jego tre¶æ. Nie wiedz±c o co chodzi, zgniót³ go, i rzuci³ w k±t pomieszczenia. My¶l±c, co by zrobiæ, aby zabiæ czas, bard, po³o¿y³ siê na ³ó¿ku, i zacz±³ rozmy¶laæ. My¶la³, o tym, gdzie siê znajdzie, je¿eli w³adca nie zgodzi siê na wypuszczenie go, i dlaczego, to w³a¶nie jemu, przydarzy³a siê ta ca³a historia. Snuj±c podobne my¶li, powoli zapad³ w sen.
Barda obudzi³o ³omotanie w drzwi, i g³o¶ne krzyki na korytarzu.
- Otwieraæ, bo wywa¿ymy drzwi!
- Ju¿, otwieram, chwi... – nie zd±¿y³ dokoñczyæ krant, poniewa¿ kto¶ wywa¿y³ drzwi, i do pomieszczenia wpad³o trzech stra¿ników, i kapitan, z którym rozmawia³ dzi¶ rano. Dwóch ¿o³nierzy, zerwa³o go z ³ó¿ka, i stawiaj±c na nogi, zwi±zali mu rêce.
- Nie jeste¶ szpiegiem co? – zacz±³ kapitan – A ju¿ zaczyna³em ci wierzyæ! Zabraæ go, i do lochu z tym wyrzutkiem!
- O co chodzi! – krzykn±³ zdezorientowany bard.
- O co chodzi? Pod murami miasta stoi czterdziesto tysiêczna armia! Nigdy wiêcej nie zaufam takim, jak ty! Do lochu z nim! – krzykn±³. Zanim pojmany, zdo³a³ cokolwiek powiedzieæ, ju¿ prowadzono go do wyj¶cia. Na dworze panowa³a istna panika. Wszêdzie biega³o mnóstwo, ludzi, a co rusz zapala³y siê od strza³ dachy domów. Parê razy, prowadz±cy go stra¿nicy, musieli, broniæ siê, przed tym mot³ochem, poniewa¿, ten, w biegu tratowa³ wszystko na swej drodze. Nim bard z eskort±, zd±¿yli doj¶æ do wiêzienia, parê razy tu¿ przed nimi uderza³a wielka, kamienna, b±d¼ podpalona kula. W samym wiêzieniu te¿ panowa³ chaos. Wiê¼niowie krzyczeli, o pomoc i uwolnienie, a stra¿nicy, tr±bkami, i mieczami, próbowali ich uspokoiæ. Mimo i¿ wiêkszo¶æ cel tu¿ przy wej¶ciu, by³a wolna, prowadzono barda, dalej, i dalej, a¿ w koñcu, do wielkich schodów, których koniec skrywa³ siê w nieprzeniknionym mroku. Jeden z eskortuj±cych otworzy³ kratê.
- Ty idziesz dalej – powiedzia³ stra¿nik do kranta. – Bez numerów.
Wystraszony bard, powoli ruszy³ w dó³ po schodach, nie spuszczaj±c wzroku ze stopni. Powoli, lecz systematycznie zag³êbia³ siê w ciemno¶æ, lecz ci±gle jeszcze widzia³ ¶wiat³o bij±ce od wej¶cia. Chwilê pó¼niej, da³o siê s³yszeæ szczêk zamykanej kraty. Id±c dalej, wiêzieñ zauwa¿y³, ¿e znajduje siê w wielkiej jaskini, a z sufitu i z pod³ogi stercza³y g³azy. Nagle, po¶lizgn±³ siê, i znalaz³ siê na samym dnie jaskini. Poczu³, jak na jego g³owê kapie jakby woda, a gdy oczy przyzwyczai³y siê do ciemno¶ci, zauwa¿y³ dwa jasne punkty. Po chwili zauwa¿y³ tak¿e pysk, i wielkie ostre zêby.

Doda³ katiru
(c) 2000-2010 zespo� redakcyjny Gildii RPG
Dentes 2.0 Template © 2004-2010 Marcin 'Mmorcin' Szymkowiak.
Hosting by courtesy of Webdevelopment London venture - derosso.net
The Bridge Inn and and Ravians Tower by Rico Holmes, High Priestess by kind permission of Phaere.