Esterka le¿a³a na s³omie w stodole i palcami g³adzi³a siê po kszta³tnych udach, wspominaj±c jeszcze ciep³e, bardzo mi³e zdarzenie, jakie rozegra³o siê tu przed chwil±. Jej usta by³y jeszcze gor±ce zasmakowawszy niedawno zakazanej mi³o¶ci. By³a ju¿ w takim wieku, ¿e zakazana mi³o¶æ smakowa³a najlepiej. Zmru¿y³a oczy wspominaj±c dopiero prze¿yte do¶wiadczenie. "Simgund", pomy¶la³a, "tylko on i nikt inny".
I wtedy otrzyma³a cios w twarz. Piê¶ci±. Szybko przeturla³a siê otwieraj±c oczy. Sta³ nad ni±. Wielki jak nied¼wied¼, twardy chmyz z podgrodzia, w±saty i ¶mierdz±cy potem wielki drab, mieni±cy siê jej ojczymem. Chwyci³ j± d³oni± tward± jak kleszcze za kostkê i podci±gn±³ bli¿ej, drug± rêk± unosz±c giez³o a¿ po szyjê. Jednocze¶nie przerzuci³ rêkê z kostki na gard³o, przyduszaj±c do twardej polepy na ¶rodku. Nie mog³a krzyczeæ, a miotanie siê nic nie zmienia³o.
- Nie ruszaj siê, go³±beczku, dopóki nie skoñczê. Gziæ ci siê zachcia³o! I to z kim! Widzia³em tego typka umykaj±cego chy³kiem na zamek. To ja ci zafundujê tak± przygodê, ¿e nie bêdziesz w stanie nikomu nóg roz³o¿yæ! - mówi³ niby szeptem, ale przecie¿ do¶æ g³o¶no, charcz±c przy tym jak tur.
Esterce pociemnia³o w oczach. ¦ci¶niête gard³o piek³o, nie mog³a chwyciæ powietrza, a wszystko stawa³o siê ciemniejsze z ka¿d± chwil±. Poczu³a miêdzy udami co¶ jak wielki, ob¶liz³y ¶limak i fala wymiotów podesz³a jej do gard³a powoduj±c, ¿e niemal siê ju¿ zakrztusi³a. Rêka bezwiednie klepa³a polepê, za to druga b³±dzi³a po omacku na boki. Do czasu.
Twardy, calowej grubo¶ci przedmiot le¿±cy obok uratowa³ jej ¿ycie. Momentalnie chwyci³a go i z ca³ej si³y pchnê³a w sam ¶rodek, jak jej siê zdawa³o, napieraj±cego na ni± ze wszech stron, cielska. "Wid³y", przemknê³o jej przez my¶l, "to musz± byæ wid³y". Poprawi³a cios.
Dziewczyna poczu³a, jak nacisk na gard³o znika. Jednocze¶nie us³ysza³a okropny krzyk i przekleñstwo. I kolejny cios piê¶ci w twarz. Jednak nie zwróci³a na to uwagi, gdy¿ ju¿ wy¶lizgiwa³a siê spod tego ohydnego pomiotu, za jaki uwa¿a³a ojczyma. Moment pó¼niej ju¿ sta³a na nogach w drzwiach stodo³y, machinalnie poprawiaj±c obie spódnice. Klêcza³ tam, na polepie, w ka³u¿y krwi, a z jego trzewi stercza³y wid³y wbite tylko na pó³ cala. Pomstowa³ na ni± strasznie, okrutnie, a do tego czasem jêcza³ i rzuca³ przekleñstwa wodz±c czerwonym z nienawi¶ci wzrokiem i ju¿ kombinuj±c. Sta³a tak kilka ³okci od niego jak urzeczona. Krew. Przela³a krew.
- Bodaj ciê rude psy targa³y wieprzu - rzek³a spokojnie. - Chcê twojej ¶mierci, a wraz z tob± niech umrze wszystko co znasz i ca³e twoje plemiê.
Gdy mówi³a, krew na polepie zaczê³a uk³adaæ siê w jaki¶ wzór, przemieszczaj±c siê samodzielnie. Chcia³a patrzeæ, lecz nie by³o ju¿ czasu.
Nie mog³a tu zostaæ, lada chwila kto¶ móg³ wej¶æ i zobaczyæ. Wybieg³a przed obej¶cie, a nastêpnie, nie ogl±daj±c siê, pobieg³a drog± w las, tam dok±d poszed³ nieca³± chwilê wcze¶niej Sigmund. Przy odrobinie szczê¶cia powinna go dogoniæ.
Bieg³a przed siebie zap³akana, stale my¶l±c o zmierzaj±cym w stronê zamku ch³opaku, "niech on tu bêdzie, niech bêdzie, chcê go spotkaæ". "Sigmuuuuund!!!", krzycza³ umys³. Krzycza³ g³o¶no, panicznie. I wówczas, nie wiadomo sk±d, na drodze pojawi³ siê ch³opak. Blondyn, w zwyczajnej miejskiej przyodziewie. Wyszed³ z przydro¿nych krzaków dopinaj±c spodnie.
- Esterka, ty tutaj? Co siê sta³o, zdawa³o mi siê jakby¶ krzycza³a - rzuci³, jeszcze zanim podbieg³a.
Dziewczyna podesz³a do niego lekko s³aniaj±c siê na nogach i bez s³owa rzuci³a siê, obejmuj±c ciasno. Wyszepta³a.
- Zabierz mnie, zabierz mnie st±d. Ja ju¿ nie mogê tu zostaæ, nigdy wiêcej. On... on próbowa³... chcia³ mi zrobiæ krzywdê, ale to ja zrobi³am jemu - dokoñczy³a szybko, znacznie szybciej ni¿ zamierza³a.
Odklei³ j± delikatnie i spojrza³ w miodowe oczy.
- Nic nie mów, idziemy. Schowamy siê w lesie, a noc± zakradnê siê i zabiorê twoje rzeczy, potem pójdziemy na zamek, a potem jeszcze dalej.
- Nic nie rozumiesz, ja...
- Nic nie mów, idziemy.
Pobiegli, najpierw biegli drog± dopóki siê nie zmêczyli, a nastêpnie skrêcili w las. Szli lasem dobre pó³ stajania, by dotrzeæ do wysokich, ciemnych dêbów stanowi±cych przyczó³ek wielkiej puszczy p³o¿±cej siê na granicy ca³ego ksiêstwa. Mówili, ¿e ten las jest ¶wiêty, ¿e s± tam uroczyska, na których tañcz± nocami przy ¶wietle ksiê¿yca p³aczki, mamuny, ¿e boginki wychodz± stamt±d nocami i podmieniaj± w wioskach dzieci. Mówili ró¿ne rzeczy, dlatego Siegmund nagle sta³ siê napiêty i milcz±cy.
- Tu poczekamy a¿ siê ¶ciemni - powiedzia³ cicho ch³opak prowadz±c j± pod roz³o¿yste korzenie powalonego drzewa. - Pó¼niej wrócimy i zabierzemy rzeczy, a potem siê zobaczy - doda³, rozgl±daj±c siê bacznie po okolicy.
Sigmund wsta³ i nieopodal nazbiera³ jagód, gdy¿ by³o ich tu pe³no.
- Masz, jedz - powiedzia³, bior±c gar¶æ Esterki we w³asn± i przesypuj±c wonne owoce. - Ale mi siê dostanie, ca³y dzieñ mnie nie ma, a mistrz Amber wygarbuje mi skórê. Wiesz jaki jest, nie lubi jak ma czeladników pod okiem, a jeszcze bardziej nie lubi, jak ich nie ma. Ale co tam.
Esterka u¶miechnê³a siê i po³o¿y³a na mchu, opieraj±c g³owê na piersi ch³opaka. Jej wargi by³y filetowe i ciep³e, Sigmund nie wytrzyma³ i poca³owa³ je, d³ugo i mocno. Le¿eli tak, a¿ zrobi³o siê niemal zupe³nie ciemno.
- Sigmund, musimy i¶æ, ju¿ ciemno, a do wsi kawa³ drogi.
- No to idziemy.
Poszli z powrotem przez las, przez krzaki, przebrodzili strumieñ po kamieniach, a nastêpnie drog± udali siê w stronê wioski. Niebo w przecince drogi robi³o siê coraz bardziej ciemne i mroczne, pojawia³y siê gwiazdy: Oko, Wilk, Strzelec, Jednoro¿ec i inne. Kiedy byli ju¿ blisko, poczuli sw±d spalenizny.
- Co¶ tam siê pali - rzuci³a dziewczyna poci±gaj±c nosem, - psy nie szczekaj±, jaka¶ taka cisza, co siê dzieje?
- Nie wiem, chod¼, zobaczymy - odpar³.
Ostro¿nie podkradli siê bli¿ej bacz±c, by nikt ich nie zauwa¿y³. Ale nie by³o nikogo, kto móg³by ich widzieæ. Ich oczom ukaza³o siê potworne zjawisko.
Ca³a wie¶ stanowi³a obecnie pogorzelisko, wszystkie chaty by³y spalone, wiêkszo¶æ do go³ej ziemi, a nad nimi unosi³y siê roje much, choæ by³ ju¿ wieczór. Nagie, czarne szkielety chat stercza³y z ziemi mierz±c w nocne niebo, ur±gaj±c grawitacji. Gdzie niegdzie pe³ga³y niedogas³e p³omienie, przywodz±c na my¶l ¿ywe, przepojone si³± istoty. A pomiêdzy tym wszystkim le¿a³y ludzkie zw³oki. Okrutnie zmasakrowane. Wiêkszo¶æ mia³a rozdarte trzewia i odarte z cia³a ko¶ci, jakby kto¶ zdj±³ z nich rêkawiczki. W uliczce le¿eli mê¿czy¼ni, kobiety i dzieci, pomiêdzy domami le¿eli ci, którzy nie zd±¿yli siê schowaæ. Je¶li zd±¿yli, nieszczê¶cie dopad³o ich w domach, których ju¿ nie by³o, dlatego mo¿na by³o poznaæ, ¿e tych ostatnich dopad³ po¿ar. Woleli sp³on±æ ¿ywcem ni¿ pozwoliæ, by sta³o im siê to co pozosta³ym. Co to by³o? Co niszczy cz³owieka w ten sposób? I to zaledwie w ci±gu jednego popo³udnia wszystkich mieszkañców ca³ej wsi, nie wy³±czaj±c samej osady.
Oboje zgiêli siê w tym samym czasie i zwymiotowali. Nastêpnie stanêli na ¶rodku wioski i rozejrzeli siê w ka¿d± stronê z jednakowym efektem, nie by³o na czym zawiesiæ oka, nie ocala³o ju¿ nic. Sigmunt nie widzia³, jak oczy dziewczyny zmieniaj± kolor z miodowego na ognisty, podbarwiony czerwieni±.
Id±c przez wie¶ w koñcu odnale¼li budynek. To by³a stodo³a. Ta sama, w której Esterce przytrafi³o siê nieszczê¶cie.
- Zaczekaj tu - powiedzia³a, a jej g³os by³ na tyle dziwny, ¿e ch³opak stan±³ na miejscu i nie wa¿y³ siê poruszyæ, dopóki sobie tego nie u¶wiadomi³. Lecz nawet wtedy nie zamierza³ st±d odchodziæ. To, co zobaczy³, wydar³o mu z piersi jêk zw±tpienia. Upad³ na kolana i zwymiotowa³ po raz drugi.
Ca³y budynek nie nosi³ nawet najmniejszego ¶ladu spalenizny, lecz pokrywa³o go co¶ o wiele straszniejszego, co spowodowa³o mimowoln± ucieczkê ga³ek ocznych ch³opaka w g³±b czaszki i jego upadek we w³asne wymiociny.
Stodo³a w ca³o¶ci umazana by³a wszystkim, co wielu ludzi poprzednio mia³o w ¶rodku. Bardzo wielu. Wygl±da³o na to, ¿e ¶wiat obróci³ siê wnêtrzem na zewn±trz, a to co na wierzchu, przeniknê³o do ¶rodka i ju¿ tam pozosta³o.
Esterka ostro¿nie podesz³a do uchylonych drzwi stodo³y, które tkwi³y tak, jak je zostawi³a. W panuj±cej, dojmuj±cej ciszy, przerywanej tylko odg³osami dogasaj±cych p³omieni, zajrza³a do wnêtrza budynku. Na polepie klêcza³ ojczym z wid³ami wbitymi nadal w podbrzusze, ale nie patrzy³ ju¿ w jej stronê. Nie mia³ g³owy.
Klêcza³ w ka³u¿y krwi, która przybra³a formê wielkiego na kilka ³okci pentagramu. Obok kwili³o niemowlê, nagie. Te¿ dziewczynka...
Dentes 2.0 Template © 2004-2010 Marcin 'Mmorcin' Szymkowiak.
Hosting by courtesy of Webdevelopment London venture - derosso.net
The Bridge Inn and and Ravians Tower by Rico Holmes, High Priestess by kind permission of Phaere.