- Biegnij! Biegnij tato!
I bieg³. Lato. Pole sk±pane w s³oñcu. Bieg³ ile mia³ si³ w nogach. Anton by³ m³odszy. Anton by³ szybszy. Ale nie mia³ prawa z nim wygraæ. Bo Jeremien by³ jego ojcem. Jeremien musia³ byæ lepszy. Bieg³. Przez pole. Przez las. I znów przez pole. Znów las. Kolejne okr±¿enie. Bieg³!
- Dogoñ mnie Ojcze!
Krzycza³ Anton. A Jeremie bieg³. Przez pole. Przez las. A wokó³ przeszkody. Kamieñ. P³ot. Drzewa. Chaszcze. Bieg³! Musia³ go dogoniæ!
- Ju¿ biegnê synu!
Krzykn±³ tym ostatnim zapasem powietrza. Nie sapa³. Oddycha³ miarowo. Jak te drzewa o zielonych li¶ciach. Szumia³y miêkkim oddechem. Nie zwalnia³ tak jak nie zwalnia czas. Czas! Czas, czas, czas! Ucieka³ mu. Anton i czas. Jeszcze jedno okr±¿enie.
Zobaczy³ go! Wybieg³ zza zakrêtu. Pomyli³ drogê. Spojrzeli sobie w oczy. Na chwile. Sekundê. U³amek czasu. Anton u¶miechn±³ siê i pomkn±³ jak strza³a.
Bieg³! Musia³ byæ lepszy. Szybszy. Ale nie potrafi³. Skupi³ siê. Zebra³ w sobie. Bieg³! Ju¿ widzia³ dom. Upragniony koniec. Bieg³! By³ za Antonem. Bieg³! Obok niego. Bieg³! Centymetr przed nim. Bieg³! Dwa. Bieg³! Trzy. Bieg³! Koniec!
Wygra³!
Nawet nie spostrzeg³ jak pad³ na ziemiê. Wyczerpany. Zmêczony do granic mo¿liwo¶ci. Ale musia³ wstaæ... Anton na niego patrzy³. Nie móg³ byæ s³aby. Musia³ byæ silny. Dla syna. Dla Eleny. Dla rodziny...
Ale w tej chwili nie musia³. Anton w³a¶nie oddawa³ mi³o¶ciwie krzakom ca³e swoje ¶niadanie. Jakie zjad³ dzi¶ rano...
Jeremien wsta³ i podszed³ do syna. Poklepa³ go po plecach.
- Nic ci nie jest?- zapyta³.
- B³³l³eheheyyy!!!
Taka by³a odpowied¼ syna przy akompaniamencie obrzydliwego chlupotu. Jeremien podszed³ do studni. Krêc±c korb± wyci±gn±³ wiadro pe³ne lodowatej wody. Podniós³ z ziemi ma³y metalowy kubek i nabra³ wody. Podszed³ do syna.
- Napij siê...- powiedzia³.-... uspokoi twój ¿o³±dek.
Anton podniós³ wzrok najpierw na kubek a potem na ojca. Oczy mia³ czerwone i za³zawione. Usta rozchylone. Wydawa³ z siebie dziwne odg³osy.
- Mia³e¶ szczê¶cie tato...- wydysza³ Anton.
- Ale to ja stojê a ty...- tu zawiesi³ g³os.- ... nie. Masz. Pij!
Anton z grymasem na ustach uniós³ kubek i wypi³ ca³o¶æ jednym haustem.
- Ale ju¿ za nied³ugo nie bêdê mia³ z tob± ¿adnych szans.- przyzna³ Jeremien z u¶miechem. Pomóg³ synowi wstaæ.- Teraz id¼ do domu. Bala jest pe³na wody. I u¿yj myd³a bo nas matka do domu nie wpu¶ci!
Anton u¶miechn±³ siê do ojca i ruszy³ ku domowi.
Dom.
Jeremien nie pragn±³ nigdy niczego innego. Tylko domu. Domu gdzie czeka³ na niego zawsze syn i Elena. Jego ¿ona. Teraz nie marzy³ o niczym innym jak wej¶æ przez próg i wzi±æ j± w ramiona. O niczym innym...
Wydawa³o mu siê, ¿e poczu³ jej zapach w wietrze który w³a¶nie przywêdrowa³ do doliny. Zapach ¶wie¿ego chleba i... bezpieczeñstwa. Tak to by³ jej zapach. Ju¿ prawie widzia³ jej twarz.
Otrz±sn±³ siê. Ruszy³ do komórki. Otworzy³ jej drzwi na o¶cie¿ i jego oczom ukaza³y siê grube kawa³ki drzewa na opa³. Trzeba je by³o por±baæ na mniejsze oczywi¶cie.
Przez pewien czas s³ychaæ by³o tylko jak Jeremien szybko i miarowo r±ba³ drzewo. W pewnym momencie musia³ ¶ci±gn±æ z pleców lnian± koszulê bo powa¿nie siê spoci³ na co na³o¿y³y siê trudy wy¶cigu z Antonem. W d³oniach mocno trzyma³ jeden z jego najwiêkszych skarbów. Mocn± ¿elazn± siekierê z nietypowo d³ugim trzonkiem i wielkim ostrzem. To by³ spadek jeszcze po jego dziadku.
W koñcu robota dobieg³a koñca. Jeremien zebra³ tyle drewna ile tylko móg³ ud¼wign±æ i wszed³ do domu.
Wnêtrze by³o skromne. Pierwsze co rzuca³o siê w oczy to du¿y kominek na którym w wielkim kotle wa¿y³a siê strawa. Oprócz tego w sali by³ stó³ i dwie ³awy po jego bokach oraz ma³y stolik przy kominku na którym siedzia³a niewysoka kobieta o d³ugich czarnych w³osach splecionych w warkocz. Odwróci³a siê ku niemu. Mia³a du¿e zielone oczy. Jeremien zawsze mówi³, ¿e to ¿ywe szmaragdy. Twarz mia³a piêkn± o kilku ostrych rysach. Elena. ¯ona Jeremiena. Wsta³a tak szybko, ¿e sto³ek przewróci³ siê i z g³o¶nym trzaskiem opad³ na ziemiê.
- Jeremien!- krzyknê³a uradowana.
Rzuci³ drewno w miejscu gdzie sta³. Przeskoczy³ turlaj±ce siê k³ody i podbieg³ do ¿ony. Chwyci³ j± w pasie podnosz±c do góry. Poca³owa³. Wirowa³ po ca³ym pokoju.
- Nareszcie...- szepta³a mu do ucha.-... tak d³ugo ciê nie by³o.
- Zwierzyna posz³a g³êboko w puszcze.- t³umaczy³ siê ca³uj±c j± równocze¶nie .- Nie mog³em... nie mog³em nic wytropiæ. Ale uda³o mi siê! Nie musisz siê martwiæ o jedzenie...
- G³upi! O ciebie siê martwi³am a nie o truch³o które przytaszczysz!- wydê³a wargi w udawanej z³o¶ci.- G³upi!
- Wiem. Kocham ciê.
Przytuli³ j± jeszcze mocniej. Po chwili usiad³ na ³awie. Elena siedz±c mu na kolanach oplot³a ramionami jego szyjê.
Czu³ siê wspaniale gdy mia³ pod palcami jej skórê. Gdy smakowa³ jej ust. Gdy czu³ zapach jej w³osów które teraz rozpu¶ci³a i wydawa³y siê go oplataæ jak sieæ. Chcia³ byæ w jej centrum. By go omota³a i nie pu¶ci³a ju¿ nigdy. Spojrza³ jej w oczy. W te wielkie szmaragdy zielone jak tysi±ce li¶ci. Te rzêsy mokre od ³ez szczê¶cia...
- Mamo? Tato? Mogê wej¶æ?- us³yszeli.
Elena usiad³a obok mê¿a i u¶miechnê³a siê do niego. Jeremien odwzajemni³ u¶miech.
- Wejd¼ synu...- powiedzia³.
Anton nie¶mia³o uchyli³ drzwi i wystawi³ przez nie g³owê. Rozejrza³ siê po pokoju, a¿ dojrza³ rodziców.
- Umyty?- powiedzia³a Elena.
Anton zamykaj±c drzwi przytakn±³. Odwróci³ siê do nich.
- Tak. Teraz marze o ciep³ym ³ó¿ku ale najpierw...
- Kolacja...- odgad³ Jeremien.
Anton tylko u¶miechn±³ siê w odpowiedzi.
- Czytam w twoich my¶lach synu... Ale w sumie moje id± podobnym torem.
- Strawa ju¿ dochodzi.- odezwa³a siê Elena i podesz³a do kot³a.- Gulasz. Mam nadzieje, ¿e dobry...
- Wszystko co wychodzi spod twoich r±k jest dobre.- powiedzia³ Jeremien.- Prawda synu?
- Najprawdziwsza!- odpar³ Anton siadaj±c przy stole.
Elena jeszcze chwile miesza³a ³y¿k± w gulaszu po czym podesz³a do niskiego dêbowego kredensu i wyjê³a z niego trzy drewniane miski. Schyli³a siê jeszcze bardziej i wyci±gnê³a trzy ³y¿ki. Roz³o¿y³a je na stole po czym wróci³a do kot³a. Ju¿ mia³a w rêkach dwie szmaty i zabiera³a siê do podnoszenia kot³a gdy Jeremien i Anton jednocze¶nie powiedzieli:
- Ja to wezmê!
Jeremien poklepa³ syna po ramieniu i powiedzia³:
- Moja krew! Tak ciê wychowa³em! Choæ we¼miemy to razem bo obaj jeste¶my zmêczeni.
I tak te¿ zrobili. Razem po³o¿yli ciê¿ki kocio³ na stó³. Elena na³o¿y³a wszystkim gor±cego gulaszu zaczynaj±c jak nale¿a³o od Jeremiena a koñcz±c na sobie. Jeremien patrzy³ jak na swoj± rodzinê jak przygl±da mu siê i czeka na jego s³owa. Czu³ siê niewiarygodnie szczê¶liwy. Wróci³ do rodziny. Do ukochanej ¿ony i syna z którego móg³ byæ wy³±cznie dumny. U¶miechn±³ siê i powiedzia³:
- Jedzmy.
Jedli w milczeniu. Za oknem s³oñce ju¿ zasz³o. S³ychaæ by³o jak powoli ¶wiat usypia. Przychodzi³y d¼wiêki nocy. ¦wierszcze odgrywa³y sw± melodie. Sowy wtórowa³y im niskimi pohukiwaniami. Drzewa szumia³y...
- To by³o wspania³e mamo.- powiedzia³ Anton koñcz±c je¶æ.
- Dziêkuje.- powiedzia³ Elena u¶miechaj±c siê.
- Potwierdzam s³owa Antona.- Jeremien tak¿e skoñczy³.- Ale teraz synu musisz i¶æ spaæ. Jutro czeka nas robota przy dziku i na polu.
- Tak tato.- Anton wsta³ od sto³u i ruszy³ ku swojemu pokojowi.- Dobranoc!
- Dobranoc.- odpowiedzieli mu.
Jeremien zakry³ kocio³ i zaniós³ go do spi¿arni. Elena posprz±ta³a ze sto³u. Jeremien gdy wróci³ zebra³ porozrzucane drewno z pod³ogi i u³o¿y³ pod kominkiem. Dorzuci³ trochê do paleniska. Potem wsta³ i spojrza³ na swoj± ¿onê.
- Mamy zaleg³o¶ci...
Elena zatrzepota³a rzêsami i u¶miechnê³a siê zalotnie. Jeremien szybkim krokiem podszed³ do niej, chwyci³ j± i podniós³. Elena pisnê³a cicho zaskoczona i oplot³a jego szyje ramionami. Jeremien prawie wbieg³ z ni± do sypialni...
- Zbud¼ siê synu.-
Jeremien lekko tr±ci³ Antona rêk±. Ten przewróci³ siê na plecy i ospale otworzy³ oczy.
- Ju¿ wstaje...- powiedzia³ i zamkn±³ oczy.
Jeremien zachichota³ i tym razem tr±ci³ go mocniej.
- Wstawaj ¶piochu bo ciê ¶ci±gnê z ³ó¿ka.- powiedzia³ z u¶miechem na ustach.
Anton powoli zacz±³ siê ubieraæ. Spojrza³ têpym wzrokiem na ojca i powiedzia³:
- Zaraz zejdê...
- Bêdê czeka³ w stodole. Tylko nie za¶nij...
Anton zdo³a³ tylko pokiwaæ g³ow±. Jeremien wyszed³ z pokoju. Ju¿ mia³ i¶æ do stodo³y gdy co¶ pewna my¶l przemknê³a mu przez g³owê. Wróci³ siê i z rozmachem otworzy³ drzwi do pokoju syna. I by³o jak siê spodziewa³...
Anton ju¿ ca³kiem ubrany le¿a³ w poprzek na ³ó¿ku i spa³ g³o¶no przy tym chrapi±c. Jeremien mia³ ochotê g³o¶no siê za¶miaæ ale zamiast tego krzykn±³ g³o¶no:
- Wstawaj!!
Anton jak trafiony gromem wzbi³ siê w powietrze i z g³o¶nym hukiem waln±³ g³ow± w pó³kê nad ³ó¿kiem. Trzymaj±c siê za g³owê osun±³ siê znowu na ³ó¿ko. Jeremien ¶miej±c siê ile si³ w p³ucach wyszed³ z pokoju. Pomy¶la³, ¿e teraz ju¿ na pewno nie za¶nie. On by z takim guzem nie zasn±³...
I mia³ racje gdy wszed³ do stodo³y nie musia³ d³ugo czekaæ na Antona. Jeremien spojrza³ na dzika którego upolowa³. Wisia³ na mocnym haku. Gdyby nie nosze jakie skonstruowa³ w lesie nigdy by go tu nie przytaszczy³. A i z nimi by³o mu ciê¿ko. A mimo to jak tylko wróci³ z polowania powiesili z Antonem zwierza na haku i poszli siê ¶cigaæ...
- Zabierajmy siê do roboty...- powiedzia³ Jeremien.
Wyj±³ ze skrzyni dwa d³ugie no¿e i zaczêli.
Gdy skoñczyli zanie¶li miêso do piwnicy gdzie by³o ch³odno nawet w najwiêkszy upa³.
- Dobra robota synu.- pochwali³ go Jeremien.
Anton jednak nie by³ zajêty czym¶ innym. Nas³uchiwa³ czego¶.
- Konni siê zbli¿aj±...- powiedzia³.
Jeremien wyszed³ przed stodo³ê. Widzia³ jak w oddali grupa je¼d¼ców wzbija za sob± tumany kurzu.
- Id¼ do domu Anton...- powiedzia³.
Anton chwyci³ ³uk w d³onie i stan±³ obok ojca. Spojrza³ na niego z lekkim u¶miechem mówi±c:
- Jestem ju¿ doros³y tato.
Konni byli ju¿ na tyle blisko, ¿e musieli dostrzec ich obu. Jeremien zacisn±³ palce na no¿u. Jak dojdzie co do czego bêdê siê broni³... Bêdê broni³ swojej rodziny.
By³o ich sze¶ciu. Dojrza³ w¶ród nich jedn± kobietê odzian± w czarne odzienie. Jeremien nigdy nie widzia³ nikogo w tak wyzywaj±cym stroju. Mia³a na sobie czarne obcis³e spodnie w wielu miejscach specjalnie rozdarte i buty do konnej jazdy. A oprócz tego nosi³a tylko skórzany stanik i d³ugie czarne w³osy. Na srebrnym ³añcuszku nosi³a szafir. Dziwnie migocz±cy w ¶wietle dnia.
Mê¿czy¼ni którzy jej towarzyszyli wygl±dali jak typowi zabijacy. Mieli szerokie ramiona i pa³ki. Przy pasach nosili d³ugie no¿e. Jedyne co ich odró¿nia³o od zwyk³ych têpych osi³ków by³y miecze przytroczone do siode³. Zabijaków nie by³o staæ na miecze...
Jeremien my¶la³ gor±czkowo nad wyj¶ciem z sytuacji. Niestety jedyne co teraz móg³ zrobiæ to mieæ nadziejê, ¿e albo szukaj± drogi albo wezm± tylko jaki¶ haracz i odjad±.
- Ty¶ tu jest gospodarzem?- zapyta³a owa kobieta gdy ich konie zadrepta³y w miejscu.
U¶miecha³a siê z zaci¶niêtymi ustami. Jeremien zszokowany stwierdzi³, ¿e nie mo¿e mieæ wiêcej jak osiemna¶cie wiosen. Tyle co Anton. Mówi³a g³osem spokojnym i jakby lekko rozbawionym. Jeremien na wszelki wypadek lekko jej siê uk³oni³ i odpowiedzia³:
- Tak pani.- mia³ nadzieje, ¿e doza szacunku mu pomo¿e.- Czym mogê pomóc wêdrowcom na szlaku?
Kobieta u¶miechnê³a siê jeszcze bardziej lecz nadal przez zaci¶niête usta. Zgrabnie i p³ynnie zsiad³a z wierzchowca. Jeremien wytrzeszcza³ oczy gdy ta podesz³a do niego tym falistym krokiem. Nigdy nie widzia³ by jaka¶ kobieta tak siê porusza³a. Wydawa³ siê kusiæ ka¿dym ruchem bioder. Ka¿dym zatrzepotaniem rzês. Jeremien zmusi³ siê by spojrzeæ na jej twarz. Dopiero teraz jej siê przyjrza³. Mia³a du¿e czarne oczy i rzêsy. Równie¿ to spojrzenie sprawia³o, ¿e Jeremien czu³ wzbieraj±ce w nim gor±co. A te rzêsy... Ka¿de mrugniêcie sprawia³o wra¿enie zaproszenia. Jeremien z³y na siebie spojrza³ ni¿ej. I wbi³ wzrok w szafir. Niestety szafir by³ na bardzo d³ugim ³añcuszku wiêc wpada³ pomiêdzy jej piersi. Wiêc szacuj±c wszystko Jeremien spojrza³ jej w oczy...
- Mam na imiê Karina...- powiedzia³ gdy podesz³a do niego. Jeremien zdecydowanie stwierdzi³, ¿e podesz³a za blisko. Czu³ jak przy g³êbszym oddechu jej piersi dotykaj± jego koszuli.- ... i chcê tylko jednego.
Jeremien patrzy³ w jej oczy. Z tej odleg³o¶ci widzia³, ¿e dziwnie siê szkl±. Trochê jakby by³y to mokre diamenty.
- Czego chcesz pani Karino?- powiedzia³ zdecydowanym g³osem.
Wtedy ona u¶miechnê³a siê pokazuj±c zêby. Jeremien z przera¿eniem cofn±³ siê do ty³u o krok. Mia³a bardzo d³ugie k³y które nachodzi³y na jej doln± wargê gdy siê u¶miechnê³a.
- Ciebie...- wyszepta³a w taki sposób, ¿e krew wydawa³a siê mroziæ w jego ¿y³ach. Karina podnios³a rêkê daj±c znak swoim ludziom. Ci wyci±gnêli miecze i rozdzielili siê. Dwóch ruszy³o w stronê Antona i dwóch na Jeremiena. Ostatni wbieg³ do domu.
Jeremien natychmiast och³on±³ z przera¿enia. Musia³ ratowaæ swoj± rodzinê. Lekko siê zgarbi³ i stan±³ w rozkroku. Czu³ siê jak na polowaniu gdy wilki wyczu³y jego obecno¶æ i próbowa³y go dopa¶æ. Teraz ci dwaj byli wilkami.
Jeremien poruszy³ palcami w taki sposób by chwyciæ nó¿ za ostrze. Kiedy wilki atakowa³y, dzia³a³y powoli lecz atak zawsze nastêpowa³ nagle. Jeremien wiedzia³, ¿e w takiej sytuacji mia³ jedno wyj¶cie... Zaatakowaæ pierwszy i ich zaskoczyæ.
Jeremien jak chmury burzowe b³yskawic±, rzuci³ no¿em. Z krótkiego zamachu ramion. Widzia³ jak oczy jednego z drabów robi± siê wielkie. Nó¿ wbi³ siê w klatkê piersiow± wiêc przy pierwszym oddechu z ust zabijaki wydosta³y siê bañki krwi. Jeremien wiedzia³, ¿e tylko chwilê trwa zanim pozosta³e wilki otrz±sn± siê po stracie towarzysza. Wiêc dzia³a³ tak szybko jak potrafi³. Szybkim krótkim skokiem znalaz³ siê przy zabitym. Wyszarpn±³ z jego d³oni miecz i zwróci³ siê ku drugiemu napastnikowi.
Ten cz³owiek patrzy³ na niego ze zdziwieniem i w¶ciek³o¶ci± zarazem. Jeremien musia³ ich zaskoczyæ. I mia³ zamiar dalej to robiæ...
Przerzuci³ ciê¿ar cia³a na praw± nogê i wybi³ siê z niej najmocniej jak potrafi³. Ci±³ z góry do do³u. Z prawej do lewej maj±c nadziejê trafiæ w korpus. Us³ysza³ brzêk metalu o metal. Sparowa³!
Jeremien nie traci³ czasu. Znów zaatakowa³ szalon± seri± ciosów. Zaskoczony patrzy³ jak zabijaka odpiera ka¿dy jego atak. Nagle us³ysza³ krzyk Antona:
- Tato!!- jego g³os by³ bliski p³aczu i pe³en przera¿enia.- Tato!!
Jeremien zebra³ siê w sobie. Jego ramiona i nogi zawirowa³y w szalonym piruecie. Skaka³ i wi³ siê wokó³ bandziora póki nie poczu³ jak ostrze miecza wesz³o g³êboko w cia³o. Po¶wiêci³ sekundê by spojrzeæ mu w oczy. Widzia³ w nich ¶mieræ...
B³yskawicznie odwróci³ siê w stronê syna. Wtedy us³ysza³ straszliwy krzyk z wnêtrza domu.
- Elena!- wrzasn±³ w stronê domu.
Jednak najpierw musia³ uratowaæ syna.
Ugiê³y siê pod nim kolana gdy zobaczy³ martwe cia³o Antona le¿±ce w piasku. W ka³u¿y krwi...
- Nie!- krzykn±³ Jeremien klêcz±c na ziemi. S³ysza³ za sob± kroki od strony domu. Odwróci³ twarz w tamtym kierunku. Wyszed³ z niego owy pi±ty zabójca. Jego miecz by³ ca³y we krwi...
- Nie!!- zawy³ jeszcze g³o¶niej Jeremien.- Nie!!
Zabójcy zgromadzili siê wokó³ niego. Ich miecze by³y schowane. W d³oniach mieli d³ugie no¿e.
- Twoja rodzina...- us³ysza³ g³os Kariny. Znów ten lekko rozbawiony g³os.- ... nie ¿yje.
Nikt nie spodziewa³ siê po zrozpaczonym wie¶niaku tego co zrobi³ Jeremien. Jak b³yskawica zacisn±³ d³oñ na rêkoje¶ci miecza i zawirowa³. Nie dzia³a³ racjonalnie. Szala³ w zwyk³ej furii i w¶ciek³o¶ci. Pierwszy zabójca pad³ szybko. Praktycznie w momencie gdy Jeremien podniós³ siê z klêczek. Drugi najpierw parowa³ jego ciosy ale potem przestraszy³ siê tej nienawi¶ci w oczach Jeremiena. Straci³ rytm i to go zabi³o.
Jeremien wyszarpn±³ miecz z jego ko¶ci i miê¶ni. Spojrza³ na ostatniego z zabójców. By³ wiêkszy od poprzednich. Jego skronie nosi³y nik³y ¶lad siwizny. Nielogicznym by³o by gdyby Jeremien choæby zrani³ mieczem silnego i do¶wiadczonego wojownika. Lecz od zrozpaczonych i poch³oniêtych nienawi¶ci± nie wolno wymagaæ logiki...
Jeremien z w¶ciek³ym rykiem zamachn±³ siê, rzucaj±c mieczem. Ostrze wbi³o siê w brzuch zabójcy, a¿ po rêkoje¶æ. Jeremien patrzy³ chwilê na konaj±cego we w³asnej krwi wojownika. Potem odwróci³ siê do Kariny. U¶miecha³a siê do niego i wydawa³a siê nadal rozbawiona co wzmog³o w¶ciek³o¶æ Jeremiena.
- Teraz twoja kolej...- powiedzia³ do niej. G³os dr¿a³ mu z w¶ciek³o¶ci.-... z³amiê ci kark!
Karina u¶miecha³a siê tylko. Przest±pi³a z nogi na nogê i opar³a d³onie na swoich biodrach. Zako³ysa³a nimi.
Jeremien rzuci³ siê na ni± próbuj±c chwyciæ jej szyjê. Chcia³ j± dorwaæ i dusiæ tak d³ugo, a¿ posiniejê.
Karina nie ruszy³a siê z miejsca. Gdy jego rêce by³y ju¿ w jej pobli¿u chwyci³a je i z ogromn± si³± rzuci³a nim na ziemiê.
Jeremien by³ zdziwiony jej nadludzk± si³±. Lecz nienawi¶æ kaza³ mu wstaæ i znów siê na ni± rzuciæ. Karina pchnê³a go z powrotem na piasek. G³ucho uderzy³ plecami o ziemiê. Próbowa³ wstaæ ale Karina po³o¿y³a stopê na jego piersiach i przyciska³a go do ziemi.
Jeremien w¶ciekle szarpa³ siê ale nie móg³ siê wydostaæ. D³ugo trwa³o zanim siê podda³. A to tylko dlatego, ¿e zabrak³o mu ju¿ si³. Us³ysza³ perlisty ¶miech Kariny:
- Dobry jeste¶!- ¶mia³a siê i pokazywa³a te swoje d³ugie k³y.- Nie s±dzi³am, ¿e zabijesz jakiegokolwiek z nich. A co dopiero próbowaæ mnie zabiæ!
¦mia³a siê d³ugo. Nagle zobaczy³ jak pochyla siê nad nim. Widzia³ jej wielkie oczy i d³ugie rzêsy.
- Zabij mnie...- wyszepta³ wyczerpany.-... zabij mnie w koñcu!
Karina znowu siê za¶mia³a. Tym razem ciszej i krócej. Patrzy³a mu w oczy nadal siê u¶miechaj±c.
- Och jeszcze nie.- powiedzia³a spokojnie.- Najpierw...
Poczu³ jak jej d³onie dotykaj± jego ramion. Poczu³ jakby co¶ je przywi±za³o do ziemi. Spojrza³ zaskoczony na swoje rêce ale nie zobaczy³ nic. Nic co przynajmniej móg³ zobaczyæ. Karina z dziwnym u¶miechem dotknê³a jego nóg. Znów poczu³ jak co¶ przyciska jego stopy i kolana do ziemi. I znów nic nie zobaczy³.
Spróbowa³ poruszyæ nogami i rêkami ale nie uda³o mu siê. Jakby go kto¶ przywi±za³. Rzuci³ najw¶cieklejsze spojrzenie na jakie by³o go staæ w twarz Kariny.
- Co ty robisz!?- warkn±³.
Ona tylko u¶miechnê³a siê jeszcze szerzej. Obliza³a wargi. Jej wzrok by³ dziwny. Jakby g³odny...
Jeremien próbowa³ siê wyszarpaæ z niewidzialnych wiêzów. Ale nie uda³o mu siê. I czu³, ¿e traci te resztki si³.
- Ju¿?- zapyta³a.- W koñcu zrozumia³e¶, ¿e nie warto?
Jeremiena staæ by³o tylko na w¶ciek³e spojrzenie. Ju¿ nie mia³ si³. Móg³ tylko patrzeæ na ni± i czekaæ. Nagle poczu³ jak ¶ci±ga z niego nogê.
Usiad³a na nim tak, ¿e mia³a jego biodra pomiêdzy swoimi nogami. Patrzy³ na ni± oniemia³y. Poczu³ jak wk³ada mu d³onie pod koszulê i powolnymi ruchami g³adzi jego skórê. U¶miecha³a siê...
Jeremien zebra³ w sobie ostatnie si³y i w³o¿y³ je w walkê z niewidzialnymi wiêziami. Ale one nie ustêpowa³y. Zobaczy³ jak Karina przybli¿a swoj± twarz do jego twarzy. Jak rozchyla usta...
Najpierw dotknê³a jego warg jêzykiem. Wodzi³a nim na lewo i prawo. Czu³ jak w¶ciek³o¶æ zaczyna w nim s³abn±æ. Za wszelk± cenê próbowa³ j± podtrzymaæ. Szaleñczo próbowa³ nie dopuszczaæ do siebie my¶li, ¿e tak morderczyni sprawia, ¿e ogarnia go podniecenie.
- Nie.- powiedzia³ i poczu³ jak jej jêzyk dotkn±³ jego zêbów.- B³agam... Nie...
Stara³ siê my¶leæ o swojej ¿onie. O Elenie... Ale ból który powinien nadej¶æ nie nadszed³. W¶ciek³o¶æ która powinna go poch³on±æ nie poch³onê³a go.
Jej wargi spotka³y siê z jego ustami. Poczu³ jak Karina ¶ciska udami jego biodra. Jak jej jêzyk zatañczy³ w jego ustach. Zrozpaczony czu³ jak on sam zaczyna braæ w tym udzia³. Jego jêzyk równie¿ zawirowa³. Jeremien ju¿ bardzo s³abo naciska³ na niewidzialne kajdany. Czu³, ¿e do oczu nap³ywaj± mu ³zy. W my¶lach b³aga³ Elenê o wybaczenie...
Poczu³ zapach jej w³osów. Zapach jej potu i blisko¶æ. Jej d³onie szaleñczo biega³y po jego plecach. Us³ysza³ jej oddech. Jej bicie serca.
Jej d³onie zaczê³y wêdrowaæ ni¿ej. Do paska jego spodni. Stara³ siê o tym nie my¶leæ. Stara³ siê zrobiæ wszystko by w koñcu przestaæ w ten sposób my¶leæ o tej kobiecie.
Nagle poczu³ ekstazê. Karina porusza³a biodrami w górê i w dó³ nie przestaj±c go ca³owaæ. Czu³ jak rozsadza go podniecenie. Jak wszystko wiruje. S³ysza³ jak jego i jej serce przyspieszaj±. Paznokcie zaczê³y wbijaæ siê w jego skórê na ramionach. Rozdar³a mu koszulê na strzêpy. S³ysza³ jak jêczy jak oddycha urywanie.
Jej jêki nasili³y siê. Jego podniecenie równie¿ osi±ga³o zenit. Karina wbi³a bardzo mocno paznokcie w jego skórê ale on na to nie zwa¿a³. Ekstaza i podniecenie zajmowa³o jego wszystkie zmys³y. Czas spowolni³ bieg na uderzenie serca. Wtedy poczu³ szczyt doznañ. Zatrzyma³ oddech na chwilê... Zawirowa³o mu w g³owie.
- Tak smakuje ¶mieræ...- wyszepta³a mu do ucha.
Jeremien co¶ poczu³ choæ nic nie czu³. Podniós³ siê z ziemi. Us³ysza³ cichy odg³os. Jakby stukot. O kamieñ? Mia³ dziwne my¶li. Nie móg³ sobie nic przypomnieæ jakby jego mózg zacz±³ dzia³aæ inaczej. Spojrza³ na swoje d³onie.
Nie mia³ d³oni. Widzia³ tylko ko¶ci. Stare zasuszone ko¶ci. Jeremien wiedzia³, ¿e powinien byæ przera¿ony ale...nie by³... nic nie czu³. Dziwi³ siê tylko. Dziwi³ siê, ¿e s³yszy nie mog±c przecie¿ s³yszeæ. ¯e rusza siê, choæ nie powinien. Zastanowi³ siê co trzyma jego ko¶ci w kupie. Przyjrza³ siê sobie.
Zobaczy³ jak grube stalowe nity i d³ugie pasy ³±cz± jego ko¶ci. I to tak sprawnie, ¿e móg³ nimi poruszaæ prawie tak samo jakby to robi³y miê¶nie.
Rozejrza³ siê po komnacie. By³a ca³a z wilgotnego i pokrytego ple¶ni± kamienia. Nie widzia³ ¿adnych drzwi czy okien. Znowu siê zdziwi³. Panowa³a tu ca³kowita ciemno¶æ a on mimo to móg³ dojrzeæ ka¿dy szczegó³ w pomieszczeniu.
Zrobi³ krok do przodu i us³ysza³ dziwny odg³os. Spojrza³ pod nogi. Gdy siê ruszy³ stan±³ na mieczu. Le¿a³ pod jego stop±.
Jeremien podniós³ go i obejrza³ dok³adnie. Ca³e ostrze pokry³a gruba warstwa rdzy. Jeremien stwierdzi³, ¿e musia³ tu le¿eæ od czasu gdy znalaz³o siê tu jego cia³o. Nie pamiêta³ jak tu siê dosta³. Ostatnie co zachowa³ w umy¶le by³o jak Karina co¶ do niego szepnê³a. Pamiêta³ walkê z zabójcami i ¶mieræ jego rodziny. Powinien p³akaæ... wiedzia³ o tym. Ale nie potrafi³...
Nagle us³ysza³ jaki¶ zgrzyt. Spojrza³ w tym kierunku. Jedna ze ¶cian odsunê³a siê i wpu¶ci³a do ¶rodka masê ¶wiat³a. Jeremien rozpozna³ s³oñce...
Ruszy³ ku wyj¶ciu. Gdy dotkn±³ trawy na zewn±trz us³ysza³ czyj¶ g³os w g³owie:
- Jeste¶ wolny...- to by³ g³os Kariny. Pamiêta³ ten g³os.-... id¼! Znajd¼ drogê!
Jeremienowi nie wyda³o siê to trudne. By³a tylko jedna droga. Krêta i znikaj±ca w lesie. Ruszy³ ni± s³ysz±c klekot ko¶ci. Zaczyna³o go to dra¿niæ. Klekot... klekot... klekot... klekot... klekot...
- Dajcie to co macie a nic wam siê nie stanie...- us³ysza³ czyj¶ g³os w¶ród ¶ciany drzew. Spojrza³ w tamtym kierunku.
Zobaczy³ piêcioro ludzi. Trzech z nich odzianych w zwierzêce skóry. Mieli w d³oniach no¿e i pa³ki. Otoczyli kobietê i m³odego ch³opaka. Ta dwójka by³a przera¿ona. Jeremien by³ pewien, ¿e ci bandyci ich zabij± mimo zapewnieñ.
Ruszy³ dalej. To go nie obchodzi³o. Nic go ju¿ nie obchodzi³o... Szed³ dalej drog± ubit± w trawie i piasku. Czu³ siê dziwnie. Jaka¶ czê¶æ jego ja¼ni karci³a go ale on nie wiedzia³ za co. Czu³ siê pusty. Jakby kto¶ o¿ywi³ kamieñ i nada³ mu jego imiê. On by³ podobny do Antona... pomy¶la³.
Nagle w jego g³owie co¶ siê zako³ata³o. Jeremien zdziwi³ siê. Nie wiedzia³ co to by³o. Po chwili przypomnia³ sobie co to mog³o byæ. Uczucia... czy to... by³ smutek? Smutek? ¯e zabij± tego ch³opca podobnego do...
Znów co¶ siê w nim poruszy³o. Kolejne echo uczuæ. Ale jakie? To by³ chyba... gniew? Tak! To by³ gniew!
Zawróci³ i rzuci³ siê do biegu podnosz±c w górê rdzawe ostrze. Zobaczy³ jak jeden z bandytów rozrywa sukniê kobiety. Pozosta³ych dwóch sz³o w stronê ch³opaka z no¿ami w rêkach. Ch³opak krzycza³ przera¼liwie...
„- Tato!!- g³os jego syna by³ bliski p³aczu i pe³en przera¿enia.- Tato!!”
To wspomnienie nagle wybuch³o w jego umy¶le. Zatoczy³ siê lekko ale nie zwolni³ biegu. Nie chcê by zabili czyjego¶ syna... Uczucia które go okie³zna³y teraz os³ab³y. Zaczê³y zanikaæ... Jeremien spieszy³ siê z ratunkiem. Wiedzia³, ¿e kiedy one znikn± zupe³nie znów stanie siê obojêtny. Znów straci resztki w³asnego „ja”. Prawdziwy Jeremien umiera³ wraz z uczuciami...
Zamachn±³ siê mieczem. Ci±³ na odlew nie zastanawiaj±c siê nad tym. Us³ysza³ jak jego ko¶ci skrzypi± gdy wygi±³ ramiona. Pierwszy bandyta pad³.
Znów uderzy³. Czu³ jak jego wola próbuje z³apaæ uchodz±ce uczucia. Jak p³omieñ ¶wiecy broni±cy siê przed wiatrem. Uderzy³ z wykroku d¼gaj±c przeciwnika w brzuch. Kolejny zabójca zabity...
Odwróci³ siê ku ostatniemu. Ale zobaczy³ jak ucieka. A tu¿ po nim do panicznej ucieczki rzucili siê kobieta i ch³opiec których broni³.
Jeremien d³ugo s³ysza³ ich przera¿one krzyki gdy odchodzi³ dalej ¶cie¿k±. Nie obchodzi³o go to. By³o mu to obojêtne...
Us³ysza³ cichy gwizd. Nie ptasie trele. To by³ cz³owiek wygrywaj±cy jak±¶ melodiê. Jeremien ruszy³ na poszukiwanie ¼ród³a. Doszed³ w koñcu do miejsca gdzie na drzewie siedzia³a jaka¶ kobieta. Gwizda³ cicho jak±¶ nie znan± mu melodie. Odwróci³a ku niemu twarz i u¶miechnê³a siê. Jeremien zna³ t± twarz...
- Karina...- sam zdziwi³ siê gdy us³ysza³ swój g³os. Nie to nie by³ jego g³os. Ten by³ jak szept nocnego wiatru. Jak odg³os skrzyde³ nietoperza.
- To ja.- zeskoczy³a z drzewa. Jej g³os Jeremien równie¿ zapamiêta³. By³ melodyjny i rozbawiony.- Pamiêtasz? Oczywi¶cie, ¿e pamiêtasz...
Podesz³a do niego i zaczê³a wokó³ niego kr±¿yæ. Jakby zaraz mia³a go zaatakowaæ. Jeremien uniós³ lekko miecz na co Karina za¶mia³a siê.
- Nic ci nie zrobiê! Nic gorszego ci nie mogê zrobiæ! Martwy szkielecie! Nie¶miertelny w swej ¶mierci!
Jeremien znów poczu³ jak co¶ siê w nim ko³ata. To gniew... Jego ju¿ znam. Ale... To... Tak! Nienawi¶æ! Za co ja j± nienawidzê?
- Jak ci siê podoba twoje wcielenie?- zapyta³a nie przestaj±c wokó³ niego kr±¿yæ.- Mo¿e pójdziesz ze mn±? Zreszt±... Nie masz wyj¶cia!
D³ugo siê ¶mia³a patrz±c w jego puste oczodo³y. Wiem za co j± nienawidzê... Elena... Anton... Upokorzenie! Poczu³ co¶. Poczu³ jak zaciska palce na rêkoje¶ci miecza. Poczu³ to!
- Bêdziesz moim psem...- mówi³a dalej Karina.-... psem bez uczuæ i pamiêci. Nie¶miertelnym na moje zawo³anie! Mam racjê?
Jeremien poczu³ zapach lasu. Poczu³ jak uczucia wlewaj± siê do niego. Jak go ogarniaj±. Jak przejmuj± ka¿dy jego fragment duszy... Ja nie mam duszy...
- Nie...- us³ysza³ swój g³os.-... nie masz racji.
Karina zatrzyma³a siê. Spojrza³a na niego zdziwiona wysoko unosz±c brwi.
- Nie?- mówi³a pierwszy raz siê nie u¶miechaj±c.- A czemu to nie? Mój s³ugo?
Jeremien odwróci³ siê w jej kierunku.
- Zabi³a¶ moj± rodzinê.- powiedzia³. Us³ysza³ swój g³os. Jego g³os! Glos Jeremiena sprzed lat.- Nienawidzê ciê! Nienawidzê!
Karina cofnê³a siê o rok. By³a przestraszona. Widzia³ to.
- Zaskoczy³e¶ mnie...- mówi³a.-... nie wiem jak zachowa³e¶ uczucia i pamiêæ ale ja to zmieniê!
Ruszy³ ku niemu. Jeremien cofn±³ siê i uniós³ miecz.
- Nie dotkniesz mnie!
- A w³a¶nie, ¿e tak!- krzycza³a.- Jeste¶ mój! Nie ¿yjesz! Jeste¶ martwym szkieletem!
Jeremien przygotowa³ siê ju¿ do walki gdy us³ysza³ swoje wspomnienie:
„-Biegnij ojcze!- krzycza³ Anton.- Biegnij!”
Jeremien pu¶ci³ miecz i pobieg³.
„- Biegnij! Biegnij tato!”
I bieg³. Przez las. Pomiêdzy drzewami. Bieg³! Bieg³ ile mia³ si³! Musia³ dogoniæ syna!
„- Dogoñ mnie Ojcze!”
Jeremien bieg³. Wyskoczy³ na pole. S³ysza³ jak pszenica trze siê o jego ko¶ci. A Jeremien bieg³. Przez pole. Przez las. A wokó³ przeszkody. Kamieñ. P³ot. Drzewa. Chaszcze. Bieg³! Musia³ go dogoniæ!
- Biegnê synu!- krzycza³.
Zobaczy³ go! Wybieg³ zza zakrêtu. Pomyli³ drogê. Spojrzeli sobie w oczy. Na chwile. Sekundê. U³amek czasu. Anton u¶miechn±³ siê i...
Karina spojrza³a w niebo i u¶miechnê³a siê. Sta³a nad martwymi ko¶æmi Jeremiena. On tu upad³ po szaleñczym biegu.
- Dobra wygra³e¶.- powiedzia³a.- Tym razem ci siê uda³o... Bo¿e od siedmiu bole¶ci.
Mówi³a patrz±c w niebo. Spojrza³ na ko¶ci. U¶miechnê³a siê do nich.
- A teraz kto?- zapyta³a.- Mo¿e Hiob?
Autor: Gabriel [gabriel17-88 AT tlen DOT pl]
Dentes 2.0 Template © 2004-2010 Marcin 'Mmorcin' Szymkowiak.
Hosting by courtesy of Webdevelopment London venture - derosso.net
The Bridge Inn and and Ravians Tower by Rico Holmes, High Priestess by kind permission of Phaere.