Carl post±pi³ jeszcze krok i stan±³ na szczycie niewysokiego wzgórza. Mimo jesiennej, s³otnej pogody mia³ na sobie byle jak± koszulê, na któr± wci±gn±³ lepsze ubranie, oraz zwyczajne m³ynarskie spodnie. By³ bez butów, poniewa¿ dzieñ wcze¶niej musia³ je zastawiæ ¿eby móc siê napiæ. Oprócz przyodziewy mia³ przy sobie gruby sznur.
Wzgórze by³o otoczone ³±kami, wszêdzie rozpo¶ciera³y siê pastwiska i mokrad³a. Wie¶ by³a daleko, o ca³± bodaj milê od tego miejsca. M³yn pozosta³ zamkniêty, tak jak go zostawi³, nie bêdzie ju¿ d³u¿ej problemem. Ta my¶l dawa³a mu pewien rodzaj spokoju, choæ inne my¶li, a by³o ich wiele, nie by³y ju¿ tak koj±ce. Na szczycie wzgórza sta³o drzewo nadaj±ce siê idealnie. Carl przystan±³ i otar³ zimny, lepki pot, jaki powoli s±czy³ siê na czo³o.
Nastêpnie skrêci³ sznur. Zajê³o to tylko moment. Przerzuci³ go przez such±, odstaj±c± ga³±¼, a pêtlê za³o¿y³ na szyjê. Wolny koniec solidnie obwin±³ wokó³ pnia, odpowiednio napinaj±c.
Nie musia³a. Larena nie musia³a odchodziæ z tym obdartusem. Nie musia³a mówiæ mu o tym. Nie musia³a siê przyznawaæ. Do niczego. Mówiæ mu w twarz, nie musia³a. Podobnie jak nazywaæ go tymi wszystkimi przezwiskami, na które nie zas³ugiwa³. Tego te¿ nie musia³a. Czy by³ dla niej niedobry? Nie, nigdy. Mimo tego, co robi³a, nigdy jej nie skrzywdzi³ ani nie powiedzia³ z³ego s³owa. Chocia¿ wiedzia³ od dawna. Bardzo dawna.
Nie, oni te¿ nie musieli. ¯o³nierze nie musieli wynosiæ m±ki, nie musieli te¿ wybato¿yæ go, gdy próbowa³ siê przeciwstawiaæ tak jawnej kradzie¿y. I nie musieli zabiæ kota. Nie musieli te¿ zwi±zaæ go i kazaæ patrzeæ. Na wszystko, co wyczyniali. Nie, ¿o³nierze równie¿ nie musieli.
So³tys? Tak, so³tys te¿ nie musia³. Oskar¿aæ go o dopuszczenie do nadu¿yæ, podczas gdy to wojsko nakaza³o mu tak postêpowaæ. Nie. So³tys nie musia³ wygnaæ go ze wsi i donie¶æ hrabiemu na niego. Zdecydowanie nie musia³.
Podobnie wie¶niacy. Oni tak¿e nie musieli grabiæ i pl±drowaæ wszystkiego, co pozosta³o. Dzika t³uszcza kradn±ca co siê da³o. Nie musieli zrywaæ zas³on, wynosiæ mebli, paliæ ksi±¿ek. Nie musieli wy³amaæ drzwi i okra¶æ schowka, nie musieli zabieraæ szabli i tr±bki, najwiêkszego skarbu. Nie. Oni wszyscy nie musieli.
Ale tak uczynili. A nastêpnie oskar¿yli ca³± rodzinê o kontakty ze z³ymi mocami, rozkopali grób córki, wywlekli zw³oki i poæwiartowawszy zakopali ponownie. Ograbiwszy dom spalili go na oczach wszystkich, lekcewa¿±c psa zamkniêtego wewn±trz. Gdyby nie robi³ nic, odszed³by wolno, lecz sprzeciwi³ siê woli t³umu. Zosta³ obity i wygnany. Ból fizyczny by³ nie do zniesienia, ka¿dy ruch powodowa³ cierpienie. Ale o wiele gorszy by³ inny ból, ten skryty, wewnêtrzny. Ten, który mówi³, ¿e ca³e ¿ycie ¶wiadczy³ dobre uczynki daremnie, ¿e pomaga³ innym bezpodstawnie, ¿e wszystko, co uczyni³, zosta³o zapomniane szybciej ni¿ kropla wody opada z dachu. Ma³o to ludzi nakarmi³ czy wspar³? Wtedy nikt nie narzeka³, przysiêgali mu dozgonn± wdziêczno¶æ i bogactwo. A nastêpnego dnia tacy ludzie gotowi byli wbiæ sztylet w gard³o, byle tylko nie rozpowiada³ pozosta³ym, w jakiej to oni byli potrzebie. Nie odmawia³ pomocy nikomu. A teraz to...
Lina napiê³a siê, w³ókna ch³on±c wilgoæ zaczê³y kurczyæ siê i trzeszczeæ. Na jej powierzchni osiada³y drobne krople mg³y i ulegaj±c kondensacji stacza³y siê po nierównej powierzchni sznura. Niektóre z nich osiada³y miêdzy w³oskami, lecz wiêkszo¶æ tworzy³a ma³e strumyczki zmierzaj±ce potoczkami wprost do obna¿onego gard³a.
"Nie musieli..."
Ga³±¼ zatrzeszcza³a, gdy próba sznura okaza³a siê udana. Niewielkie wg³êbienie kory stanowi³o doskona³e ³o¿ysko dla napieraj±cego postronka. Powy¿ej tego miejsca od suchej ga³êzi odbija³ ma³y odrost z dwoma zielonymi, ¶wie¿ymi listkami i p±czkiem, nios±cymi wra¿enie odnowy i ¶wie¿o¶ci. Pomiêdzy listkami osiad³a kropla wody odbijaj±c rozproszone ¶wiat³o jesiennego ¶witu.
"Za to wszystko..."
Pniak pod nogami by³ spróchnia³y i byle jaki. Zewsz±d spoziera³y zeñ oczy wyd³ubane przez wszêdobylskie korniki. Powierzchnia zewnêtrzna by³a g³adka, okorowana i obciosana siekier± po wielu latach u¿ytku jako pieniek do r±bania drew na opa³. Krople rosy wciska³y siê miêdzy naciêcia od siekiery i zlewa³y siê w jedno, sp³ywaj±c ra¼no na wilgotn±, poros³± bur± traw± glebê.
"Jak mogli..."
Wiatr wtargn±³ na szczyt wzgórza szeleszcz±c zwiêd³ymi li¶æmi drzewa. Niektóre z nich opad³y na ziemiê, lecz wiêkszo¶æ wisia³a nadal na drzewie. Potem wiatr wtargn±³ w czarn± czuprynê przyprószon± na skroniach siwizn± i zapêtli³ siê na moment, by wydobyæ siê z przeciwnej strony. Wiatr, mimo swojej dynamicznej mocy, przyniós³ spokój, wbrew oczekiwaniom.
"To ju¿ wszystko..."
Lina stêknê³a, gdy pniak stacza³ siê po stoku pagórka. Ga³±¼ ugiê³a siê, a cia³o zatañczy³o w kilku przed¶miertnych drgawkach, palce kurczowo wpi³y siê w wewnêtrzne p³ótno kieszeni, a zmia¿d¿one gard³o kaza³o krzyczeæ, lecz nie wydoby³ siê ¿aden d¼wiêk. Potem oczy zrobi³y siê wiêksze i szkliste, wpatruj±c siê w ³±ki i moczary, a przez w±ski przesmyk w krtani usz³o powietrze. Carl wisia³ na ga³êzi, i tylko wiatr by³ ¶wiadkiem.
- Dziesiêæ - rzuci³ Moren wyci±gaj±c przed siebie dziesiêæ twardych palców z odciskami od ciê¿kiej pracy. - Dziesiêæ, tyle nale¿y siê za przewóz - t³umaczy³ cudzoziemcowi, który ni w z±b nie rozumia³ co siê do niego mówi. Moren mia³ czterdzie¶ci dwa lata i ju¿ od piêtnastu p³ywa³ po rzece. Barka by³a niewielka, lecz starcza³a mu za ca³y ¶wiat. Musia³a starczaæ, poza ni± nie mia³ niczego. By³a ca³ym jego skarbem, dobytkiem i ostoj±. Poza tym dawa³a nie¼le zarobiæ i oferowa³a mo¿liwo¶æ przemieszczania siê w dowolne miejsce wzd³u¿ brzegów rzeki. I tak w³a¶nie ¿y³ Moren. By³ na pozór twardym typem, nawyk³ym do niewygody i znoju. Mia³ niewiele wzrostu, by³ krêpy, czarnow³osy i czarnooki, do¶æ silny i bardzo zrêczny. Zna³ rzekê na wylot, a wraz z ni± wszystko, co mo¿na znaæ na rzece. Nie by³ nowicjuszem, wiedzia³ rzeczy, o jakich inni s³yszeli tylko w opowie¶ciach i plotkach. Mia³ ju¿ swoje lata, a co siê z tym wi±¿e, równie¿ do¶wiadczenie. Goli³ siê rzadko, je¿eli w ogóle, nosi³ byle jakie ubranie, które mia³o mo¿e niegdy¶ jaki¶ ¶ci¶le okre¶lony kolor, a obecnie podobne by³o do szmat u¿ywanych do czyszczenia pok³adu. Ponadto nosi³ dwa pier¶cienie i jeden kolczyk, a silna budowa cia³a i mocne rysy twarzy kontrastowa³y z ³agodnymi ciekawskimi oczami i lekk± ³ysin± na czubku g³owy.
Obcy co¶ powiedzia³, wyci±gaj±c w jego kierunku siedem palców i wskazuj±c na swój niewielki, z³o¿ony tylko z jednego worka baga¿. Doda³ jeszcze co¶ w swoim jêzyku rozk³adaj±c rêce, po czym wyj±³ sakiewkê i poda³ Morenowi. Moren przyjrza³ siê wiotkiej sakiewce i odda³ j± obcemu, lecz tamten nie przyj±³ jej z powrotem. Zamiast tego zacz±³ co¶ gor±czkowo t³umaczyæ, a na koniec z³o¿y³ rêce jak do modlitwy.
Moren nie by³ g³upcem, wiedzia³ co tamten próbuje mu przekazaæ. Nie ¶mierdzi groszem, ale koniecznie chce siê przeprawiæ, eh, pe³no takich lekkoduchów bywa³o ostatnimi czasy w tych okolicach. Moren, choæ twardy i obyty, podj±³ decyzjê. W tym tygodniu mia³ nie ulegaæ nikomu, poniewa¿ musia³ wynaj±æ szkutnika do naprawy barki, a nie przelewa³o mu siê. Dlatego zdecydowanym ruchem odmówi³, cisn±³ sakiewkê w b³oto i ju¿ mia³ i¶æ w swoj± stronê, gdy obcy z³apa³ go za ramiê i obróci³ wpó³ kroku. Tego by³o ju¿ za wiele, ten m³odzik za du¿o sobie pozwala³. Ju¿ mia³ co¶ z tym zrobiæ, gdy spojrza³ w twarz tamtego. Nie by³o w niej lêku czy wrogo¶ci, by³a determinacja. Do tego ju¿ przesta³ mówiæ cokolwiek, dlatego flisak siê opanowa³. Zamiast tego cudzoziemiec poda³ mu szybko podniesion± sakiewkê, a wraz z ni± swój ca³y worek i ³adnie wykonany sztylet. Wyci±gn±³ to wszystko w obu rêkach, a Moren odruchowo odebrawszy przedmioty zda³ sobie sprawê z pope³nionego b³êdu. Nieznajomy przechytrzy³ go. Nie móg³ mu tak po prostu teraz odmówiæ. Lecz nie zamierza³ tak daæ siê podej¶æ.
Obcy sta³ i patrzy³ na niego wprost. Jego oczy mówi³y za ca³e zdania, poniós³ wielk± szkodê ofiarowuj±c to wszystko, ale w zamian oczekiwa³ zgody. Jedn± rêkê nadal trzyma³ na ramieniu flisaka, a widz±c wahanie, delikatnie zacisn±³ palce. Tego by³o ju¿ za du¿o. Moren musia³ co¶ zrobiæ. Przywyk³ do targowania i wiedzia³, ¿e nie mo¿e ju¿ odmówiæ. Pomy¶la³ chwilê, po czym do¶æ silnie wcisn±³ worek i sztylet cudzoziemcowi w gar¶æ, zatrzymuj±c sakiewkê. Nastêpnie obróci³ siê i bez s³owa wszed³ na pok³ad. Tam obejrza³ siê na przybysza stoj±cego na brzegu, po czym wskaza³ mu wiadro i bur± szmatê le¿±ce nieopodal. Skoro ten m³odzik chce p³yn±æ za pó³-darmo, niech zapracuje chocia¿ na siebie.
Ch³opak mia³ oko³o szesnastu lat, by³ chudy, ¶redniego wzrostu, nosi³ d³ugie jasne w³osy zaczesane z ty³u i przewi±zane opask± na czole. Ponadto mia³ niebieskie oczy i g³ówn± wadê, dla której Moren nie chcia³ go zabraæ. Wiêcej wyobra¼ni ni¿ zdrowego rozs±dku, a ponadto by³ cudzoziemcem, a z takim nie pogadasz p³yn±c bark± przez wiele dni. Wskoczy³ na pok³ad jakby siê na nim urodzi³ i jakby w³a¶nie by³ w domu. To da³o Morenowi do my¶lenia, ale nie mia³ czasu obserwowaæ pasa¿era ca³y czas, gdy¿ w³a¶nie odbijali.
Musia³ postawiæ wielki, kwadratowy ¿agiel i zaj±æ siê sterem, by wyj¶æ z portu pomiêdzy wbitymi w dno palikami nie naraziwszy przy tym szkuty na obra¿enia. Zaj±³ siê swoimi sprawami. Poza nim na pok³adzie by³o dwóch ¿o³nierzy i trzy kobiety z s±siedniej wioski wracaj±ce z targu. Mia³ te¿ ³adunek tkanin, które musia³ dostarczyæ do odleg³ej osady. No i oczywi¶cie mia³ czterech cz³onków za³ogi. To ich g³ównie trzeba by³o pilnowaæ. Byli to nowi ludzie zwerbowani ostatniego wieczoru w przybrze¿nej tawernie. Musia³ tak post±piæ, poniewa¿ poprzednia za³oga odesz³a do swoich zadañ, swoich rodzin i swoich spraw. Nowi ludzie okazali siê tacy sami jak wszyscy, pracowici, gdy na nich patrzeæ, ale leniwi, gdy nie mia³ kto ich obserwowaæ. Dlatego wydawa³ proste i jasne komendy nie pozostawiaj±ce w±tpliwo¶ci, zrozumia³e dla ka¿dego, kto choæ raz p³ywa³ po rzece. Wykonywali je, a jak¿e, z pewnym oci±ganiem, ale mo¿liwie sprawnie, na ile pozwala³y ciê¿kie od wieczornej wypitki g³owy. I Moren doskonale o tym wiedzia³, dlatego nie ¿±da³ od nich czego¶, czego sam nie by³by w stanie dzi¶ wykonaæ, równie¿ on spêdzi³ wczorajszego wieczoru w tawernie sporo czasu.
Zaraz gdy odbili od nabrze¿a, cudzoziemiec odnalaz³ go i podszed³ bli¿ej. Poczeka³, a¿ szyper bêdzie mia³ chwilê wolnego, po czym wyci±gn±³ w jego stronê sztylet i zestaw no¿y do rzucania, jaki posiada³. Z pocz±tku Moren nie wiedzia³ o co chodzi ch³opakowi, jednak szybko przypomnia³ sobie w czym rzecz. Na statkach morskich by³ zwyczaj, ¿e ka¿dy cz³onek za³ogi oddawa³ broñ kapitanowi na przechowanie do czasu, gdy by³a potrzebna. "Tu ciê mam bratku", my¶la³ szyper. "Musia³e¶ wcze¶niej p³ywaæ i to po morzu, to zobaczymy co jeszcze potrafisz". Zatrzyma³ ch³opaka silnym chwytem za ramiê, wzi±³ no¿e, dok³adnie je obejrza³, a nastêpnie odda³ za³ogantowi bez s³owa, kiwn±wszy tylko g³ow±. Nie musia³ tego robiæ, jednak na rzece nie by³o takiego zwyczaju, a on wola³, by za³oganci mieli broñ przy sobie. Czasem by³a potrzebna, a czasu bywa³o niewiele, dlatego lepiej by³o oddaæ broñ ch³opakowi. Tak te¿ post±pi³, a pó¼niej zdecydowanie odes³a³ za³oganta do wszystkich diab³ów, czyli do kontynuowania czyszczenia pok³adu. Jednak ch³opak sta³ tu nadal. Co¶ by³o nie tak. Kiedy spojrza³ na brunatne deski, zauwa¿y³, ¿e za³ogant wykona³ ju¿ zadanie, wiêc rozkaz by³ bez sensu. "A to¶ ty taki... to dostaniesz co¶ nowego, zobaczymy jak dasz radê", postanowi³, wydaj±c now± komendê, któr± ch³opak mia³ wykonaæ, choæ nie zna³ jêzyka. Jednak Moren celowo u¿ywa³ komend znanych powszechnie, a stosowanych na wielu statkach, znanych ka¿demu. M³odzik pobieg³ wykonaæ zadanie, a pozostali za³oganci tylko stali i obserwowali go z rosn±cym zaciekawieniem. Jeszcze go nie znali, ale ten m³okos pracowa³ szybciej ni¿ oni czterej razem wziêci. Pokiwali miêdzy sob± g³owami, wymienili uwagi wyra¿aj±c aprobatê, a nastêpnie wrócili do przydzielonych zadañ. Kapitan tylko zapar³ siê o rumpel i u¶miechaj±c siê pod w±sem odpali³ rze¼bion± fajkê na wygiêtym trzonku. W³a¶nie zyska³ nowego za³oganta, który, inaczej ni¿ pozostali, p³aci³ za przejazd jak pasa¿er.
Ju¿ tego samego dnia pod wieczór sta³o siê to, co staæ siê nie powinno. Jeden ze stra¿ników wpad³ do wody i znikn±³ w jej odmêtach. Wszyscy zastanawiali siê, jak to siê mog³o staæ. Jego kompan twierdzi³, ¿e dobrze p³ywa³, jeszcze w garnizonie chodzili razem nad rzekê i nie mia³ problemów z utrzymywaniem siê na wodzie, a nawet by³ w p³ywaniu cokolwiek lepszy ni¿ inni. Sprawy nie wyja¶nia³ te¿ ciê¿ar skórzanego pancerza ani metalowej broni, broñ le¿a³a na pok³adzie, a skórznia nie by³a a¿ tak ciê¿ka. Za³oganci przypuszczali, ¿e zasn±³ na stoj±co i wpad³ do wody, dlatego musia³ uton±æ. Inni mówili, ¿e co¶ s³yszeli, jakby chlapi±ce siê ryby albo co¶ innego. Lecz nikt nie wspomnia³ tego, na co nijak nie mo¿na by³o pozwoliæ logice. ¯e ¿o³nierz zwyczajnie zosta³ porwany.
Obcokrajowiec nachalnie stara³ siê co¶ opowiadaæ, co¶ t³umaczyæ, lecz z powodu niezrozumia³ego jêzyka nikt go nie s³ucha³. Dlatego zrezygnowa³ i dalej ju¿ milcza³. Pozostali próbowali bosakami grzebaæ w rzece, jakby chcieli j± zawróciæ, jednak wszystko co wy³awiali mie¶ci³o siê w kategorii ro¶linno¶ci wodnej, a jeden nawet z³owi³ nadgni³± wydrê. Trzy kobiety z kolejnej wioski zbi³y siê w gromadê pod nadbudówk± i domaga³y siê od szypra zapewnienia ochrony, za któr± przecie¿ p³ac±, nie omieszka³y te¿ zwymy¶laæ za³ogantów, którzy robi±c co mogli weszli im przez przypadek w drogê. Ka¿dy z nich stara³ siê co¶ zrobiæ, zaczê³o siê kontrolowane zamieszanie, którego koñca nie by³o widaæ.
Na dalsz± czê¶æ nocy, na wszelki wypadek, Moren kaza³ przycumowaæ barkê do g³azu po¶rodku nurtu. Mieli tu poczekaæ do rana i zobaczyæ, czy czasem gdzie¶ nie wyp³yn± zw³oki. Tak by³o najbezpieczniej. Nurt by³ wolny, rzeka w tym miejscu mulista i leniwa, wiêc cia³a nie powinno znie¶æ daleko. Je¶li chcieli znale¼æ jakiekolwiek ¶lady, powinni zaczekaæ na wiêcej ¶wiat³a, by móc siê rozejrzeæ po okolicy. Tak Moren postanowi³ i nakaza³ zaprzestaæ bezowocnych poszukiwañ, szkoda by³o na nie czasu.
Gdy kapitan przydzieli³ kobietom w³asn± kajutê, wielko¶ci dwóch na trzy kroki, pozosta³ sam bez os³ony na pok³adzie, zupe³nie jak pozostali. Rozsiad³ siê na krawêdzi burty i obserwowa³ wodê. My¶la³. Pozostali cz³onkowie za³ogi zrzucili ¿agiel i przewiesili go przez bom, tworz±c w ten sposób namiot do spania. Namiot mie¶ci³ z powodzeniem osiem osób, wiêc miejsca starczy³oby dla wszystkich nawet wtedy, gdyby szyper nie wyznaczy³ wacht. Gdy wszyscy przygotowywali siê do noclegu, Moren celowo wyj±³ jedn± monetê i po³o¿y³ j± na zewnêtrznej krawêdzi nadburcia, wpatruj±c siê w mroczn± wodê. Opary mg³y uniemo¿liwia³y dojrzenie czegokolwiek, lecz wcale nie spodziewa³ siê nic zobaczyæ. Chcia³ tylko co¶ sprawdziæ.
Mija³y d³ugie nocne godziny, podczas których tylko sporadycznie co¶ siê dzia³o, gdy kto¶ z za³ogi przejmowa³ wachty. A¿ do godziny przed ¶witem, kiedy wypad³a ostatnia wachta. Wówczas na mostek wyszed³ kapitan, a do pomocy wzi±³ m³odzika. Chcia³, mimo trudno¶ci jêzykowych, wypytaæ ch³opaka, gdy¿ obcy wyra¼nie widzia³ w wodzie co¶, czego nie dostrzegli pozostali. Wzi±³ go na stronê, poczêstowa³ ³ykiem mocnego rumu z manierki, a nastêpnie spróbowa³ wydobyæ jakie¶ zeznania.
Z mowy ch³opaka wnioskowa³, ¿e pochodzi³ on z kraju le¿±cego nad samym morzem. Pomiêdzy tym krajem, a ksiêstwem, w jakim obecnie byli, istnia³o wielkie królestwo o sporych wp³ywach. I to w³a¶nie jêzykiem tego królestwa spróbowa³ pos³u¿yæ siê Moren. Jak siê okaza³o, m³okos równie¿ pobie¿nie zna³ ten jêzyk. £amanym akcentem, zamieniaj±c s³owa i wspomagaj±c siê znakami rêcznymi ch³opak opowiedzia³ co zobaczy³ w rzece. Moren niezbyt dobrze zna³ ten jêzyk, lecz wystarczy³o. Cudzoziemiec wyra¼nie mówi³ o wodnym albo rzecznym cz³owieku, co tylko potwierdzi³o przypuszczenia szypra. Bezzw³ocznie uda³ siê w pobli¿e burty i wyjrza³ za obrêb. Moneta zniknê³a. A wiêc opowie¶ci rybaków z ostatnich dni okaza³y siê prawdziwe. W rzece jest wodnik, albo nawet kilku. Stare legendy okaza³y siê prawdziwe, o¿y³y z dnia na dzieñ. A na stare problemy najlepsze s± stare, sprawdzone metody. Moren szybko zastanowi³ siê, jakie zna sposoby na wodniki. By³o ich niewiele, lecz dobrze pamiêta³ wszystkie. Przecie¿ odpowiada³ za tych ludzi na pok³adzie i musia³ pamiêtaæ, to jego fach, a ¿aden wodnik, choæby i tuzin wodników, nie porwie wiêcej ¿adnego cz³owieka z jego krypy!
Wraz ze ¶witem z okolicznych ³±k podnios³a siê mg³a. Ulecia³a gdzie¶ wysoko, co mog³o zwiastowaæ opady, lecz chwilowo by³o to na rêkê, poniewa¿ powietrze by³o czyste i klarowne, a widoczno¶æ doskona³a. Obudzeni ludzie przyst±pili do oglêdzin rzeki, jednak cia³a nie znale¼li. I nie mogli, Moren wiedzia³ co wodniki robi± z porwanymi lud¼mi. Je¶li by³o ich wiêcej, bêd± potrzebowa³y znacznie wiêcej ni¿ jedno cia³o. Szybko zmieni³ decyzjê i postanowi³ st±d odp³yn±æ, nie by³o sensu traciæ czasu, poniewa¿ zw³ok ju¿ nie odnajd±, o tym by³ przekonany.
Przez ca³y dzieñ barka sunê³a z wiatrem w dó³ rzeki, mijaj±c oddalone od siebie wioski i skromne samotne zabudowania. W¶ród za³ogi pojawi³y siê plotki, lecz szyper uzna³, ¿e na razie nie s± gro¼ne. Zamierza³ powiedzieæ za³odze o odkryciu, lecz widocznie uprzedzi³ go ju¿ ch³opak. To nic, chwilowo zarówno on, jak i oni, maj± pe³no zadañ, barka wymaga kontroli.
Po po³udniu wysadzili trzy kobiety, za to wsiad³a jedna z dzieckiem i jeszcze dwóch wêdrowców udaj±cych siê do miasta. Stra¿nik pozosta³ ten sam, lecz nie by³o czasu szukaæ dodatkowego, jeden bêdzie musia³ zast±piæ ich obu. "Dostanie premiê, ale musi pracowaæ za dwóch", postanowi³ szyper. Nowi pasa¿erowie byli nie¶wiadomi tego co zasz³o, ponadto stanowili nie lada utrapienie, gdy¿ malec co chwila krêci³ siê pod nogami komu¶ z za³ogi, paniusia nie mog³a go upilnowaæ, jeden z mê¿czyzn, jej m±¿, równie¿ nie zwraca³ uwagi i nader czêsto zagl±da³ do g±siorka z uchem twierdz±c, ¿e to na rzeczn± chorobê, a drugi z go¶ci wci±¿ zadawa³ pytania, przez co Moren musia³ go unikaæ jak zarazy. P³ynêli jeszcze kilka godzin, a¿ sta³o siê zbyt ciemno na kontynuacjê podró¿y. Wtedy przycumowali barkê do wielkiego drzewa rosn±cego obok m³yna w jednej z mijanych wsi.
Jak poprzedniej nocy, równie¿ tej Moren po³o¿y³ na burcie monetê. Tak nale¿a³o, je¶li chcia³o siê mieæ spokój. Jak poprzednio, równie¿ i tej nocy wyznaczy³ warty i wszyscy udali siê na spoczynek. Poniewa¿ nie pada³o, za³oga spa³a na pok³adzie, oddawszy go¶ciom skonstruowany na bomie namiot. Dzisiejsz± noc, jasn± dziêki pe³ni ksiê¿yca, Moren zamierza³ spêdziæ w swojej kajucie. By³y tam dwie koje stoj±ce obok siebie, które doskonale mu s³u¿y³y kiedy sprowadza³ sobie czasem kobiety z nadrzecznych tawern, albo po prostu do spania w wygodzie.
W³a¶nie przewraca³ siê na drugi bok, gdy ze snu wyrwa³ go krzyk kobiety. Bez chwili wahania wyskoczy³ na pok³ad trzaskaj±c drzwiami kajuty, potkn±³ siê, lecz utrzyma³ równowagê, a potem doskoczy³ w kierunku, gdzie co¶ siê dzia³o. W mroku nocy zobaczy³ dziwne zjawisko. Ca³a za³oga oraz pasa¿erowie zgromadzili siê po przeciwnej stronie, a w pobli¿u lewej burty co¶ siê porusza³o. W bladym ksiê¿ycowym blasku rozpozna³ scenê od razu. Na deskach pok³adu le¿a³o cia³o jednego z za³ogi, rozszlachtowane jak prosiak, a nad nim przysiad³o co¶ drugiego. I to w³a¶nie ten drugi kszta³t przyci±ga³ wiêksz± uwagê, ni¿ zabity w paskudny sposób marynarz. Na p³etwiastych ³apach, siedz±c jak ¿aba, ko³ysa³ siê cienki, sprê¿ysty korpus w szarawej d³ugiej koszuli i m³yñskich porciêtach. Równie¿ rêce stwora posiada³y b³ony miêdzy palcami, a widaæ je by³o dok³adnie, poniewa¿ prze¶wieca³o przez nie ¶wiat³o ksiê¿yca. Na wiotkim korpusie osadzona by³a krótka szyja wkulona w ramiona, z wyra¼n± prêg± biegn±c± w poprzek, jak od powrozu. Na niej osadzona by³a g³owa o zielonych, glonowatych w³osach, blado-zielonkawej cerze i wielkich, wy³upiastych oczach. Usta potwora zaopatrzone by³y w ostre zêby tej samej wielko¶ci, jak k³y szczupaka, a sine wargi umazane by³y krwi± ofiary. Spomiêdzy nich zwisa³ och³ap paruj±cych wnêtrzno¶ci marynarza, a kapi±ca z niego krew i ¶luz powodowa³y md³o¶ci u wszystkich obserwatorów. Przybysz kuca³ nad zw³okami jak ¿aba i nie zwraca³ szczególnej uwagi na obecnych, by³ poch³oniêty niemal ca³kowicie konsumpcj±.
Moren kl±³ w my¶lach, ¿e wybiegaj±c z kajuty nie zabra³ ¿adnej broni. Pozostali równie¿ nie wiedzieli co robiæ. Chwilowo postanowi³ za³atwiæ to inaczej. Wyst±pi³ bli¿ej i odezwa³ siê.
- E, wodnik! Ty, do ciebie mówiê.
G³owa potwora obróci³a siê pod niemo¿liwym k±tem i para ¿ó³tych, lekko fosforyzuj±cych ¶lepi wlepi³a siê w szypra, który sta³ twardo staraj±c siê sprawiaæ w³adcze wra¿enie.
- Umowa to umowa, ja ci tu wyk³adam z³oto a ty co? Zasady ³amiesz, he? Musisz ty nowy byæ w tych wodach, bo umowy nie znasz. Na co ja, uwa¿asz, z³oto wyk³adam? ¯eby¶ mi, pokrako jaka¶, za³ogê porywa³?! Nie szanujesz zasad i powinna kara ciê spotkaæ.
Chude cielsko poczwary wyskoczy³o w powietrze, przelecia³o przestrzeñ dziel±c± je od Morena i bêd±c ju¿ na miejscu wsta³o, przewy¿szaj±c szypra wzrostem. Moren rozejrza³ siê b³yskawicznie po za³odze, szukaj±c wsparcia, jednak nie by³o ju¿ na to czasu, jego oczy spoczê³y w koñcu na paskudnej twarzy wodnika, z której nadal zwisa³ och³ap wnêtrzno¶ci rozprutego.
- Kweee, a co ty wiesz o zasadach, suczy synu? - g³os by³ wysoki, gdakliwy jak u ¿aby albo kaczki, przy tym trochê bulgota³ i by³ zniekszta³cony przez wisz±cy och³ap. - Na co mi twoje z³oto? Le¿y to biorê, ale nie z potrzeby. Moje potrzeby s± wiêksze ni¿ by¶ my¶la³, chomiczy chwo¶cie. I nie ¶miesz kiwn±æ na mnie palcem, albo puszczê t± ca³± baliê pod wodê.
- K³amiesz, jeste¶ tu sam i nie masz mocy, to dobrze, sprawimy siê, karasku, szybko i bezbole¶nie, nawet nie poczujesz - rzuci³ hardo szyper.
- Beeek, g³upcze, nie mo¿esz mnie zabiæ, jam ju¿ zabity. Ale za to ja mogê to... - kwikn±³ wodnik, wyci±gaj±c w stronê szyi kapitana swoje pazurzaste, b³oniaste ³apska.
Tyle wystarczy³o. Nie wiadomo sk±d nagle co¶ syknê³o, na chwilê rozpraszaj±c ciemno¶ci. Jak b³ysk nadziei odbijaj±cy ¶wiat³o ksiê¿yca. Ostry, niewielki no¿yk w mla¶niêciem wbi³ siê w oko potwora i odrzuci³ go do ty³u. Jednak poczwara nie pu¶ci³a Morena. Wyda³a tylko kwik rozpaczy, ale pazury nadal zaciska³y siê na gardle szypra z zadziwiaj±c± si³±. Kapitan sta³ siê czerwony i desperacko t³uk³ cieñsze, chudsze, ale znacznie od niego silniejsze cia³o. Wiêkszo¶æ ciosów trafia³a w powietrze, gdy¿ korpus wodnika wygina³ siê na boki albo przyjmowa³ ciosy jak worek z wod±, bez efektu. Wodnik zdawa³ siê niczego nie odczuwaæ, jednak w oczodole stercza³ mu no¿yk.
I wtedy ze zbitej gromady wyst±pi³ cudzoziemiec. W niebieskich oczach czai³o siê co¶ przera¿aj±cego, zdawa³y siê fosforyzowaæ gniewem, w³osy rozwiane nocn± bryz± ju¿ nie by³y spiête i zdawa³y siê unosiæ wy¿ej, ni¿ wynika³o to z si³y wiatru.
- Eshte la! - krzykn±³.
- Eshte la as arte ufu, eshte la o nomo elea! Do ik redde twiko erta. Hur!!! - dorzuci³, koñcz±c jeszcze g³o¶niejszym okrzykiem i wysuwaj±c siê naprzód z kolejnym no¿ykiem, zamierzaj±c wprowadziæ obietnicê w ¿ycie, gdyby wodnik odmówi³ natychmiastowego wycofania siê.
Poskutkowa³o. Wodnik natychmiast pu¶ci³ kapitana i z kipi±c± nienawi¶ci± spogl±da³ jedynym ocala³ym okiem na m³odzika. Zacz±³ siê cofaæ, a w tym czasie Moren rzêzi³ na deskach ³api±c oddech. Poczwara stale pe³z³a skulona w stronê burty, a gdy ju¿ by³a blisko, wykona³a d³ugi skok do wody, l±duj±c z dala od barki. Bêd±c ju¿ w rzece nie powstrzyma³a siê od komentarza.
- Hreeeek, jeszcze siê spotkamy, koñski ogonie, ¿aden wodnik nie lubi ³owców, spotkamy siê, breeek!!!
Dentes 2.0 Template © 2004-2010 Marcin 'Mmorcin' Szymkowiak.
Hosting by courtesy of Webdevelopment London venture - derosso.net
The Bridge Inn and and Ravians Tower by Rico Holmes, High Priestess by kind permission of Phaere.