CZ I
Mistrz
Po pustych ulicach miasta otaczaj±cego zamek hula³ ch³odny wczesnowiosenny wiatr. Wje¿d¿aj±c± przez bramê karetê przywita³y zamkniête okiennice i nienaturalny spokój. Prymitywne domy mieszczan i te bogatsze - kupieckie w ciszy przycupniête na co¶ czeka³y. Pasa¿er zaprzêgu ods³oni³ czarn± zas³onê oddzielaj±c± go od miejskiej rzeczywisto¶ci. Spojrza³ na bezchmurne niebo. Czê¶æ s³oñca przys³oniêta by³a przez ciemny okr±g³y kszta³t. Ciê¿ko opad³ na siedzenie. Zamkn±³ powieki i z zrezygnowaniem opu¶ci³ g³owê. Pojazd szybko zbli¿a³ siê do zamkowej bramy. Na placu obok ponurej szubienicy zebra³ siê ju¿ równie ponury t³um wpatruj±cy siê z przejêciem w niebo. Przewodzi³ nim dziwny karze³ w szpiczastej czapie mamrocz±cy zupe³nie niezrozumia³e dla zdrowego przy zmys³ach cz³owieka.
- Jeste¶my zgubieni! - krzykn±³ kto¶ z t³umu. - Bóg odwróci³ od nas twarz.
- Biada!
- Ju¿ po nas.
Kareta zatrzyma³a siê przed t³umem, który nic sobie nie robi³ z pojazdu. Ze ¶rodka wyszed³ wysoki m³ody mê¿czyzna. Podbieg³ do niego jeden ze stra¿ników.
- Mistrzu! - zawo³a³. - Król ciê wzywa.
- Ju¿ idê. - odrzek³ m³ody mê¿czyzna. - Prowad¼.
Stra¿nik zacz±³ przedzieraæ siê przez t³um, toruj±c drogê przyjezdnemu. Po serii przekleñstw, kilku silnych ciosów wymierzonych w co oporniejszego gapia mê¿czy¼ni dotarli do niewielkiej furtki w murze.
- Têdy bêdzie szybciej.
Szli przez jaki¶ czas w ciszy, wrzawa na zewn±trz stawa³a siê coraz odleglejsza.
- Mistrzu, niech mi pan powie co siê sta³o ze s³oñcem? - spyta³ siê stra¿nik z ukryt± obaw± w g³osie.
- Nie msza siê czego obawiaæ dobry cz³owieku - to ca³kowicie normalna rzecz - ot jak czasami wczesna wiosna, albo to ¿e ksiê¿yc zmienia swój kszta³t.
Stra¿nik odwróci³ siê na moment w stronê m³odzieñca popatrzy³ n niego podejrzliwie.
- Ale czy to koniec ¶wiata?
Mistrz cicho westchn±³.
- Je¶li nadal na ¶wiecie bêdzie taka ciemnota to pewnie ju¿ nied³ugo - mrukn±³ do siebie i doda³ g³o¶niej. - Na pewno kiedy¶ bêdzie ale jeszcze nie dzi¶.
W wielkiej sali tronowej, na podniesieniu sta³ tron, na którym siedzia³ s³usznych rozmiarów król. Wnêtrze roz¶wietlone by³o niezwykle du¿± ilo¶ci± pochodni, lichtarzy, ¶wieczników i czymkolwiek co zdo³ano przynie¶æ na prêdce. Na pod³odze na której roz¶cielane by³y przeró¿ne wytworne dywany wala³y siê puste butelki i dzbany nadaj±c wnêtrzu nieprzyjemny kwa¶ny zapach. W³adca otoczony by³ t³umkiem s³ug, doradców, pochlebców i innych niezbêdnych monarsze ludzi. Wszyscy wydawali siê byæ czym¶ podekscytowani - no mo¿e z wyj±tkiem b³azna, któremu niezwyk³e wydarzenie odebra³o kawa³ek ciê¿kiego chleba. Król na widok Mistrza zarwa³ siê z tronu i szybkim krokiem podszed³ do niego, a w ¶lad za w³adc± pod±¿y³a ca³a ¶wita. Przybycie Mistrza zainteresowa³o nawet trefnisia, który zerwa³ siê ze swojego miejsca obok tronu.
- Mów Mistrzu czy to nasz koniec. - spyta³ król nie owijaj±c w bawe³nê.
- Mów Mistrzu czy to mój koniec - powtórzy³ b³azen, który zatrzyma³ siê w bezpiecznej odleg³o¶ci od króla.
- Nie panie - odpowiedzia³ Mistrz spokojnym g³osem
- To, dlaczego Bóg znika. - na monarszej twarzy wyra¼nie malowa³o siê przera¿enie
- To, dlaczego bób znika - zaj±kn±³ siê b³azen
- To jeszcze nie czas Apokalipsy, Bóg udaje siê na spoczynek i wróci z godzinê.
- Za gadzinê, za gadzinê - zacz±³ powtarzaæ w kó³ko b³azen
- A pójdziesz ty mi st±d kundlu, bo ciê ka¿ê o g³owê skróciæ. - krzykn±³ zdenerwowany król maj±cy za nic trefnisi immunitet.
- Aj, aj, o g³owê, za g³owê siê z³apiê i czmychnê st±d bracie - odpowiedzia³ trefni¶, po czym zrobi³ salto w ty³ i znikn±³ gdzie w k±cie sali.
- Jeste¶ pewny Mistrzu - powiedzia³ sceptycznie król. - Nasz Wielki Kap³an powiedzia³, ¿e to koniec ¶wiata.
- Tak panie, ale uk³ad gwiazd potwierdza moj± teoriê, dzisiaj u³o¿y³em horoskop dla królewskiej mo¶ci, w którym wyra¼nie by³o powiedziane, ¿e koniec nast±pi dopiero wtedy, gdy Król powije syna -przez twarz m³odego mê¿czyzny przemkn±³ ledwie dostrzegalny cieñ.
- Zdj±³e¶ mi kamieñ z serca Mistrzu - odrzek³ z nieukrywan± rado¶ci± król. - Ka¿ê ciê oz³ociæ, mów, czego pragniesz, a wszystko jest Twoje, no mo¿e z wyj±tkiem mej korony.
- Ale¿ królu, królewska wdziêczno¶æ to wszystko czegó¿ móg³bym pragn±æ, dziêkujê Waszej królewskiej mo¶ci.
- Twoje zas³ugi dla korony nigdy nie bêd± zapomniane, Mistrzu.
Mistrz wyszed³ na dziedziniec. S³oñce ju¿ do po³owy skry³o siê za ksiê¿ycem. W¶ród przera¿onych ludzi kr±¿yli niczym kruki odziani w czarne szaty mê¿czy¼ni.
- Oddajcie swoje dobra - krzycza³ jeden z nich. - A wszystkie wasze grzechy bêd± wam odpuszczone! Na Boga, Zbawcie swe dusze!
M³ody mê¿czyzna z zaci¶niêtymi zêbami szed³ w stronê karety. Jeden z kap³anów podszed³ do niego.
- Panie nadszed³ koniec ¶wiata - zbaw sw± duszê.
- Odejd¼ padlino¿erco - warkn±³. - Oboje wiemy ¿e to bzdury.
Mê¿czyzna speszony szybko siê od niego odsun±³. Mistrz wsiad³ do karety.
- Szybko - odwie¼ mnie z powrotem - powiedzia³ do wo¼nicy.
Pojazd pomkn±³ przez szare miejskie ulice.
Wiosna na dobre rozgo¶ci³a siê na ¶wiecie. Las przybra³ szaty w przeró¿nych odcieniach zieleni nakrapianej intensywnym fioletem dzwonków. Na jednej z polan sta³a samotna kamienna wie¿a otoczona wonnym kwieciem. Przed jej ciê¿kimi drewnianymi drzwiami sta³a m³oda speszona osóbka. D³ugie jasne w³osy mieni³y siê w promieniach wiosennego s³oñca. Dziewczyna ubrana by³a w bia³±, prost± sukienkê. W rêce trzyma³a wianek zrobiony z polnych kwiatów. Sta³a nieruchomo wpatruj±c siê w mosiê¿n± ko³atkê. W Wierzy rozleg³o siê ciche stukanie.
- Proszê - powiedzia³ Mistrz.
W pomieszczeniu panowa³o niesamowita atmosfera, wywo³ana wszêdobylskim kurzem oraz ogromnymi rega³ami wype³nionymi po brzegi wiekowymi woluminami wszelkich rozmiarów i koloru. Ca³o¶ci dope³nia³a ogromna ksiêga le¿±ca na równie okaza³ym drewnianym pode¶cie. To naprzeciwko niej siedzia³ lekko przygarbiony Mistrz, zapamiêtale co¶ w niej pisz±c. Wygl±da³ na starszego ni¿ by³ w rzeczywisto¶ci, mia³ dopiero trzydzie¶ci lat, a ju¿ jego w³osy przyprószone by³y pierwszymi oznakami siwizny.
- Tak, sinus k±ta padania, nie, nie to cosinus, muszê to sprawdziæ z dzie³em Ernesta z Tulna - mrucza³ do siebie mê¿czyzna.
- Witaj Mistrzu - powiedzia³a cicho kobieta.
Mê¿czyzna zaskoczony oderwa³ wzrok od ksi±¿ki i wpatrywa³ siê w jasn± postaæ stoj±c± na progu. Mru¿y³ zaczerwienione oczy przyzwyczajaj±c je do dziennego ¶wiat³a.
- Ach, to ty Anno, witaj.
- Chcia³am siê spytaæ czy nie wyszed³by¶ ze mn± na podwórze. - powiedzia³a szybko speszonym g³osem.
- Nie, jestem teraz bardzo zajêty - odrzek³ sucho mê¿czyzna.
- Ale jest wiosna, jest tak ciep³o, a ty siedzisz ca³y czas w wie¿y - niemal¿e wykrzyknê³a, po czym po¶piesznie doda³a. - To znaczy ty panie.
- To tylko pora roku, jedna z wielu.
- Ale ptaki tak piêknie rozmawiaj± miêdzy sob±.
- Ale¿ Anno, one nie rozmawiaj±, to tylko kilka d¼wiêków, nie maj±cych nic wspólnego z rozmow±.
- Nie rozumiem, co mówisz, przecie¿ jest tak piêknie, czy ty tego nie widzisz.
Mistrz nic nie dopowiedzia³, spu¶ci³ wzrok udaj±c nag³e zainteresowanie ksiêg±. Anna wpatrywa³a siê w niego. Jej serce zaczê³o biæ mocniej pora¿one naprzemiennymi falami gor±ca i przera¼liwego ch³odu.
- Ja chcia³am byæ z Tob± - powiedzia³a cicho Anna.
- Nie mogê z Tob± wyj¶æ na zewn±trz - powiedzia³ z wolna Mistrz. - Mam wa¿n± pracê.
- Kocham ciê, czy to siê nie liczy - jej g³os za³ama³ siê nagle.
Mê¿czyzna znieruchomia³. "Dlaczego ta kobieta mówi, ¿e mnie kocha, przecie¿ nigdy nie okazywa³em jej ¿adnych uczuæ, nigdy nawet nie my¶la³em o niej jak o kim¶ bliskim" - pomy¶la³ Mistrz - "Nie mogê byæ z drugim cz³owiekiem - to moja cena któr± muszê ponosiæ codziennie, to cena wiedzy". Mistrz milcza³.
Anna wybieg³a na zewn±trz. Mê¿czyzna wpatrywa³ siê w ksiêgê.
Ma³a dziewczynka sta³a oparta o pieñ starego dêbu wpatruj±c siê swoimi jasnymi oczkami w star± kamienn± wie¿e mimo ch³odnego jesiennego wiatru sta³a cierpliwie. Jej ciep³y p³aszczyk nasi±k³ wieczorn± mg³±. Drewniane drzwi otworzy³y siê z wewn±trz wybieg³ ch³opiec. Rozejrza³ siê dooko³a - po czym podbieg³ do drzewa.
- Jeste¶ ca³a mokra! - krzykn±³. - Nie musia³a¶ na mnie czekaæ.
- Ale chcia³am - odpowiedzia³a dziewczynka zmarzniêtym g³osem.
- Poczekaj jeszcze chwile.
Ch³opiec biegiem rzuci³ siê w stronê wierzy - podbieg³ do niewielkiej przybudówki i po chwili bieg³ z powrotem z kilkoma kawa³kami por±banego drewna. Szybko rozstawi³ je na ziemi, wyj±³ krzesiwo. Pod starym dêbem weso³o p³onê³o jasne ognisko roz¶wietlaj±ce szarówkê. Ch³opiec usiad³ ko³o zmarzniêtej dziewczynki. Siedzieli w ciszy wpatruj±c siê w p³omienie.
- Stary mistrz ju¿ zasn±³ - powiedzia³ ch³opiec.
- Acha.
- Nie chcia³em wcze¶niej wychodziæ - on jest bardzo samotny, a tyle mu zawdziêczam.
- A co bêdzie jak umrze.
- Wtedy zajmê jego miejsce.
Dziewczynka skuli³a nogi opieraj±c bródkê na kolanach. W dzieciêcym zamy¶leniu wpatrywa³a siê przed siebie.
- Te¿ bêdziesz sam? - spyta³a po chwili.
- Mmmhyy - potwierdzi³ ch³opiec.
- Nie zgadzam siê na to - powiedzia³a dzielnie dziewczynka. - Jeste¶ moim najlepszym przyjacielem.
Zaskoczony ch³opiec spojrza³ w jej stronê, jej oczy ma³ej istotki p³onê³y jasnym b³êkitne ogniki.
- Dziêkujê ci Aniu.
Obj±³ j± niezgrabnie ramieniem, przytuli³ do siebie.
- No a teraz ju¿ zmykaj do domu bo rodzice bêd± siê niepokoiæ - a o mnie siê nie martw jako¶ dam sobie radê.
Dzieci po¿egna³y siê, ch³opiec w¶lizn±³ siê cicho do starej wierzy. Ania sta³a chwilê wpatrzona w posêpn± kamienn± wie¿ê. Z zaci¶niêtymi piê¶ciami wyszepta³a cicho.
- Nie pozwolê na to, mój ... - zapomniane imiê którego tak naprawdê nigdy nie by³o, porwa³ ch³odny jesienny wiatr unosz±c je ponad wierzcho³kami zielonych drzew.
Na zewn±trz panowa³a ju¿ noc. Mistrz le¿a³ na ³ó¿ku i wpatrywa³ siê w sufit. Tysi±ce my¶li, uczuæ targa³o sercem mê¿czyzny. By³ tym faktem niezwykle zdziwiony - ju¿ dawno nie pozwala³ sobie na emocje, odrzuciwszy je jako zbyt ma³o warto¶ciowe - niemo¿no¶æ poprawnego ich opisania czy zdefiniowania zawsze go dra¿ni³a. A teraz, czó³ ¿e jego serce bije mocniej niczym s³owik uwiêziony w klatce próbuje siê wyrwaæ z side³ rozumu.
- Mistrzu, Mistrzu - rozleg³o siê wo³anie z podwórza.
Mê¿czyzna z wolna podszed³ do drzwi i otworzy³ je. Zobaczy³ w s³abej po¶wiacie wydobywaj±cej siê z domu, m³odego ch³opca.
- Janek, dlaczego tak krzyczysz.
- Mistrzu tragedia, jaka¶ m³oda dziewczyna...
Gdy mê¿czyzna wyszed³ z wie¿y zobaczy³ po¶wiatê w lesie. Szli obaj w¶ród czarnych konarów otaczaj±cych ich drzew. Gdy weszli na niewielk± polanê, zobaczyli t³um ludzi z pochodniami, otaczaj±cych roz³o¿ysty d±b.
- Zróbcie przej¶cie, Mistrz przyszed³ - powiedzia³ kto¶ z t³umu.
- Tak to m±dry cz³owiek, on nam pomo¿e - odpowiedzia³ inny.
Pod drzewem le¿a³a Anna. Wydawa³o siê, ¿e pogr±¿ona jest w spokojnym ¶nie, rêce mia³a u³o¿one wzd³u¿ cia³a. Mistrz stan±³ nieruchomo, zobaczy³ le¿±cy obok dziewczyny nó¿ i naciêcia na jej nadgarstkach. Nagle mê¿czyzna przypomnia³ sobie widok jasnych, niebieskich p³omieni ma³ej dziewczynki.
- Nie ¿yje - powiedzia³ oschle Mistrz. - Mo¿ecie j± pochowaæ.
Mê¿czyzna szybko odwróci³ siê od martwej dziewczyny, i odszed³ w ciemno¶æ. Rzuci³ siê w ¶lep± gonitwê w¶ród drzew. Niemal¿e na o¶lep ch³ostany ga³êziami bieg³ przed siebie ¶cigany oskar¿ycielskim wzrokiem m³odych jasnych oczu. Tej nocy jego dusza wyp³aka³a wszystkie swoje ³zy.
O ile mo¿e zmieniæ siê ¶wiat w ci±gu dwudziestu lat? Przeminie kilkadziesi±t pokoleñ ró¿nobarwnych motyli, drzewo uro¶nie o kilka centymetrów, kamieñ nie zmieni siê wcale. A cz³owiek - cia³o mo¿e zmieniæ siê nie do poznania, ale czy równie¿ dusza i jego marzenia? Mistrz trwa³ - tak to najlepsze s³owo okre¶laj±ce jego przemianê - z trzydziestoletniego mê¿czyzny zamieni³ siê w przygarbionego starca. Jego oczy przybra³y barwê porannej mg³y, rêce pokry³a pajêczyna zmarszczek, w³osy zmieni³y siê w ¶nie¿nobia³± czuprynê. Lecz ta jedyna iskra w nim samym tli³a siê nadal mocno, nadaj±c jego ¿yciu cel. Mistrz siedzia³ przed ciê¿kim woluminem, studiuj±c ka¿de jego s³owo - które przeczytane by³o sto razy. Nie liczy³ siê dla niego wynik, który sta³ siê sztuk± dla sztuki. Mistrz zapomnia³ o ludziach, stali siê oni jedynie liczbami w jego ksiêgach. Liczy³a siê tylko praca. Dziêki której móg³ zapomnieæ o Niej. I prawie mu siê to udawa³o.
Mieszka³ z nim jego s³uga, który zosta³ z Mistrzem nie dla pieniêdzy, a dlatego ¿e by³o mu go szkoda. Jan, bo tak mia³ na imiê widzia³ wyraz oczu Mistrza, gdy ten zobaczy³ martw± Annê, i ujrza³ w nich ogromny ¿al. Wielokrotnie powtarza³ ludziom "Mój pan nie jest z³y, ale nie ma ju¿ nikogo bliskiego, nie mogê go zostawiæ samego... Panie daj mu szczê¶cie".
- Mistrzu, przepraszam, ¿e ci przeszkadzam - powiedzia³ mê¿czyzna, stoj±cy ju¿ od jakiego¶ czasu w drzwiach.
- Nie Janie, nie przeszkadzasz mi - odpowiedzia³ ochryp³ym g³osem starzec. - Przyszed³e¶ po pieni±dze, czy¿ nie tak?
- Tak panie, pora uzupe³niæ zapasy, spi¿arnia ¶wieci pustkami.
- Dobrze, we¼ te trzy z³ote dukaty.
- Panie przyda³oby siê kupiæ oliwy i naoliwiæ star± furtkê, tê od wielkiego dêbu, gdzie pochowana jest ta dziewczyna - Jan zaj±kn±³ siê przy ostatnim wyrazie.
Twarz Mistrza poblad³a.
- Przepraszam Mistrzu.
- Nic siê nie sta³o, to stare dzieje.
- Ile to teraz kosztuje oliwa?
- Trzy sztuki srebra Mistrzu.
- Taak - powiedzia³ Mistrz i podszed³ do kufra stoj±cego obok ³ó¿ka. Wyj±³ z niego niewielk± sakiewkê i wysypa³ jej zawarto¶æ na swoj± d³oñ. - Koñcz± nam siê pieni±dze - powiedzia³ do siebie Mistrz.
- Oto trzy srebrniki.
- Przepraszam, za moj± ¶mia³o¶æ, ale co Mistrz studiuje.
- Nic siê nie sta³o, próbuje zmierzyæ odleg³o¶æ miêdzy nami a Bogiem.
-Ale jak¿e to?
- Normalnie, przecie¿ wszystko da siê zmierzyæ
- Panie ale¿ to... ¶wiêtokradztwo - powiedzia³ z za¿enowaniem Jan
- G³upstwa gadasz, je¶li chcesz mo¿esz zobaczyæ, ¿e nic tu niema oprócz liczb.
- Nie mi prostemu cz³owiekowi o tym s±dziæ, przepraszam panie ¿em ci przeszkodzi³.
- Tak, tak no id¼ ju¿.
Zbli¿a³ siê ju¿ wieczór, na dworze si±pi³ deszcz, który nadawa³ ca³emu lasowi pastelowych barw. Jedynie z okna wie¿y wydobywa³ siê delikatny blask lampy. Niewielkie rude zwierz±tko znêcone zapowiedzi± ciep³a skoczy³o na parapet. Jakie¿ by³o jego rozczarowanie, gdy natkn±³ siê na niewidzialn± przeszkodê. Wiewiórka ciekawie spojrza³a przez okno. W pokoju, nad jedn± ze swych ksi±g, siedzia³ przygarbiony cz³owiek. "To zwierze musi byæ szczê¶liwe"- pomy¶la³a wiewiórka- "¯yje w cieple, nie moknie na deszczu, ach, dlaczego urodzi³em siê wiewiórk±" Mistrz uniós³ wzrok znad ksi±¿ki i spojrza³ zdumiony na ma³e zwierz±tko za szyb±. "Kogo my tu mamy?" - zdziwi³ siê cz³owiek - "Tak, taka wiewiórka musi byæ szczê¶liwa. Umys³ ma nieska¿ony ¿adn± my¶l±, kieruje siê jedynie instynktem, pozbawionym zgubnej moralno¶ci". Mê¿czyzna i zwierze wpatrywali siê z zainteresowaniem w siebie. W kierunku wie¿y jecha³ niewielki powóz. "Za du¿o tu tych dziwnych zwierz±t" - pomy¶la³a wiewiórka - "Zmykam st±d". Zwierzê zwinnie zeskoczy³o z parapetu i uciek³o w kierunku wielkiego dêbu. Mistrz us³ysza³ r¿enie koni "Któ¿ to mo¿e byæ?" - pomy¶la³ i podszed³ do okna. Przed jego wie¿± sta³ powóz, z którego wyszed³ odziany w czarne szaty mê¿czyzna. Nieznajomy szybkim krokiem podszed³ do drzwi. Rozleg³o siê g³o¶ne stukanie.
- Proszê - zawo³a³ Mistrz
- Niech Bêdzie pochwalony - powiedzia³ mê¿czyzna, zdejmuj±c swój p³aszcz.
- Witaj.
- Tak, widzê, ¿e niewielk± wagê przywi±zujesz do mojej osoby Mistrzu - powiedzia³ nieznajomy, mocniej akcentuj±c ostatnie s³owo.
- Co boskie Bogu, co cesarskie Cesarzowi - sk³oni³ siê lekko starzec.
- Mo¿e i masz racjê - powiedzia³ z wolna kap³an. - Ale ja w innej sprawie.
- Czemu zaszczycasz miê swoj± obecno¶ci± Panie?
- Ludzie na wsi powiadaj±, ¿e prowadzisz tu jakie¶ badania.
- Tak, to prawda.
- A mo¿na siê spytaæ..., jakie?
- Mierzê ró¿ne odleg³o¶ci.
- A do Boga równie¿.
- Nie nigdy takiej odleg³o¶ci nie mierzy³em...
- Hmm, ciekawe, bo widzisz Panie, s³ysza³em w mie¶cie, ¿e zajmujesz siê pomiarem odleg³o¶ci do s³oñca?
- Tak, taka jest istota moich badañ.
- Ale¿, s³oñce to Bóg o¶wietlaj±cy nam drogê, a ka¿dy, kto uwa¿a inaczej jest heretykiem! - na twarzy kap³ana pojawi³y siê czerwone plamy. - Czy¿by¶ próbowa³ mnie nawróciæ na dobr± drogê, dbasz o swoje stadko "ojcze"?
- Opamiêtaj siê panie, to podszepty szatana.
- Dlaczego? - zapyta³ spokojnie mistrz.
- Bo czynisz z³o!
- To wy, kap³ani, czynicie z³o prostym ludziom utrzymuj±c ich w niewiedzy.
- Utrzymuj±c ich w niewiedzy?! O jak± wiedzê ci chodzi, przecie¿ Bóg jest nieskoñczony, nie mo¿na go zmierzyæ, zwa¿yæ, ani nic z tych rzeczy! Je¶li nie zaprzestaniesz swych haniebnych czynów, znajdziesz siê w piekle!
- Nie przekonasz mnie strasz±c jakim¶ wyimaginowanym miejscem. Cz³owiek po ¶mierci jest martwy i nic tego nie zmieni.
- Jak... Co?! - Twarz kap³ana nabra³a czerwonego odcienia. - Ja ciê tylko ostrzega³em staruchu! Tylko, dlatego, ¿e jeste¶ doradc± króla, jeszcze nie sp³on±³e¶ na stosie. Ale jak król umrze, to sam pod³o¿ê ogieñ.
Kap³an wyszed³ szybkim krokiem, trzaskaj±c drzwiami.
Nasta³a zima. Delikatne p³atki ¶niegu spada³y bezw³adnie na ziemiê. Ca³y las przykryty by³ puchow± ko³dr±. Wie¿a przypomina³a bardziej sopel lodu, ni¿ twór cz³owieka. Na dworze zapad³ mrok. Blady ksiê¿yc odbija³ swój blask od srebrzystego ¶niegu. Tego roku by³o naprawdê zimno, ludzie mówili, ¿e to sprawka szatana... wielu ludzi zamarz³o tej zimy
W pokoju na parterze ustawione by³o ³ó¿ko, w którym le¿a³ Mistrz, jego twarz przybra³a barwê bia³ego marmuru. W³a¶nie zapisywa³ co¶ w ksi±¿ce le¿±cej na jego kolanach.
- Janie, Janie przynie¶ mi odzienie - powiedzia³ z wyra¼nym trudem starzec. - Muszê dokoñczyæ obliczenia, jestem ju¿ tak blisko...
- Mistrzu nie wstawaj - Powiedzia³ krz±taj±cy siê po pokoju staruszek. - Zaraz zrobiê ci panie herbaty. Zaraz wrócê, tylko przyniosê drewna na opa³.
Jan wyszed³ z wie¿y. Na dworze szala³ wiatr. Mistrz us³ysza³ ciche pukanie do drzwi.
- Proszê wej¶æ - powiedzia³ cicho Mistrz.
W drzwiach stanê³a kobieca sylwetka, opatulona w bia³y ko¿uch.
- Anno, czy to ty - Starzec podpar³ siê na ³okciach. - To... to niemo¿liwe.
Do pomieszczenia wlecia³ ch³odny wiatr. Kobieta wesz³a do ¶rodka. By³a to niska brunetka, o kasztanowych oczach. Wygl±da³a jak idea³ kobiety, doskona³e kszta³ty, ruchy delikatne, twarz spokojna, majestatyczna.
- Nie, to nie Ty Anno - Mistrz opad³ ciê¿ko na pos³anie, przez moment ciê¿ko ³apa³ powietrze. - Przepraszam ciê pani, wybacz staremu durniowi.
- Przeprosiny przyjête Mistrzu - powiedzia³a niezwykle melodyjnym g³osem Kobieta.
Starcowi Ten g³os co¶ przypomina³, jaki¶ dawno us³yszany d¼wiêk.
- Usi±d¼ proszê pani - powiedzia³ wskazuj±c rêk± krzes³o przy ³ó¿ku.
- Dziêkujê.
- Czemu zawdziêczam pani obecno¶æ?
- Odwiedzam wszystkich ciê¿ko chorych ludzi.
- Aha, czyli jestem ciê¿ko chory?
- Niestety tak, mam do ciebie jedno pytanie.
- Tak, jakie?
- Czy jeste¶ Mistrzu zadowolony ze swego ¿ycia, czy czego¶ ¿a³ujesz?
Starzec wpatrywa³ siê przez chwilê w kobietê. "Ju¿ j± kiedy¶ widzia³em" - pomy¶la³. Zamkn±³ oczy, by zebraæ my¶li.
- Chyba niczego... - Powiedzia³ dr¿±cym g³osem. - Chocia¿ nie skoñczy³em pewnych badañ.
- Jakich Badañ Mistrzu? - Kobieta intensywnie wpatrywa³a siê w przykryte bielmem oczy starca.
- No có¿ nie wygl±dasz mi pani na inkwizytora - próbowa³ za¿artowaæ starzec. - Próbuje zmierzyæ odleg³o¶æ do Boga, Jestem ju¿ tak blisko...
Nag³y atak kaszlu przerwa³ wypowied¼ starcowi.
- Cha, cha Mistrzu ale¿ ja znam odpowied¼ na twój problem - za¶mia³a siê melodyjnie kobieta.
Oczy starca wpatrywa³y siê przez moment w kobietê.
- To, to niemo¿liwe - zaj±kn±³ siê.
- Ale to prawda, prawda, któr± zna ka¿dy cz³owiek, od dziecka do starca, od biedaka po króla.
- A wiêc powiedz, powiedz mi ile kilometrów.
- Naiwny cz³owieku, czy s±dzisz, ¿e tak± odleg³o¶æ da siê zmierzyæ w waszych kilometrach - powiedzia³a spokojnie kobieta.
- Kim ty jeste¶? - powiedzia³ z nutk± niepokoju w g³osie starzec.
- Jeszcze siê nie domy¶li³e¶.
Dopiero teraz starzec przypomnia³ sobie sk±d zna jej g³os - to odg³os dêbów w czarnej nocy. Dopiero teraz wie sk±d zna jej twarz - To ta spokojna maska Anny, gdy le¿a³a pod drzewem.
- Ty... ty, nie mo¿esz byæ Ni±, gdyby tak by³o, có¿ by znaczy³o, moje ¿ycie?
- Sta³oby siê bezcelowe, puste i ca³kowicie zak³amane - odpowiedzia³a kobieta.
- Czy to oznacza, ¿e te wszystkie ksi±¿ki k³ami±? - powiedzia³ Mistrz, pokazuj±c rêk± otaczaj±ce ich rega³y.
- Przecie¿ napisali je jedynie ludzie - powiedzia³a z u¶miechem kobieta. - Oni równie¿ poszukiwali prawdy. Powiedz mi Mistrzu, czy nigdy nie czu³e¶, ¿e czego¶ ci brakuje?
- Chyba zawsze to czu³em. A wiêc kap³ani maj± racje...
- Nie, ludzie wierz± w to, w co chc± wierzyæ, ka¿dy z nich ma racje, i jednocze¶nie wszyscy siê myl±.
- To dziwne.
- Tak, jeste¶cie bardzo dziwni.
Starzec wpatrywa³ siê w kobietê w milczeniu, jej br±zowe oczy przybra³y kolor bezmiernej pustki. Rozleg³o siê ciche skrzypniêcie drzwi.
- Przepraszam Mistrzu, ¿e musia³e¶ czekaæ - powiedzia³ wchodz±cy do pokoju Jan. - Ta przeklêta furtka Znowu siê zacina, trzeba bêdzie kupiæ znowu oliwy. Mistrzu strasznie poblad³e¶, co siê sta³o?
- Ta kobieta - powiedzia³ Starzec.
- Jaka kobieta panie? Tu nikogo nie ma - odpowiedzia³ Jan rozgl±daj±c siê dok³adnie po pomieszczeniu.
- On mnie nie widzi - odpowiedzia³a cicho kobieta. - Przyszed³em tu tylko po Ciebie. Powtórzê jeszcze raz moje pytanie: czy jeste¶ zadowolony ze swego ¿ycia, czy czego¶ ¿a³ujesz?
- By³a kiedy¶ kobieta... - Zacz±³ powoli starzec.
- O jakiej kobiecie mówisz panie - Powiedzia³ z niepokojem w g³osie Jan.
- Cicho Janie, cicho - odpowiedzia³ delikatnie Mistrz.
- Anna - stwierdzi³a kobieta.
- Tak, powiedz czy mi wybaczy³a?
- Ju¿ dawno temu, wiesz ona naprawdê ciê kocha³a.
- Ja j± te¿, chcia³bym jej to wtedy powiedzieæ.
- Wspó³czujê ci starcze. Dopiero teraz zakoñczy³e¶ swoje badania. ¯yæ nale¿y dobrze, im bardziej kochasz innych tym bli¿ej jeste¶ Boga i oto wynik... prawda, ¿e proste?
- Tak to bardzo proste - z tymi s³owami twarz starca poja¶nia³a, jego zmarszczki wyg³adzi³y siê.
- Janie - powiedzia³ cicho Mistrz.
- Tak mój panie?
- Nigdy ci nie podziêkowa³em za te wszystkie lata... lata, które spêdzi³e¶ ze mn±, nigdy nie mia³e¶ prawdziwej rodziny... wiesz kocha³em ciê jak syna.
- Mistrzu - powiedzia³ Jan, i podszed³ do ³ó¿ka. - I ja ciê kocha³em jak Ojca.
S³uga chwyci³ rêkê swojego pana, i zap³aka³.
- Czy ju¿ czas? - powiedzia³ Mistrz do ¶mierci.
- Tak ju¿ czas. ¦pij dobrze Mistrzu.
Kobieta nachyli³a siê nad czo³em starca i z³o¿y³a na nim poca³unek.
Pierwszy nie¶mia³y promieñ wiosennego s³oñca zajrza³ ciekawie do dziupli w starym dêbie, natrafiaj±c na g³ówkê malutkiej wiewiórki. Zwierz±tko przeci±gnê³o siê i spojrza³o z zadowoleniem na s³oñce. "Ach, wiosna, koniec spania leniuchu" - pomy¶la³a wiewiórka. Zbieg³a po konarze i zatrzyma³a siê przy jednej z ka³u¿. Wziê³a trochê wody w swoje ³apki i obla³a ni± swój pyszczek "¯ycie jest wspania³e!!!". Wiewiórka spojrza³a ze zdziwieniem w stronê wie¿y - wydawa³a siê jej strasznie pusta. Podbieg³a do budynku, i wskoczy³a na okno. Pomieszczenie o¶wietlone jedynie s³oñcem opanowane by³o przez ogromne pajêczyny. "Dziwne, gdzie podzia³a siê odwieczna istota... mo¿e odesz³a w inne strony" - pomy¶la³a wiewiórka - "Ciekawe czy tam jest szczê¶liwa?". Uwagê zwierz±tka przyku³y dwa pod³u¿ne wzniesienia obok jej dêbu "Hmm, jesieni± by³o tylko jedno"- zdumia³a siê wiewiórka - "¦wiat pe³en jest dziwnych rzeczy, ale co tam, jestem strasznie g³odny. Idê poszukaæ czego¶ do jedzenia"
autor:Danuel
(http://www.tawerrna.webpark.pl/)
Dentes 2.0 Template © 2004-2010 Marcin 'Mmorcin' Szymkowiak.
Hosting by courtesy of Webdevelopment London venture - derosso.net
The Bridge Inn and and Ravians Tower by Rico Holmes, High Priestess by kind permission of Phaere.