Starszy jegomo¶æ klêcza³ na kwadratowych, kamiennych p³ytkach warsztatu trzymaj±c za rêkê kilkunastoletniego podrostka i zaklina³ stoj±cego naprzeciw, mocnego krasnoluda z m³otem w wielkiej jak bochen, kwadratowej d³oni. Krasnolud mia³ na sobie gruby, skórzany fartuch, a za nim widoczne by³o olbrzymie, jak na warunki tego miasta, palenisko, wiadro z wod± oraz kupê narzêdzi o tylko z grubsza znanym przeznaczeniu. Po bia³ej i pomarszczonej jak pergamin twarzy starca spada³y wielkie, s³one krople potu i ³ez, wsi±kaj±c w d³ug± siw± brodê i zgrzebny, lecz kiepskiej jako¶ci brunatny kabat. Starzec zwija³ siê jak larwa, obiecuj±c z³ote góry i cokolwiek krasnolud tylko wymy¶li. By³ gotów na wszystko.
- Panie krasnolud, no jak¿e to, prosim was o pomoc jak brata, jak jednego z naszych, nie byd¼ta taki srogi, mus nam posiadaæ co¶ takiego. Wszystko oddam co mam, ale pomó¼cie no. W niewolê pójdê, a przedmiot sp³acê, mogê robiæ za dwóch albo i trzech, ch³opak tako¿, b³agam, zrób¿e to panie krasnolud.
- Jak brata powiadasz... Dobrze powiedziane. Nie dalej jak tydzieñ temu tacy "bracia" spalili mi warsztat, bo mówi±, ¿e krasnoludy pokurcze s± wredne, ¿e lêgn± siê w ciemno¶ci na kamieniach i nijak im do ludzi, ¿e zawziête skurwysyny, psiemacie s±, ¿e z nikim siê nie licz± i nie mo¿na nijak im ufaæ. To mówili bracia, którzy w noc ekwinokcjum podpalali warsztat - rzuci³ krasnolud wojowniczo w stronê starca, poprawiaj±c nasi±kniêty krwi± banda¿ na g³owie.
- To samo mówili jak mnie t³ukli w sze¶ciu trzonkami od ³opaty. Tfu! Ludzkie ¶miecie. I ty, cz³owieku, masz czelno¶æ przychodziæ tutaj i ¿±daæ, bym wykona³ pracê, której nie podj±³bym siê nawet dla wodza klanu? Odwa¿ny musisz byæ albo g³upi. Bardzo, zajedno pierwsze to czy drugie. I jeszcze mówisz, ¿e mam to zrobiæ ca³kowicie za darmo?! Ha, masz czelno¶æ cz³owieczku. Mówisz mi, ¿e odpracujesz za dwóch, za czterech nawet z synem, a popatrz no tu, ten oto m³ot wa¿y ca³e cztery cetnary. Nie podniesiesz nawet po³owy tego we czterech, co dopiero samojeden. Do tego lat ci nie ubywa, nijak nie starczy czasu odpracowaæ takie cacko. To umowê uwa¿am za nieby³±, nie masz czego tu szukaæ, starcze. Zabieraj ch³opaka i do zobaczenia w lepszy czas - doda³ ju¿ nieco bardziej miêkko.
Starzec poblad³ jeszcze bardziej, chwytaj±c d³oni± jak drewniana rózga kraniec skórzanego p³aszcza i patrz±c krasnoludowi g³êboko w oczy.
- Panie krasnolud, no co ja mogê zrobiæ... mogê jeszcze... no wiecie... u nas siê mówi, ¿e krasnoludy... to mo¿e...
- Ajajaj, czy¶ ty siê upar³ cz³owieczku jeszcze mnie tu obra¿aæ?! - hukn±³ znienacka krasnolud. - Co to, my¶licie nie wiem co mówi±? ¯e krasnoludy bior± co leci, w tym ¿ywy towar, ¿e dmuchaj± co dadz± radê dogoniæ i stoi na dwóch ³apach? ¯e im bez ró¿nicy, bo krasnoludzkie kobiety i tak maj± brody? To ciê rozczarujê, nie jest nam wszystko jedno i brzydzi nas takie podejrzenie. Powinienem was kazaæ psami w³óczyæ za takie oszczerstwa.
Starzec wymiêk³, wygl±da³o to tak, ¿e zwyczajnie usz³o z niego ca³e powietrze. Skuli³ siê na ziemi i p³aka³ jak niemowlê, rzewnie i cicho, bez s³owa skargi. W duchu z³orzeczy³ na ¶wiat, który kaza³ jednym byæ takimi, a innym takimi samymi, ¶wiat, w którym jeden nienawidzi³ drugiego za to, ¿e zrodzi³a go inna matka. Klêcza³ z pochylon± g³ow± i p³aka³. A¿ wreszcie co¶ w nim pêk³o. Zgas³o.
Podniós³ oczy i bez zaj±kniêcia zacz±³ mówiæ.
- Oj, panie krasnolud, co¶ mi siê widzi, ¿e po czê¶ci prawdê gadaj±, choæ bardzo wam to nie na rêkê. Ale którego krasnoluda obchodzi, ¿e mi wojsko zachêdo¿y³o ¿onê na ¶mieræ, ¿e w tym czasie gryz³em knebel patrz±c jej w oczy, ¿e na nastêpny dzieñ wojsko odesz³o, a przysz³y gobliny. ¯e na trzeci dzieñ przysz³o to samo wojsko i wziê³o najstarszego syna, a kiedy zgin±³, po nim ¶redniego. ¯e drugiego te¿ zabili. Zosta³ ino trzeci, ale tego nie oddam nikomu, chyba ¿e taka bêdzie najwy¿sza konieczno¶æ. Po prostu muszê mieæ ten miecz, dam ka¿d± cenê, w niewolê do was pójdê panie krasnolud za to. Albo syna oddam. Ale nie mo¿ecie mi odmówiæ, nie godzi siê.
Krasnolud zamilk³. Choæ ten cz³owiek by³ dla niego jak robak, jednak odnalaz³ w sobie pok³ady cz³owieczeñstwa, g³êboko ukryte pok³ady honoru, który dawno temu zmuszony by³ sprzedaæ jak uliczn± ladacznicê. Pok³ady wspó³czucia, jakich musia³ wyprzeæ siê zaraz przy samej miejskiej bramie. I pok³ady chciwo¶ci.
- Wstañ. Nie sied¼ przede mn± jak pies, nie godzi siê. Zawrzemy umowê. Tylko we trzech. Dostaniesz ten miecz, zrobiê go. Ale w zamian oddasz mi ostatniego syna do cechu na siedem lat. Nauczy siê ch³opak fachu. Przez ten czas go nie zobaczysz. Przez ten czas on nie zobaczy ciebie. Zapomnicie o sobie, a po siedmiu latach bêdzie wolny. Do tej pory nale¿y do mnie.
Starzec milcza³. Milcza³, kiedy ¶ciska³ prawicê krasnoluda. Milcza³, kiedy przytula³ ch³opca zalewaj±c go ³zami. Milcza³, kiedy wychodzi³ nie ogl±daj±c siê za siebie. I milcza³, gdy po sze¶ciu dniach przyszed³ odebraæ miecz, dziêki któremu dwa dni pó¼niej samodzielnie wyt³uk³ ca³y obóz goblinów.
Milcza³ ca³e siedem lat, a ludzie uwa¿ali go za cudaka, do tego stopnia, ¿e stoczy³ siê poza margines spo³eczno¶ci. Lecz mia³ miecz i zarabia³ na ¿ycie jako zabójca zielonych. To go trzyma³o przy ¿yciu, to i jeszcze tylko jedna my¶l.
Milcza³ równie¿, gdy po siedmiu latach, jedynie jeden dzieñ przed uwolnieniem ch³opca, umiera³ na febrê we w³asnym ³o¿u, milcza³ nie uroniwszy s³owa skargi jak przedtem, siedem lat wcze¶niej. Dwie ³zy stoczy³y siê i wsi±k³y w tward± br±zow± poduszkê.
Dentes 2.0 Template © 2004-2010 Marcin 'Mmorcin' Szymkowiak.
Hosting by courtesy of Webdevelopment London venture - derosso.net
The Bridge Inn and and Ravians Tower by Rico Holmes, High Priestess by kind permission of Phaere.