Alexis by³ uzdolniony, nawet bardzo. Gdziekolwiek siê pojawi³, wraz z przyjació³mi, ludzie t³umnie przychodzili popatrzeæ, podziwowaæ siê i rozerwaæ w tej zwyk³ej, szarej rzeczywisto¶ci. Ka¿dy z nich potrafi³ co¶, czego nie umieli inni i robi³ to dobrze. Wykonywanie takich nietypowych rzeczy na najwy¿szym poziomie by³o warunkiem przyjêcia do tej grupy, by³o te¿ ich obsesj± i motorem napêdowym. Ka¿dy z nich doskonali³ siê w tym co robi³, a inni doskonale go rozumieli, nie musia³ nic im t³umaczyæ. Grupa stanowi³a zbieraninê ró¿nej ma¶ci indywiduów i dziwnych osobników.
Na placu zagrzmia³ werbel, a ukryty za kotar± cz³owiek zad±³ w niewielki ro¿ek o przejmuj±cym, ostrym d¼wiêku. Alexis z innymi sta³ za kotar±, a na placyku po ¶rodku miasta dzia³y siê cuda. Jeden z kolegów sta³ na zaimprowizowanej scenie, a p³on±ce pochodnie w przedziwny sposób znika³y w jego gardle, by za moment pojawiæ siê na zewn±trz, przy czym nawet nie zgas³y. Potem ich miejsce zajê³y miecze, a werbel ³omota³ og³uszaj±co. Trzy miecze na raz w niewiadomy sposób znika³y kolejno w gardle Fintrolla. Alexis w±tpi³, ¿eby elf by³ zbudowany jako¶ inaczej ni¿ cz³owiek, lecz powoli zacz±³ w to wierzyæ, gdy¿ nie móg³ poj±æ jak mo¿na po³kn±æ takie rzeczy jak ogieñ czy miecz. By³ w trupie od niedawna i jeszcze nie wszystko pojmowa³. Lecz panowa³a tu zasada, ¿eby nie zadawaæ niewygodnych pytañ, wiêc nikt nie zadawa³. To dlatego Alexis mia³ jeszcze drobne w±tpliwo¶ci do budowy elfa.
Kolejn± atrakcj± dnia by³ Malox. By³ on nieprzeciêtnego talentu mimem, do tego gnomem i cwaniakiem pierwszej wody. Wyszed³ na placyk i pokazywa³ tak obrazowo, ¿e wiêkszo¶æ ludzi uwierzy³a w to, ¿e w³a¶nie pije wodê i tañczy z córk± kupca. Niektórzy nawet znali nazwisko owego kupca, tak trafnie Malox potrafi³ to pokazaæ. Lecz ma³o kto wiedzia³, ¿e gnom by³ równie¿ iluzjonist±, czarodziejem. Potrafi³ z powietrza zbudowaæ przedziwne obrazy przedmiotów, których tam wcale nie by³o. I by³ te¿ niemy, bo jaka¶ banda obdartych rzezimieszków ober¿nê³a mu jêzyk, gdy nie zdradzi³ im ukrytych pod pod³og± monet.
Nastêpn± atrakcjê stanowi³ Kraven. By³ on cz³owiekiem, lecz kto¶ mu powiedzia³, ¿e posiada tak¿e domieszkê ogrzej krwi. By³ nieprzeciêtnego wzrostu i postury, przez co stanowi³ najwiêksze z ogniw trupy. Odziewa³ siê tak, ¿e doskonale by³o widaæ sylwetkê. W grupie zajmowa³ siê g³ównie ochron± przedstawieñ, w których równie¿ bra³ udzia³ jako ³amacz podków i si³acz. Potrafi³ wyginaæ metalowe prêty jakby to by³y zapa³ki, ³amaæ podkowy jak drzazgi, lecz równie¿ doskonale radzi³ sobie w zapasach, których jednak na dzi¶ nie zaplanowali. Poza tymi przymiotami mia³ te¿ pewien sekret. Ponoæ przez wiele lat p³ywa³ jako galernik, lecz poniewa¿ nie nale¿a³ do pokornych, za³o¿yli mu ogniste kajdany. Do tej pory na przegubach nosi³ dwie skórzane opaski skrywaj±ce wypalone zabli¼nione rany.
By³ w¶ród nich te¿ nizio³ek pajac. Wygl±da³ trochê jak dziecko, jednak dzieckiem zdecydowanie nie by³. Ubiera³ siê za to w fiku¶ne czerwone i pasiaste stroje, dokleja³ czerwony nos, jaki czasem widaæ u mieszczan lubuj±cych siê w trunkach, do tego trójzêbn± czapkê z dzwoneczkami i wyskakiwa³ na placyk ku uciesze gawiedzi. Skaka³, fika³ koz³y, tañczy³ jak pijany, opowiada³ ¿arty i przypowie¶ci, zwykle o wypaczonym morale. Lecz ma³o kto wiedzia³, ¿e by³ jedynym, który widzia³ jak ¿o³nierze katuj± ca³± jego rodzinê, nawet ma³e weso³e dzieci, jak na jego oczach robi± z jego ¿ony szmatê i zabawiaj± siê tak przez ca³y dzieñ ka¿±c mu patrzeæ. Ma³o kto wiedzia³, ¿e najweselszy nizio³ek jakiego widzieli jest jednocze¶nie najsmutniejszym nizio³kiem, jakiego przysz³o im ujrzeæ.
Kolejny sprytny osobnik z trupy by³ krasnoludem. Jak na krasnoluda, by³ niesamowicie zrêczny. Dlatego potrafi³ ¿onglowaæ wszystkim i w du¿ej ilo¶ci. I w³a¶nie teraz nadesz³a jego pora. Najpierw u¿ywa³ w tym celu trzech stalowych obrêczy, nastêpnie piêciu, sze¶ciu, a nawet siedmiu. Nastêpnie poprosi³ od publiczno¶ci kilka sztyletów, pocz±tkowo, jak z obrêczami, u¿y³ trzech. Nastêpnie równie¿ doszed³ do siedmiu, w co a¿ trudno by³o uwierzyæ. Po zakoñczonym wystêpie odda³ sztylety w³a¶cicielom. Cztery. Nikt nie zauwa¿y³, ¿e brakuje mu pod czapk± ca³ej skóry na g³owie, zerwanej przez trolla przy próbie zabicia, nie wiadomo, trolla czy krasnoluda. Imiê krasnoluda nie by³o za to znane nikomu.
Na koniec przysz³a pora na samego Alexisa. By³ pó³elfem, co da³o siê ³atwo poznaæ po lekko zaostrzonych uszach i nieco wiêkszych oczach. Lecz pozosta³e elfie cechy nie by³y widoczne. Wygl±da³ niemal zupe³nie jak cz³owiek.
Werbel za³omota³ rozdzieraj±co, w jednostajnym, powolnym rytmie. Alexis jak ³asica wskoczy³ niemal po drabince na znajduj±cy siê dobre kilka stóp ponad ziemi± podest. Od tego miejsca do drugiego podestu przebiega³a d³uga, giêtka lina, któr± mia³ pokonaæ kilkukrotnie. Werbel przyspieszy³ i gra³ jakby ciszej. Ludzie zgromadzeni na placu spogl±dali w górê, gdzie na tle pochmurnego nieba odbija³a siê niewielka, szczup³a sylwetka. Mocniejszy akcent na werblu obwie¶ci³ pierwszy krok. Stopa Alexisa w miêkkim bucie wczepi³a siê w linê jak klamra. Ramona roz³o¿one mia³ jak ptak, lecz tyczki nie u¿ywa³. Nie by³o potrzeby. Kolejny krok by³ równie pewny. Potem nast±pi³a seria drobnych kroczków, symuluj±cych jaki¶ taniec wzd³u¿ jednej osi. Wokó³ rozleg³y siê gromkie brawa. Lecz nie by³ to koniec. Ch³opak uniós³ najpierw jedn± nogê, a nastêpnie drug±, gdy jego rêce uchwyci³y linê. Sta³ teraz na niej pionowo, z nogami w górze. Roz³o¿y³ nogi, by staæ siê ma³± ¿yw± gwiazd±. Czê¶æ drogi pokona³ tocz±c siê na rêkach i nogach, na przemian. Gdy uderzy³ werbel, Alexis zatrzyma³ siê na jednej nodze rozpo¶cieraj±c ramiona i drug± nogê. Potem wygi±³ siê do ty³u, stale stoj±c w takiej pozycji. Lina ko³ysa³a siê mocno na boki, doszed³ ju¿ do po³owy. Przy takich poruszeniach utrzymanie takiej sylwetki wydawa³o siê niemo¿liwe. Ale linoskoczek doskonale o tym wiedzia³, dlatego bujaj±c siê na boki w okre¶lonym rytmie jednocze¶nie wygina³ siê p³ynnie jak ³asica w ty³, a¿ rêkami dotkn±³ liny. Ugi±³ je i do liny do³±czy³a równie¿ g³owa. Ramiona roz³o¿y³ ponownie na boki i sta³ w takiej pozycji, maj±c z lin± kontakt jedynie w dwóch punktach, w miejscu styku z g³ow± i jedn± ze stóp, która palcami obejmowa³a cienkie, niestabilne pod³o¿e. Potem nast±pi³o co¶, od czego wiêkszo¶ci zgromadzonych ludzi serca podjecha³y do garde³. Alexis spada³. Jak kamieñ. Spad³ z liny i pogr±¿a³ siê w przestrzeni pod nim, bez ¿adnego zabezpieczenia, jak armatnia kula. T³um wyda³ okrzyk przera¿enia. W ostatnim momencie ze zwiniêtej sylwetki wystrzeli³o w górê ramiê, chwytaj±c linê w po³owie jej d³ugo¶ci. Rêka ta stanowi³a o¶, wokó³ której ch³opak obróci³ siê w stronê nieba, jak gdyby rzeczywi¶cie lata³, by nastêpnie spa¶æ w przyklêk w pozycji ju¿ pionowej na szczycie liny. Ponownie roz³o¿y³ rêce i powsta³. Wykonuj±c seriê tanecznych kroków zbli¿y³ siê do przeciwleg³ego podestu i postawi³ na nim jedn± nogê. Przedstawienie by³o skoñczone. A mo¿e nie? Rozgrzana publiczno¶æ sta³a z rozdziawionymi gêbami, wrzucaj±c wiele blaszanych monet do wnêtrza kapelusza podsuwanego jej przez nizio³ka pajaca. By³a jak potwór o rz±dnej wra¿eñ paszczy, jak czekaj±cy na ofiarê tygrys. Wiwaty i krzyki sta³y siê tak nachalne, ¿e nie by³o w±tpliwo¶ci. Chcieli wiêcej.
Ponownie rozleg³y siê werble, choæ by³ tam tylko jeden. Za kotar± ozwa³ siê rozdzieraj±cy ro¿ek. Elf u podstawy podestu poda³ Alexisowi na dr±gu ko³o. Tylko jedno, z siode³kiem i peda³ami na bokach. W trupie mówili na to monokl, lecz ma³o kto w tej krainie wiedzia³ co oznacza takie s³owo. Monokl wykonano z drewna i klepanej blachy, by³ wiêc do¶æ ciê¿ki. Jednak widaæ to by³o dopiero, gdy ch³opak wjecha³ na nim na ¶rodek liny. Znowu roz³o¿y³ rêce dla równowagi, stale bujaj±c rowerkiem na boki, dlatego lina tañczy³a pod nim w jednostajnym, przewidywalnym rytmie. Stale oscylowa³ równie¿ w przód i w ty³, lecz to nie koniec. W momencie, w którym werbel umilk³, Alexis wykona³ kilka skoków królika. By³y to odbicia monoklu z pasa¿erem w przód, a nastêpnie w ty³ na linie. Wykona³ ich chyba po piêæ w ka¿d± stronê, za ka¿dym razem bezb³êdnie trafiaj±c w±skim ko³em na rozdygotan± linê, której rytm ustali³ sam. Nie by³o nic innego. By³ tylko Alexis, monokl i lina. Alexis wirowa³, a ¶wiat wirowa³ wraz z nim. Ka¿dy element stanowi³ fragment wiêkszej ca³o¶ci, sk³adaj±cej siê na przedstawienie. Ale co to? W pewnej chwili zgromadzeni zauwa¿yli, ¿e ch³opak jedzie do ty³u, skierowany twarz± w przeciwn± stronê ni¿ poprzednio! Jak on to zrobi³? To niemo¿liwe. ALexis podjecha³ do po³owy liny, a nastêpnie dokona³ niemo¿liwego. Ustabilizowa³ linê bez ruchu, zatrzyma³ monokl, a nastêpnie wprawi³ go w ruch obrotowy jak b±k. Krêci³ siê tak szybko, ¿e nie da³o siê zauwa¿yæ zarysów sylwetki. Lecz kiedy ju¿ ludzie zaniemówili z wra¿enia, ponownie zagrzmia³ werbel, tym razem brzmia³ jak wiele werbli jednocze¶nie, a ch³opak na linie, w formie bezkonturowej kuli zacz±³ podskakiwaæ jak pi³ka. Tego by³o ju¿ za du¿o. Na placu zaleg³a grobowa cisza, a ALexis podskakiwa³ wiruj±c jak ma³a, p³omienna kula na tle zasnutego chmurami nieba. Lina zdawa³a siê nie istnieæ, wygl±da³o tak, jakby robi³ to na ziemi. W ca³kowitym milczeniu zatrzyma³ siê i zjecha³ na podest, koñcz±c wystêp. Rzuci³ monokl wprost w rêce stoj±cego tam elfa, a nastêpnie zjecha³ po drabince ignoruj±c szczeble ca³kowicie.
Wystêp by³ zakoñczony. Publiczno¶æ sta³a oniemia³a, a ma³a postaæ zbiera³a op³aty rosn±ce z ka¿d± chwil±. Gdzie¶ na mie¶cie rozprzestrzenia³y siê plotki, a jacy¶ bardowie uk³adali ballady.
Alexis wszed³ za kotarê, poprawiaj±c pomarañczowy strój po tym, jak z³o¿y³ g³êboki uk³on razem z innymi. Wszed³ tam i zdj±³ z szyi magiczny medalion ptaka, daj±cy mu mo¿liwo¶æ latania przez godzinê dziennie.
Dentes 2.0 Template © 2004-2010 Marcin 'Mmorcin' Szymkowiak.
Hosting by courtesy of Webdevelopment London venture - derosso.net
The Bridge Inn and and Ravians Tower by Rico Holmes, High Priestess by kind permission of Phaere.