Oblodzony stok wzgórza by³ ¶liski i ca³y pokryty zbit± pokryw± ¶niegu, zalegaj±cego tutaj ju¿ od zesz³ego ksiê¿yca. Spomiêdzy bia³ej ko³dry gdzieniegdzie stercza³y nagie zêby porowatych ska³, do których przywiera³ lód. To wszystko razem sprawia³o, ¿e stromy stok by³ niezwykle zdradliwy i niebezpieczny. Dawa³ niewielkie oparcie dla stóp wspinaj±cego siê osobnika.
Ezron, bo tak mia³ ów osobnik na imiê, postanowi³ wkupiæ siê w ³aski natury wykazuj±c siê odwag±. Uda³ siê samotnie do le¿y najgro¼niejszych spo¶ród znanych bestii, by zdobyæ co¶, co przele¿a³o tu setki, a mo¿e nawet tysi±ce lat. By³ elfem, jak wszyscy, których zna³, choæ by³ do¶æ odwa¿ny, by pokonywaæ odleg³e dzikie szlaki i ¿yæ samodzielnie pod go³ym niebem ca³ej krainy, nigdy nie mia³ odwagi by stan±æ twarz± w twarz z tak pospolitymi i chamskimi lud¼mi, jacy nie dalej ni¿ jeden wiek temu zasiedlili oddalone o dzieñ marszu od puszczy osady. Nie zna³ i nie rozumia³ ich. Kierowali siê zasadami sprzecznymi ze wszystkim, co dotychczas pozna³, nie szanowali natury i jej dzieci.
¦liska lina naprê¿y³a siê jeszcze bardziej, gdy przeskoczy³ na kolejn± ska³kê, oddalon± o kilka cali od poprzedniej. Skórzane buty wykonane z okrywy pi¿moszczura po¶liznê³y siê, lecz po chwili znalaz³y oparcie. W tym czasie rêce kurczowo wpija³y siê w linê, jedyne wzglêdnie pewne oparcie. Choæ lina by³a ¶liska, Ezron by³ dostatecznie silny by j± utrzymaæ. Spomiêdzy warg wydoby³ siê ob³oczek pary, a czarne w³osy opad³y ponownie na plecy. Ju¿ niedaleko.
Kolejny krok i but elfa zsun±³ siê po g³adkiej, oblodzonej krawêdzi. Palce wpi³y siê w linê. Elf wybi³ siê znajduj±c oparcie i podci±gn±³ o dwa ³okcie. Mozolnie pi±³ siê naprzód, omijaj±c najbardziej zdradliwe ska³y i wy³omy. Kolejny krok, znów by³ wy¿ej, coraz wy¿ej. Jeszcze jeden. Elf przywar³ policzkiem do zbitego ¶niegu i rzuci³ przelotne spojrzenie w dó³. Wyskok, podci±gniêcie. Elf zatrzyma³ siê, spogl±daj±c tym razem w górê. Ponad g³ow±, wysoko na niebie, dostrzeg³ ko³uj±cego or³a. Oddech, spojrzenie. Oczy szuka³y oparcia dla nóg, a rêce dzier¿y³y linê. Kolejny krok. Obie nogi pojecha³y po g³adkiej powierzchni lodu i elf zawis³ na rêkach. Palce, wczepione w linê, pali³y, piek³y coraz mocniej. Zaczyna³ traciæ si³y. Uda³o mu siê odzyskaæ równowagê, lecz zaraz j± utraci³ na nowo. Rozlu¼niony chwyt omal nie skoñczy³ siê tragicznie, gdy Ezron zsun±³ siê o sze¶æ ³okci w dó³. W ostatniej chwili zahaczy³ butem i powstrzyma³ zjazd. Jedna, a potem druga noga znalaz³y oparcie, daj±c wytchn±æ palcom zaci¶niêtym na linie.
Wisz±c tak zastanawia³ siê, czy cel wêdrówki bêdzie tego wart. Wart ca³ego wysi³ku, po¶wiêcenia, bólu i odwagi, jakie dotychczas w³o¿y³ w podniebne akrobacje. Odpoczywaj±c ponownie spojrza³ w górê. I wtedy dostrzeg³ co¶, na co wcze¶niej nie zwróci³ uwagi. Ponad nim, nieco z boku widnia³a rozpadlina miêdzy ska³ami. By³ to oblodzony komin, jednak ciê¿ar cia³a mo¿na by³o spo¿ytkowaæ w inny sposób ni¿ obci±¿aj±c same palce. Tak. To by³o rozwi±zanie.
Uchwyci³ linê mocniej, powiedzia³ kilka s³ów, po czym biegn±c po skale rozbuja³ siê na boki. Modli³ siê, by kotwiczka wytrzyma³a jego ciê¿ar. I by lód, w który by³a wbita, równie¿ wytrzyma³. Skok. Chwyt. ...Wytrzyma³. Siedz±c ju¿ w kominie elf mozolnie rozpocz±³ kolejn± fazê wspinaczki, zapieraj±c siê o ¶ciany. Ten sposób by³ znacznie ³atwiejszy, oszczêdza³ si³y wspinacza na pó¼niej, a kto to mo¿e wiedzieæ co wspinacz napotka u celu.
Przebywszy tak po³owê stoku elf, os³oniêty od lodowatego wiatru, wyl±dowa³ na ma³ej pó³ce skalnej. Odpoczywa³. Zza pazuchy sarniej kurty wydoby³ ma³± manierkê ze s³odkim, energetycznym p³ynem, znanym tylko jego rasie, po czym napi³ siê kilka ³yków patrz±c przed siebie. Podniebny tancerz nadal ko³owa³ po niebie, jednak tym razem jakby bli¿ej niego. Elf doskonale wiedzia³, ¿e orze³ wiruje w pr±dzie ciep³ego powietrza. ¯e ptak go obserwuje, ¿e jego obecno¶æ tutaj to przestroga, ¿e pierzasty brat doskonale wie do jakiego celu zmierza Ezron, i ¿e widzia³ ten cel tam, z góry. Rzuci³ na wiatr jedno s³owo, pozdrowienie dla ptaka, a nastêpnie rozpocz±³ dalsz± wspinaczkê.
Dalsza podró¿ by³a ju¿ nieco mniej mêcz±ca, gdy¿ ska³a szczerbi³a siê tworz±c liczne za³omy, miejsca oparcia dla stóp. Lecz jednocze¶nie stanowi³a zagro¿enie dla liny, i elf doskonale o tym wiedzia³. Jednak ju¿ teraz nie mia³ wyboru, by³ zbyt blisko... tak blisko wymarzonego celu.
Po kilku godzinach mozolnej wspinaczki stan±³ na pó³ce i rozejrza³ siê. Jego towarzysz wzniós³ siê ju¿ wy¿ej, lecz nie straci³ go jeszcze z oczu. Pó³ka na szczycie by³a zimnym, nieprzyjaznym miejscem, hula³y tu wiatry, mróz krusz±cy ska³y i odblaski zimowego s³oñca od lodu. Skuli³ siê w sobie i obróci³ plecami do stoku. I oto jego oczom ukaza³o siê wej¶cie do pieczary, wielkie jak bramy lasu, pozbawione lodu jak przerêbel, skaliste jak wnêtrze wulkanu. Jednocze¶nie do jego nozdrzy dotar³ zapach siarki. "Tak, to musi byæ to miejsce, o którym wspomina legenda", pomy¶la³. Ostro¿nie zbli¿y³ siê do wej¶cia i spojrza³ do wnêtrza góry. Gdzie¶ w jej sercu znajdowa³ siê skarb, którego nikt dotychczas nie zdoby³. Jednak wej¶cia do pieczary ponoæ strzeg³y smoki. I to by³ problem. Obudziæ smoka równa³o siê z podpisaniem cyrografu z samym ojcem ¶mierci.
Jednak nie dostrzeg³ u wej¶cia ¿adnych stra¿ników, smoków, koboldów ani niczego innego, dlatego wskoczy³ do wnêtrza na dno znajduj±ce siê jakie¶ trzy stopy poni¿ej. Bêd±c w ¶rodku rozejrza³ siê. Tunel, tylko jeden, by³ szeroki i wysoki, nie sposób by³o nie zauwa¿yæ. Ska³y sklepienia i ¶cian, podobnie jak masywne stalagmity, pokrywa³y ¶lady sadzy. Wiêc legenda nie k³ama³a, musia³y tu kiedy¶ ¿yæ smoki. Zaczaiwszy siê zacz±³ posuwaæ siê tunelem, który skrêca³ wij±c siê i biegn±c w dó³. Ostro¿nie przekracza³ kamienne sople, omija³ wystêpy i organy, powsta³e na ¶cianach za spraw± minera³ów, stale chowaj±c siê w ich cieniu. Widzia³ dobrze, gdy¿ sklepienie przecina³y prêgi zimowego ¶wiat³a wpadaj±ce przez studnie skalne, jakby specjalnie wykute w tym celu. Korytarz skrêci³ kilka razy, jednak nie rozga³êzia³ siê ani odrobinê. Elf wiedzia³, ¿e je¶li tu s± smoki, musz± mieæ ca³e sterty skarbów, jednak nie po to tu przyszed³.
Krocz±c dalej napotka³ bij±ce ze ska³y ¼ród³o. W pó³mroku zatrzyma³ siê za kamiennym s³upem stworzonym przez naturê i skosztowa³ wody. By³a ¶mierdz±ca i gorzka, nie nadawa³a siê do picia, wiêc wyplu³ to co wzi±³ do ust i poszed³ dalej. Z odleg³ego krañca tunelu, którym pod±¿a³, us³ysza³ jaki¶ szelest, jakby wiatr lub przeci±g, lecz nie wiedzia³ co to jest, dlatego postanowi³ bardziej uwa¿aæ. Szed³ teraz znacznie wolniej, a zmys³y mia³ napiête. I to w³a¶nie one go ostrzeg³y, jeszcze zanim wkroczy³ do wnêtrza wielkiej sali. Pocz±tkowo poczu³ obecno¶æ, a dopiero pó¼niej ujrza³ to na w³asne oczy.
Tunel nagle rozszerza³ siê, daj±c pocz±tek ogromnej sali bez dachu na ¶rodku, jakby szczyt góry zosta³ odciêty no¿em. By³a to jakby olbrzymia studnia wype³niona piaskiem. Pó³koliste ¶ciany tonê³y w pó³mroku, a pod sufitem, którego ¶rodkowa czê¶æ zosta³a wybita, wisia³y liczne stalagmity i inne fantastyczne twory natury, a odchodzi³y od nich wielkie, nieregularne w kszta³cie filary tworz±ce z ca³ej sali jakby antyczn± budowlê. Ze zdumieniem obserwowa³ te dary ziemi, jednak to nie one przykuwa³y najwiêksz± uwagê.
W zimnym, górskim powietrzu wype³niaj±cym salê, pomiêdzy s³upami, na miêkkim z³otym piasku, w niszy, zalega³y ca³e worki skarbów. By³y tam ozdoby ze z³ota, srebra, innych metali, a tak¿e kamieni szlachetnych. Na ile to by³o mo¿liwe, elf przygl±da³ siê tym wytworom, jednak bez szczególnego zainteresowania. Wiêkszo¶æ z tych przedmiotów by³aby w¶ród ludzi dzie³ami sztuki, jednak oko elfa nawyk³o do ogl±dania takich cudów rzemie¶lniczych, wiêc nie stanowi³y dlañ pokusy.
Nie stanowi³y, bo nie mog³y, tak¿e z innego powodu. A powód by³ oczywisty, wywo³uj±cy szerokie otwarcie oczu i naprê¿enie zmys³ów do granic mo¿liwo¶ci. Przed wej¶ciem do niszy, podobnie jak na ca³ej niemal powierzchni sali, poskrêcane w upiornym bezruchu, spoczywa³y potê¿ne cielska u¶pionych w letargu smoków. Z grubsza oceniaj±c mog³o ich byæ tu oko³o dziesiêciu, jednak trudno by³o okre¶liæ to dok³adnie z uwagi na nieregularne kszta³ty poskrêcanych, ³uskowatych i potê¿nych cia³, nakrytych dodatkowo gdzieniegdzie skrzyd³ami. Elf wpatrywa³ siê w nie jak urzeczony. Nigdy jeszcze nie widzia³ smoka, tym bardziej dziesiêciu i do tego z tak bliska. Smoki by³y gro¼ne, ogromne, przera¿aj±ce, monstrualnie silne i... na swój sposób piêkne. Ezron bez k³opotu oceni³ gadzie piêkno zrodzone w zamierzch³ych czasach przez magiê wespó³ z natur±, które dotychczas zna³ tylko z opowie¶ci.
St±paj±c bezszelestnie, z przera¿eniem, ale tak¿e ogromn± fascynacj±, podszed³ bli¿ej, by przyjrzeæ siê obrazowi. U¶pione gady zdawa³y siê nie ¿yæ, jednak wiedzia³, ¿e to tylko pozory. Przypatrywa³ siê ich wielkim, uzêbionym paszczom, u niektórych otwartym na kilka cali, obserwowa³ wywalone jêzyki, zawiniête ogony, masywne pazurzaste ³apy zdolne rozp³ataæ byka jednym ciosem, patrzy³ na ich pó³przymkniête oczy z pionow± ¼renic±, pozornie niewidome, podziwia³ ¶wiec±ce, g³adkie ³uski. I wtedy poczu³, ¿e co¶ siê w nim zmienia. Jego fascynacja nagle przes³oni³a inne uczucia i elf pochyli³ siê, spogl±daj±c jednemu ze ¶pi±cych smoków w przymru¿one oko. Chcia³ go dotkn±æ, pog³askaæ. Kuca³ tak i przygl±da³ siê, móg³by tak patrzeæ godzinami. W pobli¿u gada, blisko gruntu, poczu³ równie¿ co¶ innego. Jakie¶ têtno, bicie. U¶wiadomi³ sobie, ¿e to uderza serce potwora. Przez moment kuca³ i stara³ siê nie zepsuæ efektu, jaki nagle poczu³. To by³o co¶ niesamowitego, co¶, czego nigdy jeszcze nie czu³. Co¶, co siê w nim obudzi³o ju¿ na zawsze. Niezrozumia³e zjawisko jedno¶ci, zbli¿aj±cej go jeszcze mocniej do natury i wszystkich jej wytworów, w tym tak potê¿nych i piêknych jak smoki.
Ostro¿nie odsun±³ siê, by przemy¶leæ swoje odczucie, jednak nie mia³ teraz na to ochoty, bowiem na nowo pojawi³ siê strach. Co bêdzie, gdy jeden z gadów siê obudzi? Co zrobi i jak szybko? Nie czeka³ na te odpowiedzi. Ostro¿nie st±pa³ miêdzy ¶pi±cymi cielskami, wzbudzaj±cymi respekt. Nie zamierza³ ich dotykaæ, a tym bardziej budziæ, nie chcia³ przeszkadzaæ w letargu z dwóch powodów, lecz nie wiedzia³ z którego bardziej. Po pierwsze ba³ siê, co siê stanie gdy który¶ z nich poruszy siê. A po drugie uwa¿a³, ¿e obudzenie ¶pi±cej bestii by³oby nieetyczne i niemi³e dla ¶pi±cego, wola³ pozwoliæ mu odpoczywaæ w spokoju. Dlatego ostro¿nie, na ile by³o go staæ, z wyostrzonymi zmys³ami i resztk± odwagi, przekroczy³ ¶pi±ce smoki spogl±daj±c na nie z lêkiem, po czym po cichu zapu¶ci³ siê w mniejszy z korytarzy, jaki zobaczy³ po drugiej stronie groty.
By³o tam zupe³nie ciemno, szczególnie po przebyciu kilku stóp chodnika, jednak nie odwa¿y³ siê rozpaliæ ¶wiat³a. Jeszcze nie teraz. Poczeka³, a¿ oddali siê dostatecznie od g³ównej sali, a nastêpnie z ma³ej torby na ramieniu wydoby³ jeden z patyków. By³o to jarz±ce siê bladozielonym blaskiem próchno pozyskane w lesie. Dawa³o do¶æ ¶wiat³a dla elfa, jednak cz³owiek mia³by z widzeniem problemy. Ezron doskonale widzia³ w mroku, dlatego próchno mu wystarcza³o. W miarê, jak wkracza³ coraz g³êbiej w trzewia góry, jego ostro¿no¶æ nieco s³ab³a. Ju¿ nie ba³ siê ¶pi±cych smoków. By³y daleko, a tunel nie pomie¶ci³by ¿adnego z nich, nawet gdyby chcia³ tu wkroczyæ.
Przemierzaj±c tunel musia³ raz przeskoczyæ rozpadlinê wiod±c± wprost do trzewi ziemi. Zrobi³ to pewnie i g³adko, gdy¿ by³ do¶æ zrêczny, a rozpadlina niewielka. Nieco dalej przebrodzi³ strumieñ, z którego napi³ siê wody. W odró¿nieniu od poprzedniej, ta by³a znacznie lepsza i nadawa³a siê do picia. A¿ wreszcie stan±³ w ma³ej sali, znacznie mniejszej i ni¿szej ni¿ ta, w której spa³y smoki. Pod³o¿e by³o skaliste i g³adkie od kapi±cej z góry wody, a sufit ton±³ w ciemno¶ci, choæ widaæ by³o w nim liczne otwory niewiadomego pochodzenia. Jednak to nie te rzeczy przyku³y jego uwagê. Na ¶rodku sali na kamiennym postumencie wykutym z jednego bloku granitu przez nieznan± rasê (podejrzewa³ krasnoludy), ujrza³ co¶ wspania³ego. By³o to serce góry, po które przyby³. Ogromy diament wielko¶ci piê¶ci, rozpalaj±cy ca³e pomieszczenie bladym blaskiem rozszczepionego ¶wiat³a z próchniej±cego patyka. Choæ próchno by³o zielone, po wpadniêciu w fasetki diamentu ¶wiat³o rozbija³o siê na wszelkie znane elfowi kolory, jakie widzia³ tylko w podniebnym ³uku, jak jego lud nazywa³ têczê. ¦wietliste okrêgi pada³y na ¶ciany i pod³o¿e, rozpala³y sny i marzenia w duszy elfa, przywodzi³y na my¶l dzikie, piêkne ostêpy nietkniête stop± piechura. Przez moment sta³ i podziwia³ refleksy ¶wiat³a, poruszaj±c ³uczywo w ró¿nych kierunkach, a nastêpnie wzi±³ siê do rzeczy.
By³ to przedmiot, po który tu przyszed³. Naszykowa³ sakiewkê, w któr± napcha³ z³otych monet równych przewidywanemu ciê¿arowi kamienia. Spodziewa³ siê pu³apki, dlatego pomy¶la³ jak rozwi±zaæ sytuacjê. Doby³ sztyletu i jednym p³ynnym ruchem wsun±³ go pod kamieñ. Nastêpnie zdj±³ diament i umie¶ci³ w tym miejscu sakiewkê z³ota. Kamieñ wrzuci³ do kieszeni, a sztylet zacz±³ ostro¿nie i bardzo powoli wyjmowaæ spod woreczka w taki sposób, by nie powodowaæ zmiany nacisku na monolit.
I wtedy je poczu³. Poczu³ wcze¶niej ni¿ us³ysza³ czy zobaczy³. Jednak nie móg³ siê poruszyæ, gdy¿ nie chcia³ aktywowaæ pu³apki. Dlatego nie móg³ równie¿ zareagowaæ na nag³y, przeszywaj±cy ból ³ydki, który poczu³. Przerwa³ na moment zajêcie i obejrza³ siê. Z sufitu spada³y jakie¶ poczwary. Mia³y ³okieæ d³ugo¶ci, ich cia³a pokrywa³y gêste, ostre w³osy d³ugo¶ci kilku palców jak kolce. Poczwary nie mia³y oczu ani nic, co by je przypomina³o, mia³y natomiast trójzêbne szczêki w formie przyssawki, o czym przekona³ siê na w³asnej skórze. Z obrzydzeniem kopn±³ to stworzenie, które wgryz³o siê w spodnie i skórê na nodze. Gdy przyst±pi³ do dalszej dzia³alno¶ci z pu³apk±, poczu³ kolejne ugryzienia, jakie¶ trzy na nogach, jedno na barku (omal go to nie kosztowa³o utraty koncentracji), a tak¿e na plecach. Obie rêce mia³ zajête, dlatego nie móg³ siê nawet broniæ. Sztylet cal po calu odzyskiwa³ wolno¶æ, a Ezron zwija³ siê z bólu, próbuj±c nie szamotaæ siê niepotrzebnie. By³o to bardzo trudne, lecz opanowa³ siê, nabra³ oddechu i zlekcewa¿y³ ugryzienia.
Kiedy sztylet by³ ju¿ wolny, jednym p³ynnym ruchem przebi³ robaka na ramieniu, powoduj±c wyp³yw zielonkawej (byæ mo¿e w tym ¶wietle) cieczy z jego wnêtrza. Szare kolczaste cia³o opad³o na dno komory. Nastêpnie kopn±³ pozosta³e, które wpi³y siê ju¿ w nogi, a tego na plecach pacn±³ torb± rzucaj±c nim o ¶cianê. Szybko wycofa³ siê do wej¶cia, ale kolejny czerw opad³ mu na twarz, rani±c w kilku miejscach ostrymi kolcami. Zadrapania piek³y, lecz robak nie zdo³a³ siê wpiæ w cia³o, dziêki natychmiastowej reakcji elfa. Gdy go odrzuci³, porani³ równie¿ kolcami rêce, a w tym czasie kolejne dwa przyssa³y siê do nóg. Ponownie je kopn±³, posy³aj±c na ¶ciany w ró¿nych kierunkach, a nastêpnie wybieg³ z sali.
Nie bardzo dba³ o rany, gdy¿ musia³ byæ szybki. Z ty³u s³ysza³ trzeszczenie kolczastych cia³ na powierzchni skalistego pod³o¿a, nie zamierza³ czekaæ na te przeklête jaskiniowe czerwie. Pobieg³ tunelem, wycieraj±c tylko kapi±c± krew w ubranie. Nie móg³ biec zbyt szybko, gdy¿ by³o tu ca³kiem ciemno. Próchniczny kij zostawi³ w sali, gdy walczy³ z robakami, wydoby³ wiêc kolejny i ju¿ pewniej szed³ przed siebie.
Kiedy stan±³ u wlotu do du¿ej sali, wszystko by³o dok³adnie tak jak przedtem. Mia³ teraz tylko jedno zadanie, musia³ siê st±d wydobyæ na powierzchniê i wróciæ do swoich. Jednak jakie¶ uczucie znów zatêtni³o w organizmie elfa, nie potrafi³ go nazwaæ. Nie zamierza³ jednak chwilowo zawracaæ sobie nim g³owy, bowiem ju¿ kroczy³ pomiêdzy u¶pionymi cielskami ogromnych bestii. Robi³ to bardzo ostro¿nie i bezszelestnie do pewnego czasu.
Do czasu, a¿ dostrzeg³ przed sob± otwarte oko o pionowej ¼renicy i nie ujrza³ kapi±cej w³asnej krwi wprost do paszczy smoka.
Dentes 2.0 Template © 2004-2010 Marcin 'Mmorcin' Szymkowiak.
Hosting by courtesy of Webdevelopment London venture - derosso.net
The Bridge Inn and and Ravians Tower by Rico Holmes, High Priestess by kind permission of Phaere.