¦lepia w ciemno¶ci
Prezentowane opowiadanie zwyciê¿y³o w konkursie na opowiadanie w klimatach fantasy, zorganizowanym na ³amach gildii w miesi±cach styczeñ - luty 2006
***
Nik³e ¶wiate³ko rozproszy³o ciemno¶ci kana³u, ukazuj±c brudne, obros³e ple¶ni± i grzybem ¶ciany. Na kamieniach widaæ znaki najwiêkszych powodzi, widniej±ce jako poziome linie zaschniêtych nieczysto¶ci. Ma³a latarnia zawieszona na kiju d³ugo¶ci oko³o metra, który szczuro³ap niós³ na ramieniu, ko³ysa³a siê raz po raz, o¿ywiaj±c fantastyczne cienie w ciemno¶ci tunelu.
Starszy ju¿ mê¿czyzna utrzymywa³ siê wci±¿ w zawodzie dlatego, ¿e jest dobry w tym, co robi. Teraz zmierza³ pewnym krokiem po ¶liskich, pokrytych szlamem, w±skich chodniczkach, pomiêdzy którymi leniwie p³ynê³a gêsta struga nieczysto¶ci. Nie zwraca³ uwagi na pierzchaj±ce z piskiem szczury. Tym razem jego zadaniem by³o odzyskanie z³otego kolczyka pewnej zamo¿nej damy, który dziwnym trafem dosta³ siê do miejskiej kanalizacji. Zap³ata by³a hojna, a kto wie, mo¿e znajdzie tak¿e inne utaplane w odchodach b³yskotki…
Szczuro³ap u¶miechn±³ siê. Ludzie nawet nie domy¶laj± siê na jakie znaleziska mo¿na natrafiæ w kana³ach Altdorfu. Kiedy¶ znalaz³ pier¶cieñ z prawdziwym rubinem, za który dosta³ czterdzie¶ci koron. Innym razem sakiewkê pe³na srebra i z³ota. Po jeszcze innym znalezisku przez równy tydzieñ nie wychodzi³ z domu, gdy¿ by³a to szczelnie zapakowana paczuszka zawieraj±ca gar¶æ ró¿owego lotosu.
Nie wszystko jednak na co natrafi³ by³o takie mi³e. Powszechno¶ci± s± p³yn±ce z pr±dem ku rzece ludzkie trupy. Niekiedy maj± w kieszeniach co¶ cennego, czê¶ciej jednak s± ju¿ ogo³ocone. W kanale wyp³ywaj±cym spod Pa³acu Cesarskiego, gdzie zwyk³y miejski szczuro³ap wstêpu nie ma, na grubej, przerdzewia³ej ¿elaznej kracie cia³ zbiera siê czasami tak du¿o, ¿e tworzy siê z nich istna tama, która podnosi poziom ¶cieku w tamtym miejscu o kilka cali. Lecz o tym siê nie mówi. Ba, lepiej wcale o tym nie wiedzieæ…
Wprawnie przeskoczy³ przez strumieñ fekaliów prostopadle wyp³ywaj±cy z bocznej, wê¿szej odnogi tunelu. Mia³ ju¿ i¶æ dalej, gdy do jego uszu doszed³ stamt±d lekki, acz wyra¼ny szmer. Porusza³o siê co¶ du¿ego. Odwróci³ siê powoli. Byæ mo¿e straci³ ju¿ prawie ca³kowicie wêch, jednak s³uch nadal mia³ znakomity. Ostro¿nie zdj±³ latarniê i postawi³ j± na o¶lizg³ych kamieniach, po czym chwyci³ kij w obie d³onie. Nigdy nie wiadomo na kogo lub na co mo¿na natkn±æ siê w tych podziemnych kana³ach. Mo¿e to przemytnicy, mo¿e jaki¶ ukrywaj±cy siê zbir.
W czerni tunelu rozb³ys³y dwa ma³e czerwone p³omienie jarz±cych siê, czerwonych ¶lepi. Szczuro³ap wiedzia³ ju¿ czemu wszed³ w drogê – szczurowi. Nie zwyk³emu jednak. Spotyka³ ju¿ wcze¶niej takie stworzenia – cia³o d³ugie na dwie albo i trzy stopy, siekacze najwiêkszych osobników maj± nawet dwa i pó³ cala. Raz tylko musia³ walczyæ z takim stworzeniem, zazwyczaj wystarczy poczekaæ chwilê nieruchomo, a szczur sam zrezygnuje, boj±c siê podej¶æ do ¶wiat³a. Grunt w tym, ¿eby siê nie ruszaæ i nie prowokowaæ ataku.
Nagle ko³o pierwszej pary ¶lepi pojawi³y siê druga i trzecia. Zimny pot wyst±pi³ na czo³o szczuro³apa, brudna koszula przyklei³a mu siê do cia³a. Trzy na jednego – nie by³ hazardzist±, jednak nie zawaha³by siê postawiæ ca³ej swojej niedosz³ej zap³aty za odnalezienie kolczyka na to, ¿e szczury jednak zaatakuj±.
Pochyli³ siê i nie spuszczaj±c oczu z rubinowych punktów w g³êbi bocznego tunelu chwyci³ lew± rêk± pier¶cieñ do wieszania latarni. Szczê¶ciem nie zag³êbia³ siê w tê odnogê, dlatego by³ zaraz u wylotu do g³ównej nitki systemu kanalizacyjnego. Wystarczy³ niewielki krok w ty³, aby do niej wróciæ. Potem tylko dwa kroki w bok, nadal nie odrywaj±c oczu od czerwonych punktów, i zaraz zniknie za rogiem…
Szczury ruszy³y. Mê¿czyzna rzuci³ siê do ucieczki. Jego umys³ pracowa³ gor±czkowo. Wiedzia³ dobrze, ¿e nie ma szans na zwiêkszenie dystansu, gryzonie dopadn± go ju¿ po stu, mo¿e dwustu metrach, szybciej, je¿eli s± naprawdê wielkie. Jedyn± szans± jest wyj¶cie z kana³u na powierzchniê, jednak najbli¿sze znajduje siê o jakie¶ dwie¶cie kroków przed nim.
Przyspieszy³ jeszcze, wydobywaj±c z siebie ostatnie pok³ady si³. Wieloletnie do¶wiadczenie pozwala³o mu bez obaw biegn±æ po pokrytych ¶liskim, ¶mierdz±cym szlamem chodnikach. Pomimo tego coraz wyra¼niej s³ysza³ za sob± skrobanie pazurów o kamienie. Szczury go dogania³y.
Wtem poczu³ silne szarpniêcie i ostry ból w prawej ³opatce. Przewróci³ siê na twarz, wypuszczaj±c z r±k kij i latarniê. Rana na plecach odezwa³a siê piek±c ¿ywym ogniem, jakby kto¶ przy³o¿y³ mu do skóry roz¿arzone do czerwono¶ci ¿elazo. Szczuro³ap chcia³ siê podnie¶æ, jednak nie móg³. Rêce ca³kowicie odmówi³y mu pos³uszeñstwa. W prawej czê¶ci cia³a poczu³ rozchodz±c± siê od rany drêtwotê, jakby parali¿, rozchodz±cy siê stopniowo na ca³e cia³o. Po chwili zacz±³ siê dusiæ. Jego p³uca zosta³y jakby schwycone w ¿elazne obrêcze, nie pozwalaj±ce na zaczerpniêcie tchu. Przed oczami zawirowa³y mu szkar³atne plamy. Bardziej zobaczy³ ni¿ poczu³ ¿e zsuwa siê z chodnika w mêtny ¶ciek.
Strumieñ brudów, odpadków i odchodów by³ g³êboki na ponad metr, tak wiêc nawet gdyby szczuro³ap sta³ na nogach siêga³by mu prawie do piersi. Teraz w³a¶nie siê w nim pogr±¿a³. Ostatnie co zobaczy³, to o¶wietlona nik³ym blaskiem przewróconej latarenki postaæ. Niewysoka, pochylona, ubrana w brudny i podarty p³aszcz z kapturem nasuniêtym na g³owê. Gdy jednak obróci³a siê i szczuro³ap spojrza³ jej w twarz… Ujrza³ szczurzy pysk i parê jarz±cych siê czerwono ¶lepi. Spod p³aszcza wystawa³ te¿ d³ugi na kilka stóp ³ysy ogon.
Cz³owiek pogr±¿y³ siê w mêtnej, gêstej breji. Skaven chwilê jeszcze poczeka³, po czym w ¶lad za szczuro³apem kopn±³ latarniê, która z sykiem zgas³a i utonê³a. Schowa³ swój zêbaty nó¿, opad³ na cztery koñczyny i pobieg³ z powrotem do towarzyszy.
***
Joachim Weber, kapitan altdorfskiej stra¿y miejskiej, siedzia³ za swym biurkiem. Zmarszczy³ czo³o, co spowodowa³o, ¿e jego opruszone siwizn±, krzaczaste brwi ¶ci±gnê³y siê razem w jedna liniê. Mia³ w zwyczaju robiæ tak w chwilach frustracji, o czym dobrze wiedzia³ wyprê¿ony przed nim na baczno¶æ, pe³ni±cy rolê pos³añca ch³opak.
Minê³a d³u¿sza chwila ciszy. Czo³o Webera nadal nie rozpogadza³o siê. W koñcu odezwa³ siê.
- Mo¿esz odej¶æ – przy czym wykona³ bli¿ej nieokre¶lony ruch rêk±, z powodzeniem zastêpuj±cy regulaminowy salut. M³odzieniec za to wykona³ go i¶cie podrêcznikowo. - Czekaj. Zawo³aj do mnie Fishera. I niech we¼mie ze sob± przybory.
Gdy drzwi zamknê³y siê za wychodz±cym kapitan zosta³ sam na sam ze swoimi my¶lami. Raport, który otrzyma³ przez paroma chwilami, mówi³ o kolejnym ciele znalezionym w kana³ach. Szczuro³ap, a to niedobrze – tacy znaj± podziemne tunele i nie daj± siê zaskoczyæ byle ³achudrze. Dodatkowo opuchlizna wokó³ rany na plecach wskazywa³a u¿ycie silnej trucizny w du¿ym stê¿eniu.
Weber sposêpnia³ jeszcze bardziej. By³o to ju¿ trzecie zabójstwo tego typu w przeci±gu jednego tygodnia, i wszystkie cia³a znaleziono w kana³ach w tym samym rejonie. By³o to wiêcej ni¿ niepokoj±ce, a on, jako osoba odpowiedzialna za spokój i bezpieczeñstwo wmie¶cie, musia³ cos z tym zrobiæ.
Rozleg³o siê ciche pukanie i po chwili zza uchylonych drzwi wychyli³a siê nie¶mia³o, okolona aureol± zmierzwionych w³osów g³owa.
- Wejd¼ Fisher. Mam ci cos do podyktowania.
Skryba wszed³ pos³usznie, zamkn±³ za sob± drzwi i rozsiad³ siê przy przygotowanym specjalnie dla niego pulpicie. Rozwin±³ pergamin, splun±³ lekko do buteleczki z inkaustem, chwyci³ zgrabnie w d³oñ pióro. Pytaj±cym wzrokiem spojrza³ sponad bia³ej karty na kapitana, oznajmiaj±c mu tym samym swoj± gotowo¶æ.
- Pisz: „Poszukuje siê odwa¿nych i lojalnych osób do wykonania zadania dla w³adz miasta Altdorfu. Warunki ciê¿kie, jednak sowita zap³ata w z³ocie. Poszukuje siê jedynie do¶wiadczonych w walce. Po wiêcej informacji nale¿y udaæ siê do baraków stra¿y miejskiej, mieszcz±cych siê przy Langestrasse 16. Podpisano…
***
- „…Joachim Weber, Kapitan Stra¿y Miejskiej miasta Altdorf”. Ca³a czwórka trawi³a przez chwilê w my¶lach przeczytane na g³os s³owa. Uwe, jedyny pi¶mienny, na którego barki spad³o to zadanie, spogl±da³ teraz z niemym pytaniem po twarzach reszty cz³onków dru¿yny. W koñcu odezwa³ siê jako pierwszy – I co? Jeste¶my zainteresowani?
- Czy ja wiem? Pamiêtacie to zlecenie od radców z Delberz? Przez miesi±c nie mogli¶my pokazaæ siê w mie¶cie. Tacy zawsze co¶ wymy¶l± – Krasnolud wyra¼nie by³ niezdecydowany. Bawi³ siê ci±gle zawijaj±c na palec cienki warkoczyk, jeden z pary, któr± zaplecion± mia³ na wysoko¶ci obu skroni – Jednak z drugiej strony…
- Z³oto – rzuci³a krótko Calista, atrakcyjna kobieta o burzy miedzianych w³osów – Je¿eli szybko nic nie zarobimy, to ju¿ za dwa dni wyrzuc± nas z gospody. A jak inaczej zdobêdziemy pieni±dze?
- Co¶ by siê wymy¶li³o – mrukn±³ krasnolud, wpatruj±cy siê wymownie w bujne piersi Calisty, które najwyra¼niej chcia³y wydostaæ siê spod zbyt ciasnego kubraka.
- Thingrir, ty zawsze tylko o jednym – Ofuknê³a go, udaj±c oburzenie. Choæ k³ócili siê nad wyraz czêsto, w jednej kwestii zawsze szybko dochodzili do porozumienia – w spawie z³ota. Zawsze by³o lepiej je zdobyæ, ni¿ ¿eby mia³ zrobiæ to kto inny.
Wzrok wszystkich pobieg³ do jedynej osoby, która dot±d nie wypowiedzia³a siê w ¿aden sposób. Rupert by³ postawnym, dobrze zbudowanym mê¿czyzn± w ¶rednim wieku. Nosi³ zawsze pod p³aszczem skórzany kaftan gêsto nitowany metalowymi blaszkami, a na plecach ko³czan oraz d³ugi ³uk. Choæ formalnie dru¿yna nie mia³a przywódcy, to do Ruperta zawsze nale¿a³ decyduj±cy g³os.
Mê¿czyzna lekko skin±³ g³ow±.
- Karczmarzu! – Krzyknê³a Calista. Po chwili z zaplecza wychyli³a siê gotowa spe³niæ ka¿de ¿±danie sylwetka – D³ugo to ju¿ wisi?
- A nie, mi³o¶ciwa pani. Przyszed³ pacho³ek i przybi³ to dopiero dzi¶ rano.
- Dobra – Mrukn±³ Thingrir, po czym zwróci³ siê do Uwe – To jeszcze raz, gdzie s± te baraki?
***
- Zdecydowanie bêdê domaga³a siê dodatku za niebezpieczne warunki pracy – Rzek³a Calista. Jedynie to, ¿e w porê chwyci³a siê ramienia krasnoluda uchroni³o ja przed wpadniêciem w bagniste odmêty ¶cieku, pe³nego odpadków i odchodów – I jeszcze co¶ za zniszczona garderobê. Spójrzcie na moje buty!
Oczywi¶cie nikomu na wet przez my¶l nie przesz³o, aby podziwiaæ ufajdane okrutnie skórznie. Ka¿dy koncentrowa³ siê na tym, aby samemu nie wlecieæ do cuchn±cej cieczy. Nie mieli wprawy szczuro³apów, a pokryte ple¶ni± i porostami ¶ciany i gwarantowa³y uchwytu dla d³oni w razie stracenia równowagi. Do tego ka¿dy by³ uzbrojony i gotowy do odparcia ewentualnego niebezpieczeñstwa.
Pierwszy szed³ Thingrir. Na grub± przeszywanicê na³o¿y³ nosz±c± liczne ¶lady reperacji kolczugê, siêgaj±c± mu do ud, z krótkimi rêkawami. W lewej rêce niós³ wyci±gniêt± nieco przed siebie latarniê, w prawej trzyma³ stylisko topora. Nie mo¿na powiedzieæ, aby czu³ siê jak w domu – wprost przeciwnie, by³o mu do tego naprawdê daleko, jednak z pewno¶ci± porusza³ siê pewniej ni¿ reszta kompanów. Przyzwyczajony do ciemno¶ci podziemi, ma³o wra¿liwy na otaczaj±cy go fetor, a przy tym straszliwy wojownik w bezpo¶rednim starciu nadawa³ siê idealnie na awangardê grupy.
Calista by³a druga. Jej broni± by³y wywa¿one, przeznaczone do rzucania no¿e. Rupert kwestionowa³ przydatno¶æ tego orê¿a w takich warunkach, dodatkowo popar³ go Thingrir, jednak kobieta by³a uparta. Po pewnym czasie spêdzonym w sieci miejskiej kanalizacji musia³a jednak przyznaæ im pewna dozê racji, gdy¿ ¶lizgaj±c siê co chwila i trac±c równowagê uda³o ju¿ siê jej zgubiæ jeden z no¿y.
Uwe szed³ przedostatni. Wokó³ koñca kija, który trzyma³ w rêkach i którego w razie potrzeby u¿ywa³ jako podparcia, migota³a niewielka, rozmiaru mo¿e dzikiego jab³ka, ¶wiec±ca kula energii. Jej ¶wiat³o by³o blade i rozproszone, jednak tylko na tyle staæ by³o ch³opaka, a poza tym przynajmniej nie razi³a po oczach id±cego nieco z ty³u Ruperta. Uwe zna³ kilka drobnych, acz u¿ytecznych czarów. Cichy, ma³omówny, ustêpliwy i spokojny, w razie walki ju¿ nie raz potrafi³ przechyliæ szalê zwyciêstwa na korzy¶æ kompanów przy pomocy zaklêcia. Teraz od czasu do czasu spogl±da³ nieco nerwowo na wisz±c± mu u pasa niewielka sakwê.
Ariergardê tworzy³ Rupert. Nie zakrywany ju¿ p³aszczem kaftan po³yskiwa³ lekko metalowymi p³ytkami w bladym ¶wietle. £uk, jako niezbyt przydatny w tym ¶rodowisku, zostawi³ wraz z ko³czanem w tawernie. W tej chwili dzier¿y³ w d³oni d³ugi, prosty miecz. W lewej rêce trzyma³ latarniê. Co kilkana¶cie kroków odwraca³ siê do ty³u i nas³uchiwa³ chwilê, po czym wraca³ do kompani. Nawet cieñ emocji nie ujawnia³ siê na jego powa¿nej, przypominaj±cej maskê twarzy.
Dotarli do rozwidlenia, gdzie prostopad³a mniejsza odnoga odchodzi³a od g³ównej nitki ¶cieku. Krasnolud gestem d³oni zatrzyma³ i uciszy³ resztê dru¿yny. Nie zauwa¿y³ jednak niczego w bocznym tunelu. Chocia¿…
Prawie na granicy widoczno¶ci widnia³a na chodniku ciemna plama. Móg³ byæ to jaki¶ grzyb czy wiêksza szmata, jednak bezpieczniej by³oby to sprawdziæ. Odleg³o¶æ by³a w istocie zbyt du¿a nawet jak dla widz±cego w mroku krasnoluda.
- Dojrza³e¶ tam co¶? – Zapyta³ cicho Uwe, lecz Calista zaraz spiorunowa³a go wzrokiem nakazuj±c bezwzglêdne milczenie. Krasnolud post±pi³ kilka kroków w g³±b tunelu, wytê¿aj±c wzrok. Reszta ruszy³a powoli za nim.
W ciszy, m±conej jedynie monotonnym szumem p³yn±cych ekskrementów, odg³os zwalnianej ciêciwy rozleg³ siê g³o¶no niczym uderzenie dzwonu.
Wszyscy jednocze¶nie padli lub zakryli siê, w miarê mo¿liwo¶ci. Id±cy na przedzie Thingrir przywar³ do ¶ciany, dziêki czemu wycelowany w jego pier¶ czarny be³t min±³ cel o kilka palców. Drugi poszybowa³ zbyt wysoko, aby stanowiæ dla kogo¶ zagro¿enie, po czym trafi³ prosto w ¶cianê g³ównego kana³u.
Uderzenie serca pó¼niej Thingrir bieg³ ju¿ w g³±b tunelu. Wprawi³o to Calistê w os³upienie nawet bardziej, ni¿ maj±ce siaæ ¶mieræ czarne be³ty, gdy¿ ona ci±gle porusza³a siê w tych tunelach z najwiêksz± trudno¶ci±. Niewiele jednak my¶l±c ruszy³a po chwili w ¶lad za nim. Drogê o¶wieca³ jej poruszaj±cy po równoleg³ym chodniku Uwe, który mrucza³ co¶ pod nosem i grzeba³ z przejêciem w sakwie, najwyra¼niej czego¶ szukaj±c.
Z ciemno¶ci wy³oni³y siê groteskowe sylwetki. Wielkie, humanoidalne szczury poruszaj±ce siê na dwóch tylnich ³apach, dzier¿±ce zakoñczone zêbatymi ostrzami krótkie w³ócznie. By³o ich co najmniej pó³ tuzina.
Pierwszy chcia³ pchn±æ krasnoluda w okolicê niechronionej kolczug± szyi. Thingrir podbi³ jednak wprawnie drzewce i zamachn±³ siê z ca³ej si³y trzyman± w lewej rêce latarni±, która z ³oskotem rozbi³a siê na celu. Rozleg³ siê wysoki pisk bólu, po czym smród odchodów przyt³umiony zosta³ na chwilê sw±dem spalonego futra. Skaven zatoczy³ siê w ty³.
Calista by³a ju¿ zaledwie kilka kroków od miejsca walki, lecz i tak nie by³a w stanie zorientowaæ siê w kot³uj±cej siê masie cia³. Skavenów by³o co najmniej kilku, tak jej siê przynajmniej wydawa³o. Cisnê³a no¿em w ciemno¶æ licz±c na to, ¿e nie trafi akurat krasnoluda. Bogowie chyba jej sprzyjali, gdy¿ po chwili jeden ze szczuroludzi zawy³ z bólu.
Thingrir na przedzie sia³ prawdziwe spustoszenie w szeregach wrogów, choæ ci mieli nad nim kilkukrotn± przewagê liczebn±. Po niespe³na dziesiêciu sekundach cia³o drugiego ju¿ szczurocz³eka wpad³o do p³yn±cego ¶cieku, kolejny wycofa³ siê raniony. Kolczuga ochroni³a krasnoluda ju¿ kilka razy przez celnymi pchniêciami.
Skaveny szybko zorientowa³y siê, ¿e z tym d³ugobrodym przeciwnikiem nie poradz± sobie tak ³atwo. Na piskliwa komendê wycofa³y siê kilka kroków w ty³, poza zasiêg uzbrojonego w topór ramienia.
Krasnolud wiedzia³, ¿e za chwilê znów w u¿yciu bêd± kusze i be³ty, a nie mia³by szans na unikniêcie strza³u z tak ma³ej odleg³o¶ci.
Wtem ciemno¶æ rozdar³ gwa³towny, lecz krótkotrwa³y wybuch ¶wiat³a, dochodz±cy zza pleców krasnoluda – efekt rzuconego przez Uwe czaru. O¶wietli³ on na chwilê skulone, o¶lepione sylwetki szczuroludzi, po czym znów zapad³a kurtyna ciemno¶ci, z któr± walczy³ jedynie p³omieñ ostatniej z latarni.
Thingrir nie da³ och³on±æ przeciwnikom. Mimo tego, ¿e sam widzia³ jedynie wiruj±ce jasne plamy przed oczyma, skoczy³ z krzykiem w przód, siek±c na lewo i prawo.
Da³ siê s³yszeæ d¼wiêk spuszczanej ciêciwy, i jednocze¶nie pocisk przelecia³ tu¿ obok Calisty i stoj±cego za ni± Ruperta. Kilka chwil pó¼niej dziewczyna zachwia³a siê lekko i wypu¶ci³a nó¿ z rêki. Najwyra¼niej grot be³tu musia³ o ni± lekko zahaczyæ.
Thingrir usi³owa³ w³a¶nie wyszarpn±æ broñ z cia³a wroga, gdy¿ zahaczy³ o co¶ ¿ele¼cem topora. A¿ sykn±³ z bólu gdy umocowany na d³ugiej ¿erdzi nó¿ rozharata³ mu nadgarstek. Pocz±tkowo ból by³ straszny, jak gdyby kto¶ przyk³ada³ mu rozpalone do czerwono¶ci ¿elazo. Po chwili jednak jego miejsce zajê³a dziwna drêtwota. Uczucie to rozchodzi³o siê po ciele coraz dalej, siêgaj±c przedramienia, ³okcia, barku, kieruj±c siê w kierunku serca. Krasnoludowi jednak nie by³o dane odczuæ tego ostatniego, ¶miertelnego u¶cisku – wcze¶niej otrzyma³ cios okut± metalem pa³k± prosto w praw± skroñ.
Calista osunê³a siê na kolana. Rupert, lawiruj±c na ¶liskich kamieniach, wysun±³ siê przed ni± i w ostatniej chwili zagrodzi³ drogê biegn±cemu skavenowi. Uwe szybko odnalaz³ w swej sakwie kawa³ek p³ótna opatrunkowego i pochyli³ siê nad dziewczyn±. Nie zamierza³ jednak opatrywaæ rany. Przy³o¿y³ opatrunek do jej cia³a i pocz±³ wymawiaæ s³owa zaklêcia.
Rupert wybi³ w³óczniê jednemu przeciwnikowi, drugiego pozbawi³ rêki a¿ do ³okcia. Nie mia³ jednak takiej wprawy w walce w ciemno¶ci jak krasnolud, a do tego krêpowa³a go jeszcze trzymana w lewej rêce latarnia. K±tem oka zauwa¿y³, ¿e jeden ze szczuroludzi dobieg³ od ty³u do Uwe i wbi³ mu mierz±ce prawie stopê ostrze no¿a w kark. Cia³o ch³opaka opad³o na Calistê.
Rupert wiedzia³, ¿e dla niego to ju¿ koniec. Nie mia³ szans na ucieczkê, a skaveny nie traci³y chêci do walki. Wydawa³o mu siê nawet, ¿e nadchodzi³o ich coraz wiêcej. Pozosta³o mu jedynie jak najdro¿ej sprzedaæ swoje ¿ycie.
Skaveny jednak o dziwo nie atakowa³y. Rozleg³y siê jakie¶ piskliwe komendy, po czym ca³a ich grupa cofnê³a siê i rozst±pi³a. Rupert zobaczy³ cz³owieka-szczura przechodz±cego przez szpaler swoich pobratymców. Wyró¿nia³ siê jednak tym, ¿e wystaj±cy spod kaptura przypominaj±cej mnisi habit szaty pysk pokryty by³ mlecznobia³± sier¶ci±.
Skaven przystan±³ i wyci±gn±³ zakoñczony pazurem palec w stronê cz³owieka.
***
Joachim Weber, kapitan altdorfskiej stra¿y miejskiej, siedzia³ za swym biurkiem. Przed nim prê¿y³ siê kurier. Brwi starszego cz³owieka ¶ci±gniête by³y w jedna liniê, a ch³opak wiedzia³ dobrze, ¿e nie w takich wypadkach denerwowaæ prze³o¿onego. Najlepiej zachowaæ milczenie. W³a¶nie przekaza³ kapitanowi raport o odnalezieniu kolejnych trzech cia³. Trzech, oraz nadpalonego ubrania i kupki popio³u…
***
Nik³e ¶wiate³ko rozproszy³o ciemno¶ci kana³u, ukazuj±c brudne, obros³e ple¶ni± i grzybem ¶ciany. Na kamieniach widaæ znaki najwiêkszych powodzi, widniej±ce jako poziome linie zaschniêtych nieczysto¶ci. Ma³a latarnia zawieszona na kiju d³ugo¶ci oko³o metra, który szczuro³ap niós³ na ramieniu, ko³ysa³a siê raz po raz, o¿ywiaj±c fantastyczne cienie w ciemno¶ci tunelu.
Starszy ju¿ mê¿czyzna utrzymywa³ siê wci±¿ w zawodzie dlatego, ¿e jest dobry w tym, co robi. Teraz zmierza³ pewnym krokiem po ¶liskich, pokrytych szlamem, w±skich chodniczkach, pomiêdzy którymi leniwie p³ynê³a gêsta struga nieczysto¶ci. Nie zwraca³ uwagi na pierzchaj±ce z piskiem szczury. Tym razem jego zadaniem by³o odzyskanie z³otego kolczyka pewnej zamo¿nej damy, który dziwnym trafem dosta³ siê do miejskiej kanalizacji. Zap³ata by³a hojna, a kto wie, mo¿e znajdzie tak¿e inne utaplane w odchodach b³yskotki…
Szczuro³ap u¶miechn±³ siê. Ludzie nawet nie domy¶laj± siê na jakie znaleziska mo¿na natrafiæ w kana³ach Altdorfu. Kiedy¶ znalaz³ pier¶cieñ z prawdziwym rubinem, za który dosta³ czterdzie¶ci koron. Innym razem sakiewkê pe³na srebra i z³ota. Po jeszcze innym znalezisku przez równy tydzieñ nie wychodzi³ z domu, gdy¿ by³a to szczelnie zapakowana paczuszka zawieraj±ca gar¶æ ró¿owego lotosu.
Nie wszystko jednak na co natrafi³ by³o takie mi³e. Powszechno¶ci± s± p³yn±ce z pr±dem ku rzece ludzkie trupy. Niekiedy maj± w kieszeniach co¶ cennego, czê¶ciej jednak s± ju¿ ogo³ocone. W kanale wyp³ywaj±cym spod Pa³acu Cesarskiego, gdzie zwyk³y miejski szczuro³ap wstêpu nie ma, na grubej, przerdzewia³ej ¿elaznej kracie cia³ zbiera siê czasami tak du¿o, ¿e tworzy siê z nich istna tama, która podnosi poziom ¶cieku w tamtym miejscu o kilka cali. Lecz o tym siê nie mówi. Ba, lepiej wcale o tym nie wiedzieæ…
Wprawnie przeskoczy³ przez strumieñ fekaliów prostopadle wyp³ywaj±cy z bocznej, wê¿szej odnogi tunelu. Mia³ ju¿ i¶æ dalej, gdy do jego uszu doszed³ stamt±d lekki, acz wyra¼ny szmer. Porusza³o siê co¶ du¿ego. Odwróci³ siê powoli. Byæ mo¿e straci³ ju¿ prawie ca³kowicie wêch, jednak s³uch nadal mia³ znakomity. Ostro¿nie zdj±³ latarniê i postawi³ j± na o¶lizg³ych kamieniach, po czym chwyci³ kij w obie d³onie. Nigdy nie wiadomo na kogo lub na co mo¿na natkn±æ siê w tych podziemnych kana³ach. Mo¿e to przemytnicy, mo¿e jaki¶ ukrywaj±cy siê zbir.
W czerni tunelu rozb³ys³y dwa ma³e czerwone p³omienie jarz±cych siê, czerwonych ¶lepi. Szczuro³ap wiedzia³ ju¿ czemu wszed³ w drogê – szczurowi. Nie zwyk³emu jednak. Spotyka³ ju¿ wcze¶niej takie stworzenia – cia³o d³ugie na dwie albo i trzy stopy, siekacze najwiêkszych osobników maj± nawet dwa i pó³ cala. Raz tylko musia³ walczyæ z takim stworzeniem, zazwyczaj wystarczy poczekaæ chwilê nieruchomo, a szczur sam zrezygnuje, boj±c siê podej¶æ do ¶wiat³a. Grunt w tym, ¿eby siê nie ruszaæ i nie prowokowaæ ataku.
Nagle ko³o pierwszej pary ¶lepi pojawi³y siê druga i trzecia. Zimny pot wyst±pi³ na czo³o szczuro³apa, brudna koszula przyklei³a mu siê do cia³a. Trzy na jednego – nie by³ hazardzist±, jednak nie zawaha³by siê postawiæ ca³ej swojej niedosz³ej zap³aty za odnalezienie kolczyka na to, ¿e szczury jednak zaatakuj±.
Pochyli³ siê i nie spuszczaj±c oczu z rubinowych punktów w g³êbi bocznego tunelu chwyci³ lew± rêk± pier¶cieñ do wieszania latarni. Szczê¶ciem nie zag³êbia³ siê w tê odnogê, dlatego by³ zaraz u wylotu do g³ównej nitki systemu kanalizacyjnego. Wystarczy³ niewielki krok w ty³, aby do niej wróciæ. Potem tylko dwa kroki w bok, nadal nie odrywaj±c oczu od czerwonych punktów, i zaraz zniknie za rogiem…
Szczury ruszy³y. Mê¿czyzna rzuci³ siê do ucieczki. Jego umys³ pracowa³ gor±czkowo. Wiedzia³ dobrze, ¿e nie ma szans na zwiêkszenie dystansu, gryzonie dopadn± go ju¿ po stu, mo¿e dwustu metrach, szybciej, je¿eli s± naprawdê wielkie. Jedyn± szans± jest wyj¶cie z kana³u na powierzchniê, jednak najbli¿sze znajduje siê o jakie¶ dwie¶cie kroków przed nim.
Przyspieszy³ jeszcze, wydobywaj±c z siebie ostatnie pok³ady si³. Wieloletnie do¶wiadczenie pozwala³o mu bez obaw biegn±æ po pokrytych ¶liskim, ¶mierdz±cym szlamem chodnikach. Pomimo tego coraz wyra¼niej s³ysza³ za sob± skrobanie pazurów o kamienie. Szczury go dogania³y.
Wtem poczu³ silne szarpniêcie i ostry ból w prawej ³opatce. Przewróci³ siê na twarz, wypuszczaj±c z r±k kij i latarniê. Rana na plecach odezwa³a siê piek±c ¿ywym ogniem, jakby kto¶ przy³o¿y³ mu do skóry roz¿arzone do czerwono¶ci ¿elazo. Szczuro³ap chcia³ siê podnie¶æ, jednak nie móg³. Rêce ca³kowicie odmówi³y mu pos³uszeñstwa. W prawej czê¶ci cia³a poczu³ rozchodz±c± siê od rany drêtwotê, jakby parali¿, rozchodz±cy siê stopniowo na ca³e cia³o. Po chwili zacz±³ siê dusiæ. Jego p³uca zosta³y jakby schwycone w ¿elazne obrêcze, nie pozwalaj±ce na zaczerpniêcie tchu. Przed oczami zawirowa³y mu szkar³atne plamy. Bardziej zobaczy³ ni¿ poczu³ ¿e zsuwa siê z chodnika w mêtny ¶ciek.
Strumieñ brudów, odpadków i odchodów by³ g³êboki na ponad metr, tak wiêc nawet gdyby szczuro³ap sta³ na nogach siêga³by mu prawie do piersi. Teraz w³a¶nie siê w nim pogr±¿a³. Ostatnie co zobaczy³, to o¶wietlona nik³ym blaskiem przewróconej latarenki postaæ. Niewysoka, pochylona, ubrana w brudny i podarty p³aszcz z kapturem nasuniêtym na g³owê. Gdy jednak obróci³a siê i szczuro³ap spojrza³ jej w twarz… Ujrza³ szczurzy pysk i parê jarz±cych siê czerwono ¶lepi. Spod p³aszcza wystawa³ te¿ d³ugi na kilka stóp ³ysy ogon.
Cz³owiek pogr±¿y³ siê w mêtnej, gêstej breji. Skaven chwilê jeszcze poczeka³, po czym w ¶lad za szczuro³apem kopn±³ latarniê, która z sykiem zgas³a i utonê³a. Schowa³ swój zêbaty nó¿, opad³ na cztery koñczyny i pobieg³ z powrotem do towarzyszy.
***
Joachim Weber, kapitan altdorfskiej stra¿y miejskiej, siedzia³ za swym biurkiem. Zmarszczy³ czo³o, co spowodowa³o, ¿e jego opruszone siwizn±, krzaczaste brwi ¶ci±gnê³y siê razem w jedna liniê. Mia³ w zwyczaju robiæ tak w chwilach frustracji, o czym dobrze wiedzia³ wyprê¿ony przed nim na baczno¶æ, pe³ni±cy rolê pos³añca ch³opak.
Minê³a d³u¿sza chwila ciszy. Czo³o Webera nadal nie rozpogadza³o siê. W koñcu odezwa³ siê.
- Mo¿esz odej¶æ – przy czym wykona³ bli¿ej nieokre¶lony ruch rêk±, z powodzeniem zastêpuj±cy regulaminowy salut. M³odzieniec za to wykona³ go i¶cie podrêcznikowo. - Czekaj. Zawo³aj do mnie Fishera. I niech we¼mie ze sob± przybory.
Gdy drzwi zamknê³y siê za wychodz±cym kapitan zosta³ sam na sam ze swoimi my¶lami. Raport, który otrzyma³ przez paroma chwilami, mówi³ o kolejnym ciele znalezionym w kana³ach. Szczuro³ap, a to niedobrze – tacy znaj± podziemne tunele i nie daj± siê zaskoczyæ byle ³achudrze. Dodatkowo opuchlizna wokó³ rany na plecach wskazywa³a u¿ycie silnej trucizny w du¿ym stê¿eniu.
Weber sposêpnia³ jeszcze bardziej. By³o to ju¿ trzecie zabójstwo tego typu w przeci±gu jednego tygodnia, i wszystkie cia³a znaleziono w kana³ach w tym samym rejonie. By³o to wiêcej ni¿ niepokoj±ce, a on, jako osoba odpowiedzialna za spokój i bezpieczeñstwo wmie¶cie, musia³ cos z tym zrobiæ.
Rozleg³o siê ciche pukanie i po chwili zza uchylonych drzwi wychyli³a siê nie¶mia³o, okolona aureol± zmierzwionych w³osów g³owa.
- Wejd¼ Fisher. Mam ci cos do podyktowania.
Skryba wszed³ pos³usznie, zamkn±³ za sob± drzwi i rozsiad³ siê przy przygotowanym specjalnie dla niego pulpicie. Rozwin±³ pergamin, splun±³ lekko do buteleczki z inkaustem, chwyci³ zgrabnie w d³oñ pióro. Pytaj±cym wzrokiem spojrza³ sponad bia³ej karty na kapitana, oznajmiaj±c mu tym samym swoj± gotowo¶æ.
- Pisz: „Poszukuje siê odwa¿nych i lojalnych osób do wykonania zadania dla w³adz miasta Altdorfu. Warunki ciê¿kie, jednak sowita zap³ata w z³ocie. Poszukuje siê jedynie do¶wiadczonych w walce. Po wiêcej informacji nale¿y udaæ siê do baraków stra¿y miejskiej, mieszcz±cych siê przy Langestrasse 16. Podpisano…
***
- „…Joachim Weber, Kapitan Stra¿y Miejskiej miasta Altdorf”. Ca³a czwórka trawi³a przez chwilê w my¶lach przeczytane na g³os s³owa. Uwe, jedyny pi¶mienny, na którego barki spad³o to zadanie, spogl±da³ teraz z niemym pytaniem po twarzach reszty cz³onków dru¿yny. W koñcu odezwa³ siê jako pierwszy – I co? Jeste¶my zainteresowani?
- Czy ja wiem? Pamiêtacie to zlecenie od radców z Delberz? Przez miesi±c nie mogli¶my pokazaæ siê w mie¶cie. Tacy zawsze co¶ wymy¶l± – Krasnolud wyra¼nie by³ niezdecydowany. Bawi³ siê ci±gle zawijaj±c na palec cienki warkoczyk, jeden z pary, któr± zaplecion± mia³ na wysoko¶ci obu skroni – Jednak z drugiej strony…
- Z³oto – rzuci³a krótko Calista, atrakcyjna kobieta o burzy miedzianych w³osów – Je¿eli szybko nic nie zarobimy, to ju¿ za dwa dni wyrzuc± nas z gospody. A jak inaczej zdobêdziemy pieni±dze?
- Co¶ by siê wymy¶li³o – mrukn±³ krasnolud, wpatruj±cy siê wymownie w bujne piersi Calisty, które najwyra¼niej chcia³y wydostaæ siê spod zbyt ciasnego kubraka.
- Thingrir, ty zawsze tylko o jednym – Ofuknê³a go, udaj±c oburzenie. Choæ k³ócili siê nad wyraz czêsto, w jednej kwestii zawsze szybko dochodzili do porozumienia – w spawie z³ota. Zawsze by³o lepiej je zdobyæ, ni¿ ¿eby mia³ zrobiæ to kto inny.
Wzrok wszystkich pobieg³ do jedynej osoby, która dot±d nie wypowiedzia³a siê w ¿aden sposób. Rupert by³ postawnym, dobrze zbudowanym mê¿czyzn± w ¶rednim wieku. Nosi³ zawsze pod p³aszczem skórzany kaftan gêsto nitowany metalowymi blaszkami, a na plecach ko³czan oraz d³ugi ³uk. Choæ formalnie dru¿yna nie mia³a przywódcy, to do Ruperta zawsze nale¿a³ decyduj±cy g³os.
Mê¿czyzna lekko skin±³ g³ow±.
- Karczmarzu! – Krzyknê³a Calista. Po chwili z zaplecza wychyli³a siê gotowa spe³niæ ka¿de ¿±danie sylwetka – D³ugo to ju¿ wisi?
- A nie, mi³o¶ciwa pani. Przyszed³ pacho³ek i przybi³ to dopiero dzi¶ rano.
- Dobra – Mrukn±³ Thingrir, po czym zwróci³ siê do Uwe – To jeszcze raz, gdzie s± te baraki?
***
- Zdecydowanie bêdê domaga³a siê dodatku za niebezpieczne warunki pracy – Rzek³a Calista. Jedynie to, ¿e w porê chwyci³a siê ramienia krasnoluda uchroni³o ja przed wpadniêciem w bagniste odmêty ¶cieku, pe³nego odpadków i odchodów – I jeszcze co¶ za zniszczona garderobê. Spójrzcie na moje buty!
Oczywi¶cie nikomu na wet przez my¶l nie przesz³o, aby podziwiaæ ufajdane okrutnie skórznie. Ka¿dy koncentrowa³ siê na tym, aby samemu nie wlecieæ do cuchn±cej cieczy. Nie mieli wprawy szczuro³apów, a pokryte ple¶ni± i porostami ¶ciany i gwarantowa³y uchwytu dla d³oni w razie stracenia równowagi. Do tego ka¿dy by³ uzbrojony i gotowy do odparcia ewentualnego niebezpieczeñstwa.
Pierwszy szed³ Thingrir. Na grub± przeszywanicê na³o¿y³ nosz±c± liczne ¶lady reperacji kolczugê, siêgaj±c± mu do ud, z krótkimi rêkawami. W lewej rêce niós³ wyci±gniêt± nieco przed siebie latarniê, w prawej trzyma³ stylisko topora. Nie mo¿na powiedzieæ, aby czu³ siê jak w domu – wprost przeciwnie, by³o mu do tego naprawdê daleko, jednak z pewno¶ci± porusza³ siê pewniej ni¿ reszta kompanów. Przyzwyczajony do ciemno¶ci podziemi, ma³o wra¿liwy na otaczaj±cy go fetor, a przy tym straszliwy wojownik w bezpo¶rednim starciu nadawa³ siê idealnie na awangardê grupy.
Calista by³a druga. Jej broni± by³y wywa¿one, przeznaczone do rzucania no¿e. Rupert kwestionowa³ przydatno¶æ tego orê¿a w takich warunkach, dodatkowo popar³ go Thingrir, jednak kobieta by³a uparta. Po pewnym czasie spêdzonym w sieci miejskiej kanalizacji musia³a jednak przyznaæ im pewna dozê racji, gdy¿ ¶lizgaj±c siê co chwila i trac±c równowagê uda³o ju¿ siê jej zgubiæ jeden z no¿y.
Uwe szed³ przedostatni. Wokó³ koñca kija, który trzyma³ w rêkach i którego w razie potrzeby u¿ywa³ jako podparcia, migota³a niewielka, rozmiaru mo¿e dzikiego jab³ka, ¶wiec±ca kula energii. Jej ¶wiat³o by³o blade i rozproszone, jednak tylko na tyle staæ by³o ch³opaka, a poza tym przynajmniej nie razi³a po oczach id±cego nieco z ty³u Ruperta. Uwe zna³ kilka drobnych, acz u¿ytecznych czarów. Cichy, ma³omówny, ustêpliwy i spokojny, w razie walki ju¿ nie raz potrafi³ przechyliæ szalê zwyciêstwa na korzy¶æ kompanów przy pomocy zaklêcia. Teraz od czasu do czasu spogl±da³ nieco nerwowo na wisz±c± mu u pasa niewielka sakwê.
Ariergardê tworzy³ Rupert. Nie zakrywany ju¿ p³aszczem kaftan po³yskiwa³ lekko metalowymi p³ytkami w bladym ¶wietle. £uk, jako niezbyt przydatny w tym ¶rodowisku, zostawi³ wraz z ko³czanem w tawernie. W tej chwili dzier¿y³ w d³oni d³ugi, prosty miecz. W lewej rêce trzyma³ latarniê. Co kilkana¶cie kroków odwraca³ siê do ty³u i nas³uchiwa³ chwilê, po czym wraca³ do kompani. Nawet cieñ emocji nie ujawnia³ siê na jego powa¿nej, przypominaj±cej maskê twarzy.
Dotarli do rozwidlenia, gdzie prostopad³a mniejsza odnoga odchodzi³a od g³ównej nitki ¶cieku. Krasnolud gestem d³oni zatrzyma³ i uciszy³ resztê dru¿yny. Nie zauwa¿y³ jednak niczego w bocznym tunelu. Chocia¿…
Prawie na granicy widoczno¶ci widnia³a na chodniku ciemna plama. Móg³ byæ to jaki¶ grzyb czy wiêksza szmata, jednak bezpieczniej by³oby to sprawdziæ. Odleg³o¶æ by³a w istocie zbyt du¿a nawet jak dla widz±cego w mroku krasnoluda.
- Dojrza³e¶ tam co¶? – Zapyta³ cicho Uwe, lecz Calista zaraz spiorunowa³a go wzrokiem nakazuj±c bezwzglêdne milczenie. Krasnolud post±pi³ kilka kroków w g³±b tunelu, wytê¿aj±c wzrok. Reszta ruszy³a powoli za nim.
W ciszy, m±conej jedynie monotonnym szumem p³yn±cych ekskrementów, odg³os zwalnianej ciêciwy rozleg³ siê g³o¶no niczym uderzenie dzwonu.
Wszyscy jednocze¶nie padli lub zakryli siê, w miarê mo¿liwo¶ci. Id±cy na przedzie Thingrir przywar³ do ¶ciany, dziêki czemu wycelowany w jego pier¶ czarny be³t min±³ cel o kilka palców. Drugi poszybowa³ zbyt wysoko, aby stanowiæ dla kogo¶ zagro¿enie, po czym trafi³ prosto w ¶cianê g³ównego kana³u.
Uderzenie serca pó¼niej Thingrir bieg³ ju¿ w g³±b tunelu. Wprawi³o to Calistê w os³upienie nawet bardziej, ni¿ maj±ce siaæ ¶mieræ czarne be³ty, gdy¿ ona ci±gle porusza³a siê w tych tunelach z najwiêksz± trudno¶ci±. Niewiele jednak my¶l±c ruszy³a po chwili w ¶lad za nim. Drogê o¶wieca³ jej poruszaj±cy po równoleg³ym chodniku Uwe, który mrucza³ co¶ pod nosem i grzeba³ z przejêciem w sakwie, najwyra¼niej czego¶ szukaj±c.
Z ciemno¶ci wy³oni³y siê groteskowe sylwetki. Wielkie, humanoidalne szczury poruszaj±ce siê na dwóch tylnich ³apach, dzier¿±ce zakoñczone zêbatymi ostrzami krótkie w³ócznie. By³o ich co najmniej pó³ tuzina.
Pierwszy chcia³ pchn±æ krasnoluda w okolicê niechronionej kolczug± szyi. Thingrir podbi³ jednak wprawnie drzewce i zamachn±³ siê z ca³ej si³y trzyman± w lewej rêce latarni±, która z ³oskotem rozbi³a siê na celu. Rozleg³ siê wysoki pisk bólu, po czym smród odchodów przyt³umiony zosta³ na chwilê sw±dem spalonego futra. Skaven zatoczy³ siê w ty³.
Calista by³a ju¿ zaledwie kilka kroków od miejsca walki, lecz i tak nie by³a w stanie zorientowaæ siê w kot³uj±cej siê masie cia³. Skavenów by³o co najmniej kilku, tak jej siê przynajmniej wydawa³o. Cisnê³a no¿em w ciemno¶æ licz±c na to, ¿e nie trafi akurat krasnoluda. Bogowie chyba jej sprzyjali, gdy¿ po chwili jeden ze szczuroludzi zawy³ z bólu.
Thingrir na przedzie sia³ prawdziwe spustoszenie w szeregach wrogów, choæ ci mieli nad nim kilkukrotn± przewagê liczebn±. Po niespe³na dziesiêciu sekundach cia³o drugiego ju¿ szczurocz³eka wpad³o do p³yn±cego ¶cieku, kolejny wycofa³ siê raniony. Kolczuga ochroni³a krasnoluda ju¿ kilka razy przez celnymi pchniêciami.
Skaveny szybko zorientowa³y siê, ¿e z tym d³ugobrodym przeciwnikiem nie poradz± sobie tak ³atwo. Na piskliwa komendê wycofa³y siê kilka kroków w ty³, poza zasiêg uzbrojonego w topór ramienia.
Krasnolud wiedzia³, ¿e za chwilê znów w u¿yciu bêd± kusze i be³ty, a nie mia³by szans na unikniêcie strza³u z tak ma³ej odleg³o¶ci.
Wtem ciemno¶æ rozdar³ gwa³towny, lecz krótkotrwa³y wybuch ¶wiat³a, dochodz±cy zza pleców krasnoluda – efekt rzuconego przez Uwe czaru. O¶wietli³ on na chwilê skulone, o¶lepione sylwetki szczuroludzi, po czym znów zapad³a kurtyna ciemno¶ci, z któr± walczy³ jedynie p³omieñ ostatniej z latarni.
Thingrir nie da³ och³on±æ przeciwnikom. Mimo tego, ¿e sam widzia³ jedynie wiruj±ce jasne plamy przed oczyma, skoczy³ z krzykiem w przód, siek±c na lewo i prawo.
Da³ siê s³yszeæ d¼wiêk spuszczanej ciêciwy, i jednocze¶nie pocisk przelecia³ tu¿ obok Calisty i stoj±cego za ni± Ruperta. Kilka chwil pó¼niej dziewczyna zachwia³a siê lekko i wypu¶ci³a nó¿ z rêki. Najwyra¼niej grot be³tu musia³ o ni± lekko zahaczyæ.
Thingrir usi³owa³ w³a¶nie wyszarpn±æ broñ z cia³a wroga, gdy¿ zahaczy³ o co¶ ¿ele¼cem topora. A¿ sykn±³ z bólu gdy umocowany na d³ugiej ¿erdzi nó¿ rozharata³ mu nadgarstek. Pocz±tkowo ból by³ straszny, jak gdyby kto¶ przyk³ada³ mu rozpalone do czerwono¶ci ¿elazo. Po chwili jednak jego miejsce zajê³a dziwna drêtwota. Uczucie to rozchodzi³o siê po ciele coraz dalej, siêgaj±c przedramienia, ³okcia, barku, kieruj±c siê w kierunku serca. Krasnoludowi jednak nie by³o dane odczuæ tego ostatniego, ¶miertelnego u¶cisku – wcze¶niej otrzyma³ cios okut± metalem pa³k± prosto w praw± skroñ.
Calista osunê³a siê na kolana. Rupert, lawiruj±c na ¶liskich kamieniach, wysun±³ siê przed ni± i w ostatniej chwili zagrodzi³ drogê biegn±cemu skavenowi. Uwe szybko odnalaz³ w swej sakwie kawa³ek p³ótna opatrunkowego i pochyli³ siê nad dziewczyn±. Nie zamierza³ jednak opatrywaæ rany. Przy³o¿y³ opatrunek do jej cia³a i pocz±³ wymawiaæ s³owa zaklêcia.
Rupert wybi³ w³óczniê jednemu przeciwnikowi, drugiego pozbawi³ rêki a¿ do ³okcia. Nie mia³ jednak takiej wprawy w walce w ciemno¶ci jak krasnolud, a do tego krêpowa³a go jeszcze trzymana w lewej rêce latarnia. K±tem oka zauwa¿y³, ¿e jeden ze szczuroludzi dobieg³ od ty³u do Uwe i wbi³ mu mierz±ce prawie stopê ostrze no¿a w kark. Cia³o ch³opaka opad³o na Calistê.
Rupert wiedzia³, ¿e dla niego to ju¿ koniec. Nie mia³ szans na ucieczkê, a skaveny nie traci³y chêci do walki. Wydawa³o mu siê nawet, ¿e nadchodzi³o ich coraz wiêcej. Pozosta³o mu jedynie jak najdro¿ej sprzedaæ swoje ¿ycie.
Skaveny jednak o dziwo nie atakowa³y. Rozleg³y siê jakie¶ piskliwe komendy, po czym ca³a ich grupa cofnê³a siê i rozst±pi³a. Rupert zobaczy³ cz³owieka-szczura przechodz±cego przez szpaler swoich pobratymców. Wyró¿nia³ siê jednak tym, ¿e wystaj±cy spod kaptura przypominaj±cej mnisi habit szaty pysk pokryty by³ mlecznobia³± sier¶ci±.
Skaven przystan±³ i wyci±gn±³ zakoñczony pazurem palec w stronê cz³owieka.
***
Joachim Weber, kapitan altdorfskiej stra¿y miejskiej, siedzia³ za swym biurkiem. Przed nim prê¿y³ siê kurier. Brwi starszego cz³owieka ¶ci±gniête by³y w jedna liniê, a ch³opak wiedzia³ dobrze, ¿e nie w takich wypadkach denerwowaæ prze³o¿onego. Najlepiej zachowaæ milczenie. W³a¶nie przekaza³ kapitanowi raport o odnalezieniu kolejnych trzech cia³. Trzech, oraz nadpalonego ubrania i kupki popio³u…
Autor:Marcin 'Jesus' Brzoza [torment AT go2 DOT pl]
Doda³ Doppler
Komentarze (0)
(c) 2000-2010 zespo� redakcyjny Gildii RPG
Dentes 2.0 Template © 2004-2010 Marcin 'Mmorcin' Szymkowiak.
Hosting by courtesy of Webdevelopment London venture - derosso.net
The Bridge Inn and and Ravians Tower by Rico Holmes, High Priestess by kind permission of Phaere.
Dentes 2.0 Template © 2004-2010 Marcin 'Mmorcin' Szymkowiak.
Hosting by courtesy of Webdevelopment London venture - derosso.net
The Bridge Inn and and Ravians Tower by Rico Holmes, High Priestess by kind permission of Phaere.