Esterka spojrza³a szybko do ty³u. Prawie spa³, nie zd±¿y³ nawet zje¶æ. Ostatnio znacznie siê od siebie oddalili po tym, jak odda³a dziecko. Ale przecie¿ nie mog³o byæ inaczej. Ostro¿nie przela³a zawarto¶æ ma³ej drewnianej fiolki do kufla, sama wypi³a resztkê, jaka zosta³a wewn±trz rurki. Podesz³a i obudzi³a mê¿a.
Przez przys³oniête okiennice wpada³ b³ysk ksiê¿yca w pe³ni, choæ przyjaciel sta³ nisko, potrafi³ przebiæ siê przez w±skie szpary miêdzy porowatymi deskami, przez ozdobne wyciêcia, nad którymi tak d³ugo mêczy³ siê cie¶la i przez niedomkniête przestrzenie. By³o lato, noc do¶æ gor±ca i gêsta, wiêc nie by³o sensu zamykaæ tych okiennic. Dziewczyna ostro¿nie poda³a Siegmundowi napój wraz z posi³kiem, jaki przyrz±dzi³a chwilê temu. Sama, w zwiewnej bia³ej d³ugiej koszuli po³o¿y³a siê obok niego. Posi³ek trwa³ dobr± chwilê, a potem kochali siê jak nigdy przedtem. Napar dzia³a³. Poprzednie animozje ulecia³y do gwiazd i znowu byli razem. Celowo.
- Muszê ci co¶ powiedzieæ - szepnê³a, gdy le¿eli ju¿ po wszystkim na zmiêtych prze¶cierad³ach.
- Nie. Nie chcê tego s³uchaæ. Bojê siê - odpar³ równie cicho.
- Musisz o tym wiedzieæ, bo to wa¿ne. I pamiêtaj, czas nie ma znaczenia.
- Ester, bojê siê. Ciebie siê bojê. Twoje oczy... by³y dzisiaj inne, jak wtedy, w wiosce.
- W³a¶nie dlatego muszê ci o tym opowiedzieæ. Twój strach jest uzasadniony. Mam moc. Moc, której nie umiem kontrolowaæ. ¯eby to robiæ, muszê tam do nich pój¶æ. Wiesz do kogo, nie pytaj. Nie pytaj dlaczego, tak musi byæ. Nie mogê nara¿aæ ciebie i dziecka. Muszê i ju¿. Zaufaj mi.
- Czemu chcesz odej¶æ? Mo¿e nie by³o ostatnio dobrze, ale to nie powód, powinni¶my spróbowaæ znowu. Szczególnie po tym, co...
- To nie tak! - prawie krzyknê³a, podrywaj±c zdziwionego ch³opaka do pozycji pó³le¿±cej. - Nic nie rozumiesz, to nie jest tak. Ja nie odchodzê od ciebie, nie. Po prostu muszê to zrobiæ, a potem... potem wrócê i znowu bêdzie jak dawniej, albo nawet lepiej. Nie bêdziemy ju¿ rozpamiêtywaæ ¶mierci dziecka.
- Nie musia³a¶ o tym przypominaæ. To, ¿e Laura umar³a, nie powinno zmieniaæ nic miêdzy nami.
- Zaufaj mi, wszystko siê odwróci, kiedy nadejdzie czas. Teraz muszê i¶æ, odejdê na rok i jedn± noc, potem wrócê. Nie szukaj mnie, bo to niemo¿liwe. Tam dok±d idê, nie ma miejsca dla zwyk³ych ludzi. Zreszt± wiesz o tym, doskonale wiesz, ¿e jestem inna. I nic na to nie poradzê. Ale muszê kontrolowaæ to, co dali mi bogowie lub demony, bo inaczej... bo inaczej bêdzie bardzo ¼le.
- Skoro tak musi byæ... Ale... ale nie mogê w to uwierzyæ. Jak...? Czy to mo¿e tak siê skoñczyæ?
- To nie koniec, to tylko przerwa. Pamiêtaj, czas siê nie liczy. Wrócê, obiecujê - doda³a zamykaj±c mu usta poca³unkiem.
A potem znowu by³a na górze, ¼renice jej oczu nabra³y dziwnego pomarañczowego blasku, lecz Siegmund ju¿ tego nie widzia³, mia³ zamkniête oczy i ju¿ nie walczy³ z tym, co byæ musi.
Przez sen ch³opak s³ysza³ otwierane drzwi, które zapomnia³ nasmarowaæ. Zawiasy nie by³y ju¿ tak sprawne jak na pocz±tku, lecz to nie przeszkadza³o mu spaæ dalej. Mrukn±³ co¶ przez sen, owijaj±c siê pachn±cym mi³o¶ci± i ciep³em prze¶cierad³em, jak dawno temu, przed tym, co siê ostatnio sta³o.
Esterka po raz ostatni spojrza³a na mê¿a w taki sposób, wiedzia³a. Wiedzia³a, ¿e ju¿ nigdy nie ujrzy go w taki sam sposób. Zabra³a ma³y pakunek i wybieg³a w noc. Ju¿ na zewn±trz zobaczy³a ten sam cieñ, który towarzyszy³ jej przez kilka ostatnich nocy, je¿eli tylko wysz³a z domu. Zna³a go. To by³ puchacz, dok³adnie ten sam, który postanowi³ wybraæ ich strych na schronienie. Puchacz-przypominacz, puchacz-stra¿nik, puchacz-szpieg. Ostro¿nie bieg³a przez noc, ¶ledz±c trop rysowany na powierzchni ziemi przez wielkiego, srebrnego u¶miechniêtego przyjaciela, jaki spogl±da³ na ni± z góry ju¿ od tylu wiosen. A potem zag³êbi³a siê w las, przesz³a go bez lêku, nastêpnie przez rzadki zagajnik, by dotrzeæ do moczarów. Przemierza³a je ra¼no i do¶æ szybko, zna³a ¶cie¿ki bardzo dobrze i doskonale je pamiêta³a. Jak zwierzê. Mia³a pamiêæ, jakiej nie mia³ ¿aden cz³owiek. Dlatego wkrótce dotar³a do strumienia, a mieszkañcy wsi na d³ugi czas o niej zapomnieli. Uroczyska mia³y to do siebie, ¿e kto raz tam wejdzie, zostanie zapomniany na wieki. Tacy ludzie nigdy nie wracali, nie by³o sensu ich pamiêtaæ. Mo¿na im tylko by³o wystawiæ jad³o w noc duchów, ale rzadko z niego korzystali. Mo¿na by³o, lecz ma³o kto chcia³ to robiæ, z obawy przed tym, co mo¿e wyj¶æ z takiego uroczyska i wej¶æ do wioski. Jednak Esterka nie zniknê³a na zawsze, o czym nie wiedzieli.
Nastêpnego ranka Siegmund le¿a³ na zwiniêtym prze¶cieradle i zastanawia³ siê. Zastanawia³ siê nad wieloma rzeczami. Czy kobieta wróci do niego? Czy mówi³a prawdê? Czy powinien dzisiaj nic nie robiæ, jak sobie obieca³, czy mo¿e pomóc przy ¿niwach? W koñcu to byli jego ludzie, a s³u¿ba zakoñczy³a siê ju¿. Nie musia³ ju¿ chodziæ do wie¿y, ods³u¿y³ swoje. Mo¿e teraz robiæ to, co wszyscy inni. Uprawiaæ ziemiê, budowaæ domy, zbieraæ plony, pracowaæ jak inni. Mo¿e kupiæ ziemiê i obsiaæ. Jak inni. Mo¿e i¶æ do grodu szukaæ lepszego zajêcia, lecz wtedy nie bêdzie móg³ pilnowaæ obej¶cia. Odpada. Pieniêdzy mia³ do¶æ, na s³u¿bie zarobi³ tyle, ¿eby starczy³o na jeden du¿y zakup, lub mo¿e lepiej kilka mniejszych. Ale co móg³ zaplanowaæ, gdy rodzina, najwiêksza jego podpora przez ca³y poprzedni rok, aktualnie nie istnia³a? Czy by³ sens cokolwiek planowaæ? A mo¿e w³a¶nie powinien przygotowaæ co¶ wiêcej, zaufaæ s³owom dziewczyny i przygotowaæ wszystko na jej powrót? A mo¿e lepiej zostawiæ pieni±dze dla siebie, bo ona ju¿ nie wróci? Zatrzymaæ je i wyjechaæ jak najdalej zapominaj±c o tym, co by³o, ale tak¿e o tym, co byæ powinno, a nigdy siê nie zdarzy³o?
Snuj±c ró¿ne domys³y uk³ada³ plany na ten dzieñ. Nastêpnie wsta³, zrobi³ sobie posi³ek i usiad³ przed chat± obserwuj±c ¿ycie wioski. Z przechodz±cymi wymienia³ lokalne plotki i obserwowa³, jak te¿ ¿yje siê w tej okolicy. Przez ostatni rok rzadko tu bywa³, gdy¿ musia³ stale byæ na s³u¿bie. Jednak teraz wróci³, oto on, Siegmund, widzicie? Oto on, jeden z was, taki, który mo¿e z wami ¿yæ w zgodzie i pracowaæ jak inni. Posiedzia³ tak we wczorajszym ubraniu dwie godziny, a potem uda³ siê do karczmy, gdy¿ zrobi³o siê gor±co i pyli¶cie.
Karczma by³a drewnianym, obskurnym budynkiem po³o¿onym na uboczu wioski, lecz dziwnym trafem wiêkszo¶ci ludzi by³o po drodze. Wewn±trz jednak panowa³ mi³y ch³ód, gdy¿ pó³przymkniête okiennice wpuszcza³y tylko przeci±g, bez silnych promieni pal±cego na wiór s³oñca. W ¶rodku siedzia³o ju¿ kilku ludzi, których zna³ tylko z widzenia. Jednak nie mia³ ochoty dosiadaæ siê do nich, stan±³ przy barze. Karczmarz by³ czarniawym wysokim jegomo¶ciem z d³ugimi w±sami. Mówili, ¿e ma poci±g do wypitku i w zasadzie nic go nie obchodzi, jednak dziwnym trafem by³ on kopalni± lokalnych plotek i ostatnich wie¶ci. Dlatego Siegmund postanowi³ wypytaæ go na okoliczno¶æ potencjalnego zajêcia. Dowiedzia³ siê tylko, ¿e s± ¿niwa i kto¶ mo¿e potrzebowaæ pomocy, jednak nie poda³ dok³adnie kto poszukiwa³ r±k do pracy. Ch³opak zamówi³ piwo, które wypi³ duszkiem, a zaraz po nim kolejne. Z tym poszed³ ju¿ do wolnego sto³u, gdzie usiad³ i rozejrza³ siê po bywalcach. Wiêkszo¶æ z nich potajemnie wy¶miewa³a siê z niego, drwili ukradkiem z faktu, ¿e jego ¿ona odesz³a, pojawi³y siê zgry¼liwe plotki i pog³oski. Siegmund nie zwraca³ na nie wiêkszej uwagi. Zwyczajnie sta³ siê celem obgadywania i ignorowa³ ró¿ne drobne zaczepki pod jego adresem. Ludzie byli paskudni, dbali tylko o swoje i pomagali tylko temu, kogo dobrze znali. Pomagali sobie nawzajem, lecz tylko miêdzy sob±. On, jako cz³owiek obcy, nie mia³ na co liczyæ. Dlatego przesta³ na nich zerkaæ i wpatrzy³ siê w kufel. Zamy¶li³ siê.
- Wolne? - spyta³ jaki¶ g³os z silnie obcym akcentem.
Siegmund uniós³ powoli oczy, spodziewaj±c siê potencjalnej awantury. Lecz zdziwi³ siê. Sta³ przed nim osobnik, którego wszyscy we wsi omijali szerokim ³ukiem. Mia³ jasn± karnacjê, d³ugie w³osy i przynajmniej sze¶æ krzy¿yków na karku. Nosi³ bujny zarost i nie wygl±da³ na cherlaka. Mówili, ¿e jako jedyny z przyby³ych obcych osiedli³ siê tutaj, poniewa¿ pozna³ kobietê i tak ju¿ zosta³o. Pochodzi³ z dalekiej ziemi gdzie¶ na pó³nocy, o której kr±¿± tylko opowie¶ci. Nikt z miejscowych nie wiedzia³ gdzie taka ziemia le¿y, ani jak tam dotrzeæ. Nikt z miejscowych nie zna³ te¿ zbyt wielu miast po³o¿onych nawet w niedalekiej okolicy. Dlatego nikt z miejscowych ni w z±b nie zaufa³by nigdy komu¶, kto pochodzi z tak daleka. Z tych przyczyn Eryk chodzi³ zawsze sam, nie mia³ z kim piæ czy pracowaæ. Ludzie bali siê go i unikali jak ognia. Ponoæ by³ jednym z wojowników, jacy podró¿owali na wielkich smoczych ³odziach grabi±c i pal±c wszystko, co pojawi³o siê w zasiêgu wzroku. Jego sylwetka zdradza³a d³ugie lata w towarzystwie broni i pancerza, a nie, jak kaza³ o sobie my¶leæ, w przyja¼ni z grabiami i cepem. Zdecydowanie. Ten cz³owiek nie by³ urodzonym rolnikiem, mimo tego, co robi³ tutaj ju¿ od wielu lat. Od trzydziestu z gór± zim mieszka³ tu, z tymi lud¼mi, a oni nadal go unikali.
Siegmund rozwa¿y³ odpowied¼, bo ba³ siê trochê, ¿e bêd± go kojarzyæ z t± wielk± zagadk±. Sam nie by³ jeszcze "swój", spotkania z Erykiem mog³y wp³yn±æ na jego imiê w tej wiosce.
- Siadaj - rzuci³ krótko, choæ nie by³ pewien czy tak± odpowied¼ chcia³ wykrztusiæ. On równie¿ czu³ respekt przed tym cz³owiekiem.
Nieznajomy postawi³ swój kufel i usiad³ na ³awie bokiem, okrakiem. Zapar³ siê potê¿nym ramieniem o brzeg sto³u i têgo poci±gn±³ po³owê zawarto¶ci kufla.
- S³ysza³em, ¿e zajêcia szukasz. Prawda to aby?
- Zgadza siê, ale te¿ zale¿y jakiego. Nie wezmê byle czego.
- Potrzebny mi kto¶ przy ¿niwach. Nikt nie chcia³ do mnie zajrzeæ, a dobrze p³acê, mo¿e nawet lepiej ni¿ inni, dlatego odganiaj± mi klientów. Podkupiæ nie daj± rady, to strasz±. Kto do mnie idzie, za dzieñ - dwa zaraz znika. To nie w porz±dku, nie s±dzisz?
- Tak bywa, znasz tych ludzi, nie ufaj± nikomu. ¯niwa mówisz. Hm, mo¿e to i dobrze, czego¶ takiego szuka³em. Ile p³acisz?
- Tyle co inni i jeszcze po³owa. Chyba ¿e wolisz w innej walucie.
- Innej walucie? A niby jakiej?
- Mo¿e byæ z³oto, kamienie albo szkolenie. Ale szkolenie tylko dla wojów. A s³uchy mnie dosz³y, ¿e z wie¿y wracasz.
- Ciekawe. Mówisz z³oto, kamienie albo szkolenie? Bardzo ciekawe. Chêtnie bym siê podszkoli³, ale nie wiem czy mnie na to staæ. Ziemiê mia³em kupowaæ. Swoja w³asn±. A jakie to szkolenie?
- To ju¿ inna sprawa, najpierw powiedz czy siê godzisz na pracê u mnie. I jaki rodzaj zap³aty wybierasz.
- Daj mi czas do namys³u, jak zdecydujê, przyjdê jutro rano.
- Niech i tak bêdzie. ¯egnaj.
Nazajutrz rano Siegmund zerwa³ siê z pos³ania gotowy na to, co mia³o siê tego dnia zdarzyæ. Nie bardzo zna³ siê na ¿niwach, ale robota nie mog³a byæ trudna. Poza tym ju¿ wybra³, chcia³ siê wyszkoliæ, cokolwiek obcy oferowa³. Pieni±dze nie by³y mu potrzebne, ¶wiecide³ka by³y zbêdne, a szkolenie mog³o siê przydaæ. Po ¿niwach pójdzie do Eryka do terminu i mo¿e nauczy siê czego¶ nowego.
Szybko ubra³ siê, przep³ukuj±c twarz w wodzie, zjad³ byle co i poszed³ na koniec wsi, gdzie znajdowa³o siê niewielkie obej¶cie Eryka. By³ tam niewielki dwuizbowy dom, stodo³a i kilka mniejszych drewnianych baraczków. Po obej¶ciu krêci³y siê kaczki, pies i kilka ¶wiñ za ogrodzeniem. Wszed³ dalej i zauwa¿y³, ¿e obok otwartej stodo³y sta³o czterech mê¿czyzn z wioski. By³a to zbieranina takich, którzy gwa³townie potrzebowali pieniêdzy, niezale¿nie od kosztów ich uzyskania. Trzech by³o znanymi we wsi pijakami, czwarty, m³odszy, s³yn±³ z wypraw na bia³og³owy. Zale¿a³o im tylko na pieni±dzach, o pracê nie dbali. Dwóch ledwie mia³o si³ê staæ na w³asnych nogach, trzeci by³ s³abo wszystkim zainteresowany, czwarty z pewno¶ci± my¶la³ o czym innym, co mo¿na robiæ w zbo¿u. Jeden z ledwo stoj±cych by³ w podesz³ym wieku, a napitek uczyni³ z niego wrak cz³owieka. O drugim mówiono, ¿e zabi³ brata, za co odsiedzia³ w lochu kilka lat. Trzeci wygl±da³ na cwaniaczka, któremu do r±k klej± siê ró¿ne rzeczy, i tak zreszt± by³o, a czwarty rzadko by³ widywany we wsi. Wiêkszo¶æ czasu spêdza³ w miejskim zamtuzie "Ró¿owa Orchidea" (choæ ma³o kto wiedzia³, co to jest orchidea).
Przy wrotach krz±ta³ siê Eryk, rozdaj±c ka¿demu narzêdzia do pracy. Musia³ tak robiæ, gdy¿ robotnicy przyszli bez niczego, inaczej ni¿ to by³o w zwyczaju. Zwykle ka¿dy przynosi³ w³asne, znane i sprawdzone narzêdzia, jednak oni nie byli przygotowani, poza tym mo¿e nie chcieli, by ktokolwiek zauwa¿y³, ¿e id± w³a¶nie tutaj.
- O, jeste¶, to dobrze. Ju¿ my¶la³em, ¿e nie przyjdziesz. Masz tu kosê i zwój sznura.
- Mo¿e najpierw pogadajmy na osobno¶ci - odpar³ Siegmund chwytaj±c podane przedmioty.
- Jak chcesz, wejd¼ tu dalej, pogadamy.
- Wybra³em szkolenie, powiedz co¶ wiêcej. Chcê siê szkoliæ.
- Dobry wybór. Mogê nauczyæ siê w³adaæ toporami, nawet dwoma jednocze¶nie, u¿ywaæ tarczy, pancerzy i ³uku. Ale to d³uga nauka, nie opanujesz wszystkiego od razu. Musisz terminowaæ jak wszyscy - rzuci³ mu otwarcie du¿y osobnik, podpieraj±c siê wid³ami. Dlatego najlepiej, jakby¶ przyszed³ na rok do terminu, a wszystko opanujesz w odpowiednim tempie, je¿eli jeste¶ sprawny.
- Zgoda, pójdê na rok w termin. A sprawny jestem do¶æ, powinno wystarczyæ. By³em dopiero w stra¿y i pamiêtam czego mnie nauczyli.
- To dobrze, to ci siê przyda, mo¿e nie bêdziesz musia³ zaczynaæ od pocz±tku. Wojskowe szkolenie nie obejmuje takich rzeczy, jakich siê tu nauczysz, to walka na ¶mieræ i ¿ycie, nie durne klepanie w t³umie. Tutaj zobaczysz, jak wojownik radzi sobie na polu bitwy samodzielnie, jak z cz³owieka rodzi siê wojownik zdolny powaliæ trzech albo i czterech wiêkszych od siebie. To czysta walka, jakiej mo¿na nauczyæ siê tylko tam, sk±d pochodzê. Skuteczna i ¶miertelna, sprawiedliwa i twarda, tylko dla wojowników, nie ¿o³nierzy czy stra¿ników. Tego wszystkiego mogê ciê nauczyæ.
- Brzmi nie¼le, zgadzam siê. Postaram siê opanowaæ wszystko, czego mnie nauczysz - powiedzia³ Siegmund, a oczy mu zab³ys³y.
- Jednak najpierw pomo¿esz przy ¿niwach, taki jest warunek. Muszê zobaczyæ jaki jeste¶ silny - odpar³ z u¶mieszkiem wy¿szy o g³owê, choæ znacznie starszy Eryk.
Zaraz pierwszego dnia prac w polu dwóch ludzi znik³o, gdy tylko dostali po³owê wyp³aty. Zosta³o tylko dwóch pijaczków, jeden stary i ledwie zdolny do noszenia wide³, drugi uwa¿any za zabójcê, który pracowa³ nieco lepiej. Siegmund dopasowa³ tempo pracy do pozosta³ych i wykonywa³ j± powoli, lecz skutecznie, mimo wszystko robi³ to lepiej i szybciej ni¿ dwaj pozostali. Mêczy³ siê te¿ znacznie mniej i nie musia³ tyle odpoczywaæ, choæ warunki by³y trudne. Panowa³ niesamowity upa³, zbo¿a wysch³y, sta³y siê z³ociste i szeleszcz±ce, s³oñce przes³ania³ szaro-z³ocisty py³ poderwany lekkim wiatrem lub ruchami stóp ludzi i zwierz±t. By³o gêsto, lepko i sucho, powietrze wirowa³o jak w rozpalonym piecu zmieniaj±c perspektywê odleg³ych przedmiotów. Nic zatem dziwnego, ¿e Siegmund pozby³ siê koszuli i pracowa³ pó³nagi, jak pozostali. Podczas prac zauwa¿y³, ¿e dwaj pozostali nosili ró¿ne ¶lady tortur. Jednak nie pyta³. Ogólnie rozmawiali ma³o, z ró¿nych przyczyn. Po pierwsze dwaj tamci trzymali siê razem, nie chcieli z nim gadaæ, po drugie otwarcie ust wi±za³o siê z na³ykaniem siê kurzu i py³u, po trzecie byli zmêczeni prac±, robi±c wiêcej ni¿ potrzeba tracili oddech, który i tak ju¿ by³ krótki i rozpalony. Tak up³yn±³ dzieñ pierwszy.
Drugiego dnia równie¿ stawi³o siê trzech, jednak zamiast starego przyszed³ kto¶ inny. Przede wszystkim ró¿ni³o go to, ¿e nie pi³ tyle co tamten. Pi³ mniej. Poza tym by³ silniejszy i nieco sprawniejszy od dziadka. A nade wszystko by³ nieznany. Nie by³ cz³owiekiem st±d, przyszed³ tylko trochê zarobiæ. Dlatego tego dnia nie by³o niemal ¿adnych rozmów podczas pracy. Nikt nie chcia³ nara¿aæ siê na zmêczenie przez bzdurne gadanie, praca by³a dostatecznie ciê¿ka. Dodatkowo nikt nie wiedzia³ prawie nic o pozosta³ych i nie chcia³ tego zmieniaæ. Jako¶ ¿aden z nich nie mia³ ochoty dzieliæ siê z pozosta³ymi swoimi przemy¶leniami. Dzieñ up³yn±³ do¶æ wolno i pod koniec wszyscy byli zmêczeni. Nawet Eryk, który tego dnia pracowa³ z innymi, a ko³o po³udnia przyniós³ ceber zimnej wody. Pracuj±c stale obserwowa³ ch³opaka, lecz równie¿ pozosta³ych. Przestêpca zdawa³ siê mêczyæ szybciej ni¿ pozostali, ukradkiem te¿ poci±ga³ z p³askiego g±siorka skrywanego za pasem wytartych portek.
Trzeci dzieñ równie¿ zapowiada³ siê podobnie. By³o skwarno, duszno a powietrze nie dawa³o och³ody nawet w cieniu, jakiego pró¿no wypatrywaæ na ³±ce. Tego dnia do pracy nie przyszed³ nikt, z wyj±tkiem Siegmunda i zabójcy, Eryk pracowa³ z nimi, tak samo jak dnia poprzedniego. Poza skwarem powietrze nosi³o co¶ jeszcze. Niewyczuwaln± nosem woñ czego¶, co mia³o siê dzi¶ zdarzyæ. Jednak nikt nie potrafi³ dok³adnie okre¶liæ co to by³o, dlatego wszyscy zignorowali to przeczucie, maj±c tylko oczy otwarte.
Ju¿ od rana by³o dostatecznie gor±co, ¿e nale¿a³o robiæ czêste przerwy. Jak zwykle, d³u¿sza zaplanowana by³a na po³udnie, wówczas mo¿na by³o siê posiliæ, napiæ siê czego¶ albo zdrzemn±æ godzinê, póki s³oñce nie przekroczy centralnego punktu na niebiosach.
Nasta³a ta godzina, po³udnie, i wszyscy zeszli na miedzê, by w cieniu ³anów jeszcze nie wyciêtego zbo¿a odpocz±æ trochê i posiliæ siê. Eryk poszed³ po ceber, zupe³nie jak wczoraj. Siegmund u³o¿y³ siê na zbo¿u i obserwowa³ otoczenie, a powieki same mu siê klei³y. S³omka, jak± gryz³ od kilku minut, wysunê³a siê i ju¿ mia³ zasn±æ, gdy wyda³o mu siê, ¿e us³ysza³ szelest. Szybko otworzy³ oczy. To co ujrza³, zje¿y³o mu w³osy na g³owie i wyrwa³o resztki odwagi. Le¿a³ tam, niezdolny do wydania g³osu, zwyczajnie le¿a³ i patrzy³ na to, co by³o ju¿ nieuniknione.
Zabójca le¿a³ niedaleko niego, w drugiej niszy w zbo¿u. Zmo¿ony upa³em zdrzemn±³ siê. I w tym czasie co¶ siê zmieni³o. Kiedy Siegmund tam spojrza³, nie widzia³ dok³adnie przez z³ote k³osy i ³odygi, jednak jego umys³ dopowiedzia³ mu resztê. Na piersi mê¿czyzny siedzia³a istota o bladym ciele, z widocznymi pod skór± ¿ebrami i krêgami, chuda jak sama ¶mieræ, nosz±ca na plecach wielk± kosê jak ta u¿ywana do prac polowych. Istota na g³owie mia³a czarny kapelusz z piórem, który zsun±³ siê nieco na twarz, gdy siedzia³a na piersi cz³owieka i dusi³a go. Zabójca nawet nie zdo³a³ krzykn±æ. Na piersi mia³ ciê¿ar, na gardle ko¶cist± rêkê, na ustach drug±, zakrywaj±c± równie¿ nos. Z przera¿eniem spojrza³ w oczy po³udnicy. W oczy zabitego brata.
Dentes 2.0 Template © 2004-2010 Marcin 'Mmorcin' Szymkowiak.
Hosting by courtesy of Webdevelopment London venture - derosso.net
The Bridge Inn and and Ravians Tower by Rico Holmes, High Priestess by kind permission of Phaere.